Prawdziwe kolekcje buduje się na uczuciach

Jerzy Armata
2009-11-06 , aktualizacja: 06.11.2009 12:03
A A A Drukuj
- Przez tych dwadzieścia lat nigdy nie staraliśmy się być modną galerią - mówią Teresa i Andrzej Starmachowie. Ich galeria właśnie obchodzi dwudzieste urodziny. Dzisiaj w Muzeum Narodowym w Krakowie zostanie otwarta wielka wystawa polskiej sztuki współczesnej z ich kolekcji.
Teresa i Andrzej Starmach
Fot. Adam Golec / AG
Teresa i Andrzej Starmach
Andrzej i Teresa Starmach
Fot. Adam Golec / AG
Andrzej i Teresa Starmach
Jerzy Armata: Kiedy pierwszy raz pomyśleliście o tym, że fajnie byłoby mieć galerię?

Teresa Starmach: Jeszcze na studiach. To było nasze ogromne marzenie. Oczywiście wtedy nierealne, nie można było przecież w czasach komuny mieć w Polsce prywatnej galerii. A nam marzyła się taka właśnie prywatna galeria handlowa...

Uważaj, co mówisz. Czasy się zmieniły, znaczenie niektórych słów także. Pomiędzy Galerią Krakowską a galerią z Grupą Krakowską - o której marzyliście - jest jednak pewna różnica.

TS: I nagle w 1989 roku, po transformacji ustrojowej, stało się to możliwe. Wtedy wyremontowaliśmy piwnicę w mojej rodzinnej kamienicy przy Rynku Głównym. Była to typowa piwnica, w której trzymało się węgiel, ziemniaki i różne rupiecie. Remont zaczęliśmy wiosną, a w październiku otworzyliśmy galerię.

Andrzej Starmach: Na imieniny Teresy, 3 października.

Jakie prace powiesiliście wtedy na ścianach waszej galerii?

TS: Tamta wystawa to był swoisty zwiastun tego, co chcieliśmy w przyszłości pokazywać w naszej galerii. Zaprezentowaliśmy obrazy artystów, z którymi zamierzaliśmy współpracować. A więc klasyka polskiej sztuki współczesnej, czyli Grupa Krakowska, a także artyści reprezentujący rodzimą abstrakcję geometryczną.

AS: Polscy konstruktywiści interesowali nas ogromnie. Bardzo byliśmy - i jesteśmy - dumni z tamtej wystawy. Gdybyśmy teraz chcieli zrobić w galerii atrakcyjną wystawę, to właściwie moglibyśmy powtórzyć tamtą, ponownie powiesić na ścianach wszystko to, co powiesiliśmy dwadzieścia lat temu.

Jesteście wierni swoim artystom. Przybyło eksponatów, ale wasze gusty czy fascynacje artystyczne nie zmieniły się.

AS: Przez tych dwadzieścia lat nigdy nie staraliśmy się być modną galerią. Nie rzucaliśmy się na nowe trendy, a zajmowaliśmy się tym, na czym trochę się znamy i - przede wszystkim - tym, co lubimy. Cały czas właściwie robimy to samo.

Waszą kolekcję polskiej sztuki współczesnej zaczęliście tworzyć na długo przed otwarciem galerii.

AS: Żeby coś kolekcjonować - znaczki, stalówki czy obrazy - trzeba mieć trochę pieniędzy. Naprawdę pierwsze pieniądze miałem dopiero, gdy wróciłem po rocznym pobycie w Skandynawii, gdzie najpierw byłem w Finlandii cenionym rolnikiem, a potem cenionym kucharzem w Sztokholmie. W restauracji zaczynałem oczywiście od mycia garów, aż doszedłem do posady szefa kuchni. Jak wróciłem, w "Życiu Literackim" przeczytałem artykuł potępiający młodych wykształconych ludzi, którzy wyjeżdżali wtedy na Zachód w celach zarobkowych i wykonywali tam najczarniejszą pracę. "Jak to wygląda, gdy polski historyk sztuki wymachuje szmatą w sztokholmskiej restauracji?" - pytał jego autor w jednym z akapitów. Wtedy, można rzec, pierwszy raz o mnie napisali w gazecie. Tak więc miałem te pierwsze swoje pieniądze i trzeba było je wydać. Nie interesował mnie specjalnie samochód, co wtedy było marzeniem chyba każdego Polaka. Poza tym jak się jeździ samochodem, to nie można balować...

A studenckie czasy, przynajmniej wtedy, to był jednak okres intensywnego balowania.

AS: To było jedno z głównych zajęć młodych ludzi, zresztą tak jak dzisiaj. W związku z brakiem zainteresowania samochodem czy innymi dobrami zacząłem kupować obrazy.

Od czyich prac zaczęła się ta kolekcja?

AS: Od jakichś drobiazgów. Paru rysuneczków, które dostałem od Tadzia Brzozowskiego czy od Jerzego Nowosielskiego, jeszcze wcześniej. W tamtych czasach praktykowałem w Desie przy ul. św. Jana 3, prowadzonej przez panią Józefikową, jedynej galerii handlowej, jaka wtedy istniała w Krakowie. Tam sobie dorabiałem, a jednocześnie wieszałem pierwsze wystawy, dotykałem obrazów. I złapałem bakcyla. Wtedy też poznałem Teśkę. Wzięła mnie z dobrodziejstwem inwentarza. Było to w 1978 roku.

Oboje studiowaliście historię sztuki?

AS: Tak, choć w różnych latach.

Ty, Andrzej, dość długo studiowałeś?

AS: Dziewięć lat.

TS: Ja siedem, z przerwą na pobyt we Francji, który - po wybuchu stanu wojennego - przedłużyłam sobie o rok.

Przed uruchomieniem galerii skupowane przez was prace trzymaliście w domu.

TS: Pamiętam pierwsze nasze mieszkanie - pokój z kuchnią, trzydzieści parę metrów kwadratowych - potwornie zagracone, z masą obrazów, rysunków. Kiedyś przyszedł do nas ksiądz po kolędzie, tak się rozgląda po pokoiku, w którym pełno ponawieszanych tych wszystkich dzieł, i nagle pyta: "To pani mąż tak to wszystko maluje?". Odpowiedziałem: "Tak, wieczorami". A on tak z politowaniem: "No trudno, no trudno".

AS: Są gorsze nałogi.

Jakie były wasze pierwsze zakupy? Od czego zaczęła się kolekcja?

AS: To były obrazy Jerzego Nowosielskiego i Teresy Rudowicz. I tego Nowosielskiego zmuszeni byliśmy - niestety - sprzedać przy budowie galerii. Nasza kolekcja dwukrotnie przechodziła takie bolesne "czyszczenie". Pierwszy raz, gdy budowaliśmy galerię, drugi - podczas budowy domu. Ale sporo tych sprzedanych wtedy prac udało nam się później odkupić.

TS: Niestety, nie wszystkie.

A których najbardziej szkoda?

TS: Mnie jednej z prac Kantora. Piękna, olbrzymia praca, którą sprzedaliśmy, gdy budowaliśmy dom. Niestety, już nie do odkupienia.

AS: Nawet nie wiemy, gdzie aktualnie jest. Chyba gdzieś za granicą. Mnie bardzo brakuje jednej z prac Stażewskiego z pierwszej wystawy sztuki nowoczesnej z 1948 roku, którą odkupowałem już dwa razy. Niestety, musiałem ją sprzedać po raz trzeci. Teraz znajduje się ona - jak to mówimy w branży - w mocnych rękach. Szansa, że powróci kiedyś na rynek, jest raczej niewielka.

Z których prac z waszej kolekcji jesteście najbardziej dumni?

AS: Myślę, że znajdują się w niej dwa rodzaje prac: pierwsze to te, które są cenne, bo cenne z uwagi na ich wartość rynkową; a drugie to te, z którymi jesteśmy najbardziej związani emocjonalnie, to prace ulubione. Na przykład nasza sypialnia, jeśli chodzi o ściany - nawet w związku z aktualną wystawą jubileuszową - nie została naruszona. Wiele rzeczy wzięliśmy z domu, aby powiesić w Muzeum Narodowym, ale z sypialni ani jednej.

TS: W sypialni wiszą obrazy, z którymi jesteśmy tak związani emocjonalnie od lat, że trudno byłoby nawet na chwilę coś stamtąd zdjąć. Na przykład jeden z obrazów Teresy Rudowicz...

AS: Gdybym sprzedał ten obraz, na pewno doszłoby do szybkiego rozwodu.

TS: Może rozwodu nie, ale ogromnej awantury.

AS: To nie ma żadnego związku z pieniędzmi, z wartościami wymiernymi. W tym wypadku najważniejsze są emocje.

TS: Czy na przykład "Dekapitacja" Brzozowskiego...

AS: Czy akt Nowosielskiego z okularami... Odkąd jesteśmy razem, te obrazy są z nami. Po prostu są.

Wydaje mi się, że kolekcji dzieł sztuki, zresztą chyba żadnej kolekcji, nie można budować, że się tak wyrażę, na wyrachowaniu. Jej podłożem muszą być uczucia, emocje, pasja. Przecież wasza kolekcja opiera się na pracach artystów, z którymi przyjaźniliście się czy przyjaźnicie nadal, których podziwiacie, z którymi jesteście związani emocjonalnie. Nowosielski czy Brzozowski są chyba tego najlepszymi przykładami.

AS: Kolekcji nie można stworzyć czy prowadzić galerii, jeśli się jest nastawionym tylko na pieniądze.

Wtedy powstaje Galeria Krakowska czy Galeria Kazimierz.

AS: Otóż to. Największe kolekcje świata, do których oczywiście w żaden sposób się nie porównujemy, powstawały nie dlatego, że ktoś chciał coś najlepszego kupić jak najtaniej. Każdy kolekcjoner - obojętnie: pocztówek, znaczków czy obrazów - to jest trochę wariat, za pewne rzeczy przepłaca, bo je po prostu musi mieć. Wańkowicz miał na to dobre określenie - chciejstwo. Gdyby prześledzić słynne kolekcje pod kątem tego, kiedy były kupowane tworzące je prace, to nagle by się okazało, że wiele z nich zostało nabytych wtedy, gdy o danym artyście jeszcze nikt nie słyszał. Po prostu kolekcjoner zobaczył prace, zakochał się w nich i musiał je mieć...

Kolekcjonerom często zawdzięczamy odkrycie czy wylansowanie jakiegoś nieznanego dotąd artysty.

AS: Jeżeli weźmiesz encyklopedię i wypiszesz z niej dwadzieścia nazwisk, to z tej kolekcji nic nie będzie. To będzie wyłącznie zbiór drogich obrazów.

Bez duszy.

AS: Prawdziwą kolekcję buduje się na uczuciach. Oczywiście, także na jakimś tam znawstwie, to jasne. Pieniądze są tutaj absolutnie drugorzędne. Najcenniejsze rzeczy, jakie mamy, kupowaliśmy kiedyś za półdarmo. Teraz by nie było nas na nie stać. Teraz to my sobie możemy kupić prace naszych młodych artystów czy jak robimy wystawę, dostać coś od nich. Na przykład prace Mikołaja Smoczyńskiego, których mamy chyba największą kolekcję. To artysta w Polsce absolutnie niedoceniony, nieznany, rynkowo nieistniejący, a my jesteśmy przekonani o jego wielkości. Bez względu na to, co się z nim stanie w sensie rynkowym, nas to w ogóle nie interesuje. Czy powtórne odkrycie Marka Piaseckiego. To był kiedyś wybitny awangardzista, kompletnie zapomniany. Gdyby jego prace z lat 50. czy 60. były pokazane, stałyby się absolutnym topem światowym. Po wielu perypetiach i niemal po dwudziestu latach udało nam się zrobić trzy jego wystawy. I zaczęło być o nim głośno.

Takie odkrycia cieszą chyba najbardziej. I jeszcze móc podzielić się swym zachwytem.

TS: To rzeczywiście największa satysfakcja.

Który z zakupów wywołał u was największą eksplozję radości?

TS: Była taka żółta abstrakcja Nowosielskiego, którą zresztą później sprzedaliśmy, ale zaraz ją odkupiliśmy. Andrzej kupił ją od faceta, który handlował głównie Kossakami. Kiedyś go zagadnął: "Wiesz, mam tam coś takiego za piecem, mnie to za bardzo nie leży, może dasz mi za to parę groszy". Andrzej wyjął zza pieca podarty rulon, rozwinął go, spojrzał... I już wiedział, że to Nowosielski.

AS: - "Ile?" - pytam. "Dwadzieścia dolarów" - odpowiada. I tak mnie mierzy, bo nie wie, czy nie przesadził z ceną. Wiem, że mógłbym kupić go za dziesięć, ale już nie mogłem się targować, tak bardzo chciałem to mieć, jak najszybciej. Emocje wzięły górę. Przepłaciłem.

TS: W domu zaczynamy oglądać rulon, szukać po literaturze. I znajdujemy reprodukcję tej pracy jako ilustrację do jednego z najważniejszych artykułów - "Uwaga, świeżo malowane" Aleksandra Wojciechowskiego - w "Przeglądzie Artystycznym" z 1957 roku!

Cóż, czasem trzeba przepłacić. A czy zdarzyło się wam, że coś sprzedaliście i zaraz tego żałowaliście, chcąc z powrotem odkupić?

AS: Za każdym razem, gdy sprzedam coś dobrego - a w sytuacjach podbramkowych można sprzedać wyłącznie coś dobrego - w chwili dokonania transakcji chcę natychmiast faceta łapać jeszcze w drzwiach i powiedzieć, że się wycofuję ze sprzedaży. Ostatnio miałem w domu potężną awanturę, bliską rozwodu, a moje córki chciały się wyprzeć ojca. Pojechałem na targi do Bazylei, które od siedmiu lat nas przyjmują. To znakomite targi, tam nie można się pokazać z byle czym. Wziąłem więc ze sobą takie małe abstrakcje Nowosielskiego. Sprzedałem je bardzo dobrze pewnej solidnej fundacji z Lichtensteinu. Ale w domu czekała mnie - od trzech córek i żony - potworna awantura.

TS: Jeszcze tak cichcem to wziął, cichcem. I sprzedał.

AS: Fakt, nie miałem domowego zezwolenia.

Ile zrobiliście - jako Galeria Starmachów - wystaw?

AS: Około 120 w galerii oraz ponad 50 poza - w kraju i za granicą. W tym takie wielkie, jak: I Wystawa Sztuki Nowoczesnej. Pięćdziesiąt lat później, Nowocześni a socrealizm czy monumentalna wystawa Nowosielskiego w 2003 roku w warszawskiej Zachęcie.

Które najmilej wspominacie?

TS: Poza wymienionymi przez Andrzeja jedną z najlepszych była wystawa prac Magdaleny Abakanowicz. W rozległej przestrzeni naszej galerii jej monumentalna sztuka wspaniale się prezentowała. Świetna była także wystawa Henryka Stażewskiego, niewiele prac, ale każda znakomita.

Wierni jesteście artystom, którymi zachwyciliście się już podczas studiów - Grupie Krakowskiej, Stażewskiemu, Winiarskiemu. Ale i otwieracie się na nowych artystów, wydawać by się mogło stylistycznie wam obcych. Pamiętam choćby świetną wystawę w waszej galerii wideoartu Lecha Majewskiego.

TS: Czasem staramy się odświeżać naszą ofertę.

Nie jesteście zasklepieni w swoich "klasykach"?

AS: Jesteśmy otwarci na interesujące propozycje.

Na młode pokolenie?

TS: Raczej średnie.

AS: Zawsze mówię Marcie Deskur, że należy u mnie do grupy młodych artystów, bo żyje.

Andrzej, poza prowadzeniem galerii bardzo często prowadzisz - jako mistrz ceremonii - aukcje dzieł sztuki.

