Urzekająca chaotyczna struktura miasta
08.10.2010
, aktualizacja: 08.10.2010 19:32
Miasto w swojej strukturze materialnej jest śladem obecności człowieka, a w warstwie emocjonalnej - śladem ograniczonej kondycji człowieka - mówi malarz Artur Przebindowski.
ZOBACZ TAKŻE
- Kraków na starych widokówkach. Pregoral, czyli Przegorzały (27-11-10, 14:00)
- SMS, czyli Słowniczek Maliny Sikorowskiego (23-10-10, 13:00)
- Wyruszyły tramwaje MPK Air Lines ze stewardesami (10-10-10, 21:58)
- 30 lat temu Czesław Miłosz otrzymał Nobla (09-10-10, 12:39)
Małgorzata I. Niemczyńska: Gdy patrzę na Pana prace z cyklu "Miasta", nasuwa mi się banalne pytanie: jak długo pracuje Pan nad jednym takim obrazem?
Artur Przebindowski: Odpowiem filozoficznie. Mój kolega usłyszał kiedyś to samo pytanie. Gdybym chciał odpowiedzieć w jego duchu, odparłbym: 43 lata, dwa miesiące i 12 dni.
Bo tyle Pan żyje?
- Właśnie. I coś w tym jest. Obraz, który maluję w tej chwili, miał swój początek dawno temu. Jeśli jednak pyta pani o proces uwikłany w technologię, to też mi trudno odpowiedzieć, bo zwykle pracuję nad kilkoma obrazami naraz. Gdyby uparła się pani jednak mnie w tej kwestii dalej molestować, mógłbym powiedzieć, że trwa to kilka tygodni, jak sądzę. Czasem mimo wszystko jedna praca bywa dominująca. Zdarzają się też sytuacje, w których gonią mnie terminy.
Proszę mi powiedzieć, skąd Pan pochodzi, a ja zaraz wyjaśnię, dlaczego pytam.
- Urodziłem się w Chrzanowie, ale - jak twierdzi moja mama - było to zrządzenie przypadku, bo rodzice mieszkali wówczas w Jaworznie, na styku Małopolski i Śląska. Tam zresztą spędziłem dzieciństwo. W ciekawym historycznie miejscu skądinąd, bo ukształtowanym przez trójkąt trzech cesarzy i trzech zaborów, ze stacją Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, trójkątnym rynkiem, neogotyckim kościołem i nieistniejącą już synagogą. Później wyjechałem do Bielska, bo tam chciałem iść do liceum plastycznego. To był pierwszy taki pobyt poza domem, do którego wracałem tylko na weekendy. A później był już Kraków, choć początkowo z przerwami.
Dominujący w Pana twórczości motyw wiąże się z inspiracją którymkolwiek z tych pejzaży miejskich?
- Piętno własnej osobowości oraz rozmach realizacji eliminują dosłowność motywów. Miasto Megalopolis jest totalnym śmietnikiem historii. Zastanawiałem się po prostu, jak opowiedzieć o człowieku, czyli o sobie, w sposób możliwie dyskretny, ale i całościowy, przekonujący. Jak znaleźć sposób obrazowania, narracji bez narracji rozumianej literacko, aby stworzyć możliwie najbardziej zgodny z moim typem wrażliwości sposób opowiadania o sobie samym. W gruncie rzeczy do tego wszystko się sprowadza. Tworzę pewien typ komunikacji za pomocą znaków plastycznych, a emocje i nastrój zawarte w tym przekazie są najważniejsze. Albo inaczej: decydujące o kształcie zjawiska. Motyw jest właśnie przez to zdeterminowany. Choć sam motyw jest oczywiście istotny i wynika ze świadomego wyboru - chcę tylko podkreślić, że samo miasto - nawet określane jako Megalopolis, z całym skojarzeniowym kontekstem - niewiele jeszcze znaczy. Chodzi przede wszystkim o przekonującą umiejętność opowiadania o sobie, czyli o człowieku. Miasto w swojej strukturze materialnej jest śladem obecności człowieka, a w warstwie emocjonalnej - śladem ograniczonej kondycji człowieka. Zabiegi kompozycyjne, multiplikacja służą wyeksponowaniu i natężeniu tego zjawiska.
Mówi Pan: "o sobie, czyli o człowieku", "o człowieku, czyli o sobie". Stara się Pan być w tych pracach everymanem?
- Tak można powiedzieć, choć jest to oczywiście mój punkt widzenia. Nie mam prawa do stawiania się w sytuacji innego człowieka, nie mam też do tego instrumentów. Mam jednak świadomość, że jesteśmy zdeterminowani wspólnym doświadczeniem i w gruncie rzeczy jesteśmy bardzo podobni. Staram się opowiadać o tym wszystkim w sposób na tyle dyskretny, aby zawrzeć w swoich obrazach jak największe stężenie emocji. Motyw miasta właśnie to mi umożliwia, choć powoli staje się już tylko pretekstem. Moje miasto zaczyna przypominać kosmos, jakąś totalną strukturę, w której uczestniczymy, która nas - innymi słowy - ogarnia.
Ten kosmos przypomina niekiedy chaos, a semantycznie to przecież przeciwieństwa.
- Fawele, czyli biedne przedmieścia państw Ameryki Południowej, urzekły mnie swoją chaotyczną strukturą (taki był punkt wyjścia, ale teraz poszedłem już w zupełnie inną stronę, korzystam z wielu doświadczeń). Człowiek wszystko stara się na swój sposób porządkować, ale coś mu się zawsze wymyka. Ma przecież ograniczone możliwości percepcyjne czy dialogiczne na przykład.
Czy w tym świecie ludzi o ograniczonych możliwościach ma Pan mistrzów?
- Słowo "mistrz" zobowiązuje, a ja staram się unikać deklaracji. Jestem dosyć otwarty na życie, nie wiem, co wydarzy się jutro, co mnie zaskoczy i zmieni mój sposób patrzenia na świat. Paradoksalnie największym mistrzem w moim życiu był człowiek, z którym się zetknąłem w wieku siedmiu lat, gdy chodziłem na kółko plastyczne w Jaworznie. Ten pan był nieprofesjonalnym malarzem, w sposób amatorski i bezpretensjonalny tworzył akwarele i obrazy olejne, a w miejscowym domu kultury opiekował się dziećmi i młodzieżą w ramach kółka nazywanego Plastusie. Co wtorek biegałem tam przez całą szkołę podstawową. Nie mogłem się doczekać tych spotkań i byłem nimi ogromnie zafascynowany. Panowała tam wyjątkowa atmosfera twórczego luzu. Ten pan skończył przed wojną uniwersytet wileński. Format człowieka nieprawdopodobny. Już nie żyje, ale długo utrzymywałem z nim kontakt. Wraz z upływem czasu, gdy zdobywałem kolejne szczeble wykształcenia, on rósł w mych oczach jako człowiek, bo coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z jego wyjątkowości, ale równocześnie coraz bardziej dystansowałem się też wobec jego twórczości, która okazała się słaba. Dla mnie to jednak bez znaczenia - dla mnie liczy się, że w odpowiednim momencie ten człowiek stworzył mi atmosferę, której tak bardzo potrzebowałem do rozwoju.
A dziś czego Panu do malowania potrzeba?
- Towarzyszy mi wiele zjawisk, których nie potrafię nazwać. Jeśli ktoś uważnie obejrzy moje obrazy, znajdzie tam bardzo dużo informacji o ich autorze. O tym, jak żyję, jaka jest moja percepcja, jakim jestem człowiekiem.
Panu do tworzenia wyraźnie potrzebna jest uczciwość.
- Każda praca, każdy wysiłek, każdy rodzaj komunikacji z bliźnim wymaga szczerości. Ja mogę powiedzieć: "Jestem draniem", ale nie mogę udawać kogoś innego - owcy w wilczej skórze lub na odwrót. Nie muszę być zorientowany na wartości takie czy inne, każdy ma prawo decydować o swoim życiu i kształtować je. Nie wolno mi natomiast posługiwać się żadną formą manipulacji. Tego nie chcę robić i nie robię. Myślę, że nie robię.
Artur Przebindowski: Odpowiem filozoficznie. Mój kolega usłyszał kiedyś to samo pytanie. Gdybym chciał odpowiedzieć w jego duchu, odparłbym: 43 lata, dwa miesiące i 12 dni.
Bo tyle Pan żyje?
- Właśnie. I coś w tym jest. Obraz, który maluję w tej chwili, miał swój początek dawno temu. Jeśli jednak pyta pani o proces uwikłany w technologię, to też mi trudno odpowiedzieć, bo zwykle pracuję nad kilkoma obrazami naraz. Gdyby uparła się pani jednak mnie w tej kwestii dalej molestować, mógłbym powiedzieć, że trwa to kilka tygodni, jak sądzę. Czasem mimo wszystko jedna praca bywa dominująca. Zdarzają się też sytuacje, w których gonią mnie terminy.
Proszę mi powiedzieć, skąd Pan pochodzi, a ja zaraz wyjaśnię, dlaczego pytam.
- Urodziłem się w Chrzanowie, ale - jak twierdzi moja mama - było to zrządzenie przypadku, bo rodzice mieszkali wówczas w Jaworznie, na styku Małopolski i Śląska. Tam zresztą spędziłem dzieciństwo. W ciekawym historycznie miejscu skądinąd, bo ukształtowanym przez trójkąt trzech cesarzy i trzech zaborów, ze stacją Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, trójkątnym rynkiem, neogotyckim kościołem i nieistniejącą już synagogą. Później wyjechałem do Bielska, bo tam chciałem iść do liceum plastycznego. To był pierwszy taki pobyt poza domem, do którego wracałem tylko na weekendy. A później był już Kraków, choć początkowo z przerwami.
Dominujący w Pana twórczości motyw wiąże się z inspiracją którymkolwiek z tych pejzaży miejskich?
- Piętno własnej osobowości oraz rozmach realizacji eliminują dosłowność motywów. Miasto Megalopolis jest totalnym śmietnikiem historii. Zastanawiałem się po prostu, jak opowiedzieć o człowieku, czyli o sobie, w sposób możliwie dyskretny, ale i całościowy, przekonujący. Jak znaleźć sposób obrazowania, narracji bez narracji rozumianej literacko, aby stworzyć możliwie najbardziej zgodny z moim typem wrażliwości sposób opowiadania o sobie samym. W gruncie rzeczy do tego wszystko się sprowadza. Tworzę pewien typ komunikacji za pomocą znaków plastycznych, a emocje i nastrój zawarte w tym przekazie są najważniejsze. Albo inaczej: decydujące o kształcie zjawiska. Motyw jest właśnie przez to zdeterminowany. Choć sam motyw jest oczywiście istotny i wynika ze świadomego wyboru - chcę tylko podkreślić, że samo miasto - nawet określane jako Megalopolis, z całym skojarzeniowym kontekstem - niewiele jeszcze znaczy. Chodzi przede wszystkim o przekonującą umiejętność opowiadania o sobie, czyli o człowieku. Miasto w swojej strukturze materialnej jest śladem obecności człowieka, a w warstwie emocjonalnej - śladem ograniczonej kondycji człowieka. Zabiegi kompozycyjne, multiplikacja służą wyeksponowaniu i natężeniu tego zjawiska.
Mówi Pan: "o sobie, czyli o człowieku", "o człowieku, czyli o sobie". Stara się Pan być w tych pracach everymanem?
- Tak można powiedzieć, choć jest to oczywiście mój punkt widzenia. Nie mam prawa do stawiania się w sytuacji innego człowieka, nie mam też do tego instrumentów. Mam jednak świadomość, że jesteśmy zdeterminowani wspólnym doświadczeniem i w gruncie rzeczy jesteśmy bardzo podobni. Staram się opowiadać o tym wszystkim w sposób na tyle dyskretny, aby zawrzeć w swoich obrazach jak największe stężenie emocji. Motyw miasta właśnie to mi umożliwia, choć powoli staje się już tylko pretekstem. Moje miasto zaczyna przypominać kosmos, jakąś totalną strukturę, w której uczestniczymy, która nas - innymi słowy - ogarnia.
Ten kosmos przypomina niekiedy chaos, a semantycznie to przecież przeciwieństwa.
- Fawele, czyli biedne przedmieścia państw Ameryki Południowej, urzekły mnie swoją chaotyczną strukturą (taki był punkt wyjścia, ale teraz poszedłem już w zupełnie inną stronę, korzystam z wielu doświadczeń). Człowiek wszystko stara się na swój sposób porządkować, ale coś mu się zawsze wymyka. Ma przecież ograniczone możliwości percepcyjne czy dialogiczne na przykład.
Czy w tym świecie ludzi o ograniczonych możliwościach ma Pan mistrzów?
- Słowo "mistrz" zobowiązuje, a ja staram się unikać deklaracji. Jestem dosyć otwarty na życie, nie wiem, co wydarzy się jutro, co mnie zaskoczy i zmieni mój sposób patrzenia na świat. Paradoksalnie największym mistrzem w moim życiu był człowiek, z którym się zetknąłem w wieku siedmiu lat, gdy chodziłem na kółko plastyczne w Jaworznie. Ten pan był nieprofesjonalnym malarzem, w sposób amatorski i bezpretensjonalny tworzył akwarele i obrazy olejne, a w miejscowym domu kultury opiekował się dziećmi i młodzieżą w ramach kółka nazywanego Plastusie. Co wtorek biegałem tam przez całą szkołę podstawową. Nie mogłem się doczekać tych spotkań i byłem nimi ogromnie zafascynowany. Panowała tam wyjątkowa atmosfera twórczego luzu. Ten pan skończył przed wojną uniwersytet wileński. Format człowieka nieprawdopodobny. Już nie żyje, ale długo utrzymywałem z nim kontakt. Wraz z upływem czasu, gdy zdobywałem kolejne szczeble wykształcenia, on rósł w mych oczach jako człowiek, bo coraz bardziej zdawałem sobie sprawę z jego wyjątkowości, ale równocześnie coraz bardziej dystansowałem się też wobec jego twórczości, która okazała się słaba. Dla mnie to jednak bez znaczenia - dla mnie liczy się, że w odpowiednim momencie ten człowiek stworzył mi atmosferę, której tak bardzo potrzebowałem do rozwoju.
A dziś czego Panu do malowania potrzeba?
- Towarzyszy mi wiele zjawisk, których nie potrafię nazwać. Jeśli ktoś uważnie obejrzy moje obrazy, znajdzie tam bardzo dużo informacji o ich autorze. O tym, jak żyję, jaka jest moja percepcja, jakim jestem człowiekiem.
Panu do tworzenia wyraźnie potrzebna jest uczciwość.
- Każda praca, każdy wysiłek, każdy rodzaj komunikacji z bliźnim wymaga szczerości. Ja mogę powiedzieć: "Jestem draniem", ale nie mogę udawać kogoś innego - owcy w wilczej skórze lub na odwrót. Nie muszę być zorientowany na wartości takie czy inne, każdy ma prawo decydować o swoim życiu i kształtować je. Nie wolno mi natomiast posługiwać się żadną formą manipulacji. Tego nie chcę robić i nie robię. Myślę, że nie robię.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Szklany kort do squasha stanie koło ...
- Górka Narodowa wywalczyła zmiany w komunikacji
- Pedofil fotografował 8-latkę w szpitalnej ...
- Squattersi z ul. Zamoyskiego zatrzymani ...
- Porażony prądem kilka godzin leżał na łące
- Centrum grzęźnie w korkach, przerwy w ...
- Budowali autostradę A4. Teraz zwalniają ...




