Co ja widzę. Owca na Błoniach, owca w polityce

Felietony Mancewicza
22.12.2011 , aktualizacja: 21.12.2011 22:32
A A A Drukuj
Owce na Błoniach Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta Owce na Błoniach
Oczywiście wszyscyśmy obserwowali z zaciekawieniem beczące stado radnego sejmiku Soski, które pasło się na głównej łące miasta. Opinie na ten temat były liczne, czasem skrajne.
ZOBACZ TAKŻE
Argumenty przeciwne owej ekstrawagancji kręciły się wokół estetyki, etyki i rzecz jasna godności. Słowem, wokół tego wszystkiego, wokół czego toczą się tu dyskusje najważniejsze. Oto stado urażało miejscowe poczucie piękna, bo - co wie niemal każdy - owce obficie bobczą. Miastowym ta czynność nie była w smak, dotykała kompleksu życia w Krakowie, które jest - o czym pamiętamy - najbrudniejszym pępkiem świata. Miastowi uważali, że Kraków kup ma w nadmiarze, że jest zabobczone na zapas i owce posła Soski mogłyby sobie raczej przemieniać materię w jego okręgu wyborczym. Dla pokąsanych godnościowo owce obojga płci brykały na terenie uświęconym wizytą Wiadomo Kogo, co ze zrozumiałych względów było zabiegiem niegodnym.

Trzeba pamiętać, że owcom - zwłaszcza gdy przebywają w towarzystwie baranów, baców i owczarków - daleko do zachowywania szacunku należnego cieniom przodków. Daleko im do stanu skupienia i tzw. szczególnej refleksji. Bek owiec - o czym też słyszeliśmy - jest bardzo różny od bojowego rżenia konnicy, co jak zwykle rezolutnie uświadomili nam miejscowi strażnicy pamięci. Oto obecność beczącego stada pokalała pamięć o sławnej paradzie kawalerii polskiej, odbytej na Błoniach przed obliczem bohatera dzisiejszej endecji, czyli marszałka Piłsudskiego. Dla przyzwoitości trzeba dodać, że owce wzbudziły szalony entuzjazm licznych edukatorów. W ich mniemaniu miejskie dzieci stanęły przed niepowtarzalną okazją obserwacji pracy owcy w jej środowisku naturalnym.

Etycznym aspektem obecności stada zajęły się umysły polityczne. Soska krakowski redyk rozpoczął w okolicach wyborów parlamentarnych, w których startował. Bezrefleksyjnie uznano, że wypas jako hiperatrakcja dla mieszczan da Sosce posadę senatora, a Polskiemu Stronnictwu Ludowemu przyniesie sukces w mieście. Było to tak proste i wspaniałe życzenie, że nagle w środku owczego pędu, w nagłym ataczku chłopomanii, znalazł się niespodziewanie sam prezydent Majchrowski. Wraz ze swą pracownicą, niezwykłą kandydatką PSL-u do Sejmu, Panią Piątkowską. Ta ostatnia spędziła wśród owiec na Błoniach sporo czasu, co było jedyną oczywistą korzyścią ze sprowadzenia tych zwierząt z tak daleka.

Pamiętając finezję intelektu Jacka Soski z czasów, gdy był posłem do parlamentu, należało się jednak poważnie zastanowić, czy zwiózł tu owce właśnie po to. Po to, by wygrać jakieś wybory, czy po to, by Pani Piątkowska mogła na naszych pełnych łez oczach pogłaskać owieczkę. Myśleć poważnie, nie znaczy długo. Wystarczyła chwila, by dojść do wniosku, że chodzi po prostu o forsę. O rolniczą dopłatę z Unii Europejskiej. Jednym z warunków było posianie koniczyny. W tym miejscu do legendy człowieka finezyjnego Soska dołożył swoją teorię zasiewową. Plonem miało być 80 tys. zł. Najwyraźniej udało się tę sumę ocalić przed gradobiciem jego pomysłowości.

Podziel się

  • 4 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

  • Re: Co ja widzę. Owca na Błoniach, owca w polityc gieekaa 22.12.11, 11:21

    Widzę że ludzie Gazety dalej "onanizują" się Soską. A nie widziałem danych ilu Krakowian poszło zobaczyć owieczki. Jak zwykli ludzie oceniają takie inicjatywy. Nie chodzi mi tu o anonimowe »