AS: Pierwszą aukcję prowadziłem w 1981 roku. I to całkowicie przypadkowo. Była to aukcja dzieł przekazanych przez wybitnych artystów na rzecz "Solidarności". Odbywała się w hallu Muzeum Narodowego. Prowadził ją Edward Lubaszenko, który nie mógł jednak jej dokończyć, bo chyba śpieszył się do teatru. Ktoś ze znajomych, których wielu było na sali, krzyknął: "Gruby, skończ, bo ty głośno mówisz!". I w ten sposób zaczęła się moja kariera aukcyjna. Potem pracowałem w Desie, która organizowała pierwsze w Polsce aukcje handlowe monet i medali. I zostałem oddelegowany do ich prowadzenia. Przez dwa i pół roku prowadziłem także w telewizji teleturniej dla młodzieży zatytułowany "Aukcja".

Poza telewizją zasłynąłeś głównie z aukcji charytatywnych, choćby Wielkiego Serca. Co ci się najlepiej udało sprzedać?

AS: Przed laty byłem wynajęty przez krakowską Desę do poprowadzenia aukcji handlowej, na której był m.in. licytowany olejny obraz Matejki. Poszedł chyba za pięćset tysięcy. Wtedy była to ogromna suma pieniędzy. Kiedyś w Sztuce Polskiej prowadziłem aukcję, na której były trzy prace Tadeusza Makowskiego. Działo się to za czasów rządu Tadeusza Mazowieckiego. Ciągle się o nim mówiło. I ja wrzeszczę: "Numer 42 - obraz Tadeusza Mazowieckiego". Wszyscy się śmieją, a ja dalej: "Numer 42 - obraz Tadeusza Mazowieckiego". Parę razy jeszcze powtórzyłem, nim się zorientowałem.

I sprzedałeś tego Mazowieckiego?

AS: Myślę, że to najlepiej sprzedana praca Tadeusza Mazowieckiego.

Co dalej z galerią?

AS: No, na razie istnieje, nie bankrutujemy. Tych dwadzieścia lat to tylko zamknięcie pewnego etapu. Z drugiej strony to kawał czasu. Idziemy równo z nową Polską. Następnego jubileuszu pewno nie będziemy robić, bo to trzeba by chyba świętować pięćdziesiątkę.

Pięćdziesiątkę zorganizują już chyba wasi następcy. A więc która z córek?

AS: Na razie wygląda, że żadna. Jedna pracuje w Parlamencie Europejskim w Brukseli; druga skończyła "Harvard kucharski" w Paryżu i marzy o otworzeniu restauracji, choć "na co dzień" - dla świętego spokoju - studiuje historię sztuki; najmłodsza mówi, że może przejąć galerię, bo jest ona na tyle wysoka, że da się do niej wstawić ściankę do wspinaczki.

Byłem pewny, że Ania, czyli średnia, przejmie kiedyś waszą galerię. Przecież już w wieku kilku lat błysnęła żyłką do interesów na rynku dzieł sztuki, przeprowadzając chyba najlepszą transakcję w historii waszej rodziny, gdy zaproponowała wujkowi Nowosielskiemu wymianę rysunków.

AS: Stwierdziła, że podobnie rysują, więc mogą się wymienić. I wymienili się. Choć zaczynała jeszcze wcześniej. Miała wtedy chyba ze cztery lata. Bardzo dużo rysowała i doszła do wniosku, że skoro mama z tatą mają galerię, to mogliby zająć się sprzedawaniem jej prac. Przeliczyła te swoje rysunki na gałki lodów - małe były po dwie, duże - po trzy. Wzięliśmy je do galerii, oferując różnym znajomym. Profesor Krakowski kupił na przykład dwa po trzy gałki. Przynoszę do domu około dwudziestu złotych za te sprzedane rysunki, ona z tego oddaje mi dwa złote, mówiąc: "To dla ciebie, za sprzedaż".

A więc kwalifikacje ma niejako wrodzone, studia na historii sztuki, a wymieniony z Nowosielskim rysunek mógłby być początkiem nowej wspaniałej kolekcji. Na jej rozszerzenie zarobi na niwie kulinarnej. Ty też przecież tak zaczynałeś. A zresztą dobra knajpa i dobra galeria to chyba nie najgorsze połączenie.

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy