Gaja Grzegorzewska: Małe minusy Krakowa też lubię

Rozmawiała Joanna Targoń
16.06.2010 , aktualizacja: 16.06.2010 18:43
A A A Drukuj
- Spacerów nie lubię. Za to biegam i mam swoje trasy. Dużo jeżdżę na rowerze, na przykład do babci w Nowej Hucie - opowiada Gaja Grzegorzewska*
Gaja Grzegorzewska i Krzysztof Maćkowski
Fot. Michal Lepecki / AG
Gaja Grzegorzewska i Krzysztof Maćkowski
Joanna Targoń: Pani jest z Krakowa?

Gaja Grzegorzewska: Tak, cała moja rodzina jest z Krakowa.

I co, dobrze się Pani z tym czuje?

- Bardzo dobrze. Jakiś czas temu miałam takie myśli, żeby może zamieszkać gdzie indziej, ale w gruncie rzeczy tutaj mi najlepiej.

Gdzie Pani chciała zamieszkać?

- Myślałam o Holandii, mam znajomych w Utrechcie, który zresztą trochę mi przypomina Kraków. Ale najlepiej się czuję w Krakowie.

Nie w Nowym Jorku? Pracę magisterską na filmoznawstwie pisała Pani o "Seksie w wielkim mieście", myślałam, że powie Pani, że chciałaby Pani mieszkać w Nowym Jorku.

- Fajnie byłoby pomieszkać tam jakiś czas, ale raczej nie na stałe.

Woli Pani miasta prowincjonalne? Ciągle słyszy się, że Kraków jest prowincjonalny...

- Prowincjonalny, zaściankowy, troszeczkę drobnomieszczański... Ale w sumie te jego małe minusy też lubię.

Czyli jakie?

- To, że jesteśmy zamknięci w tym krakowskim gronie, przynajmniej tak jest w moim towarzystwie. To gibanie się nad stolikami ciągle w tych samych knajpach. Co, oczywiście, ma też swoje plusy. Jest swojsko i zawsze wiadomo, że spotka się kogoś znajomego. Chyba po prostu mało jesteśmy otwarci na nowości. W moim odczuciu Kraków słabo się rozwija: bazuje się na tym, co już jest.

Akcję swojej drugiej książki umieściła Pani w knajpie, jakiej chyba w Krakowie nie ma. Wielopoziomowej, luksusowej, pełnej tajemniczych zakamarków. Istniejące nie są na tyle atrakcyjne, by umieścić w nich akcję powieści kryminalnej? A tyle ich jest.

- Rzeczywiście nie ma takiej knajpy - to konglomerat różnych znanych mi knajp, taką bym chciała otworzyć, jeżeli bym jakąś otwierała. Stworzyłam ją na potrzeby akcji mojej książki, żadne z istniejących miejsc by się do tego nie nadawało. Jedną z moich inspiracji była Bastylia przy Stolarskiej, od paru lat nieistniejąca. Inną inspiracją był klub, też już nieistniejący, działający bardzo krótko na tym samym podwórku, gdzie kiedyś było kino Warszawa. Teraz chodzę zresztą do takich, w których można posiedzieć: do Psa, Zwisu, Mleczarni, Alchemii. Do Dymu czasami. Do Bunkra przychodzę z koleżankami na babskie wieczory, które nazywamy babury. Kiedyś chadzałam do bardziej imprezowych - Rentgena, Prozaka, nieistniejącej już Strefy 22.

A które miejsca Pani lubi - na spacery na przykład?

- Spacerów nie lubię. Za to biegam i mam swoje trasy - jak mieszkałam na Kazimierzu, była to trasa wzdłuż Wisły, od mostu do mostu, jak mieszkałam w Bronowicach, biegałam wzdłuż Młynówki Królewskiej do Błoń, a teraz wróciłam na Dębniki i znów biegam od mostu do mostu, nową trasą, bardzo fajną dla biegaczy i rowerzystów. Dużo jeżdżę na rowerze, na przykład do babci w Nowej Hucie, bardzo nietypową i niezbyt ładną trasą - kawałek wzdłuż Wisły, a potem już głównymi ulicami. Zajmuje mi to ponad godzinę.

Podoba się Pani Nowa Huta?

- Bardziej mi się podoba niż kiedyś. Tam jest tyle zieleni. Babcia mieszka w pierwszym bloku, który został wybudowany w Hucie, jest tam nawet wmurowana tablica pamiątkowa. I tam jest bardzo przyjemnie. Jedynym minusem jest to, że z Huty jest wszędzie daleko. Ale ta architektura, która pokryła się już lekką patyną, ma swój urok.

Najbardziej z Krakowa lubię jednak Dębniki - tam się wychowałam i czuję się tam bardzo bezpiecznie. Dębniki leżą w idealnej odległości od Zakrzówka, Kazimierza, centrum. To trochę takie małe samowystarczalne miasteczko - jest tam ryneczek, sklepy, kościół, szkoła, basen. Z Zakrzówkiem łączy się kawał mojej młodości, mieliśmy taką tradycję, że 1 maja w nocy jeździliśmy się tam kąpać.

Podziel się

  • 21 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów