Zapiski na biletach. Wiatr od morza
2009-09-04
, aktualizacja: 04.09.2009 12:57
Wszędzie i za każdym razem tak samo, w całym środkowym pasie polskiego wybrzeża: znad Bałtyku wracam z obrazami architektonicznej katastrofy w oczach. Sarbinowo, Gąski, Mielno, Ustka, Łeba, Jastrzębia Góra, Rozewie, Władysławowo, Chałupy, Puck - oto jeden z czytelnych szlaków narodowej porażki.
Siermięga i brzydota PRL-u, przeniknięte spalenizną smażalnie, paździerz, sklejka, ośrodki wypoczynkowe dziwnie podobne do hoteli robotniczych, stare piłkarzyki i obgryzione stoły do ping-ponga pod żółtymi daszkami z pleksi, zmieniającymi barwę światła w ostrą cytrynę, porwane sznury do siatkówki - szczątki tego pejzażu, podmalowane i po niezbędnym liftingu, istnieją nadal, zepchnięte na drugi plan przez rodzimą nowoczesność.
Tamtemu pejzażowi, podkreślę, pejzażowi, który - oglądany po latach w albumach rodzinnych czy na wyblakłych pocztówkach - budzi równocześnie tęsknotę za odległym dzieciństwem i niechęć do anturażu, w jakim owo dzieciństwo musiało się rozgrywać, trzeba przyznać jedno - z woli niedoboru i centralnego planowania wyglądał w miarę jednorodnie, skonstruowany z niewielkiej liczby elementów. Smażalnia, pole namiotowe, dom wypoczynkowy FWP, rzadziej pensjonat, domek z lichych materiałów ukryty wśród sosen, czasem dyskoteka. Oto żelazny zestaw składników socjalistycznego wybrzeża.
Jak skomplikował się ten obraz, pokazuje widok sąsiadujących ze sobą Jastrzębiej Góry i Rozewia, miejscowości budowanych chaotycznie, bez głowy, w chorobliwym pośpiechu. Czy są tam jakieś plany? Czy jest tam jakieś studium albo w miejscowym wydziale architektury można otrzymać wzornik? Jeśli są plany, tym gorzej dla planów, bo i tak nie sposób dostrzec ich założeń.
Powędrujmy zatem chwilę głównym deptakiem i bocznymi ulicami: Dom Whisky, obłożona wapiennym kamieniem imitacja budownictwa szkockiego, sąsiaduje z trzcinowymi parasolami z tropików, smażalnią, apartamentowcami, jakich pełno w każdym polskim mieście, hotelami o architekturze rodem z nowoczesnych blokowisk i infrastrukturą wczasową PRL-u; znajdziemy tu sztuczne palmy, domki góralskie, fantazyjnie wygięte balkony, trzcinę, blachodachówkę, papę i dachówkę ceramiczną; galimatias kolorów i kształtów.
Jeśli skierować się na południe, w kierunku torfowisk, z pól wyrosną najdziwaczniejsze bryły pensjonatów, dachy łamane na sto sposobów, podziały jak z chorych snów projektanta, elewacje programowo szare jak w pensjonacie o symbolicznej nazwie Wiatr od morza, którego właściciele najwyraźniej uznali, że bez pomalowanych ścian zewnętrznych można się obejść. Jest to symbol cokolwiek ponury i na miejscu Żeromskiego przewracałbym się z wściekłości w grobie, jeśli bowiem pamięć mnie nie myli, inne domy i inną architekturę miał na myśli.
A jeśli z głównego deptaku skręcić w bok, można nawet obejrzeć ruiny socjalistycznej gastronomii; nie znajdziemy natomiast żadnej wskazówki, że miejsce to ma swoją historię i trwa dłużej niż od radosnych czasów wczesnego Gierka. Oto kwintesencja Babilonu po polsku - splot różnorodnych języków architektonicznych dał w efekcie nieznośny jazgot.
Owszem, jest w Jastrzębiej Górze nieco willi jeszcze przedwojennych, zachowała się dokumentacja fotograficzna z początków dwudziestolecia międzywojennego pokazująca, że na najbardziej wysuniętym na północ fragmencie polskiego wybrzeża powstawały wcale ciekawe modernistyczne budowle. Nie one jednak nadają ton. Najważniejsze, żeby każdy mógł budować po swojemu, żeby nikt nie wchodził nam w paradę. Wiatr od morza niesie wolność, również architektoniczną. Jej karykatura letnikom zdaje się nie przeszkadzać. Że przestrzeń jest brzydka i źle urządzona, że przypomina worek, w który inwestorzy wrzucają na oślep wszystkie swoje pomysły? Jakiekolwiek by one były, i tak wrócimy za rok - zimnej wody i widoku na morze jeszcze nie udało się popsuć.
Choć podobno elektrownie wiatrowe postawione w morzu działają lepiej niż na lądzie.
Tamtemu pejzażowi, podkreślę, pejzażowi, który - oglądany po latach w albumach rodzinnych czy na wyblakłych pocztówkach - budzi równocześnie tęsknotę za odległym dzieciństwem i niechęć do anturażu, w jakim owo dzieciństwo musiało się rozgrywać, trzeba przyznać jedno - z woli niedoboru i centralnego planowania wyglądał w miarę jednorodnie, skonstruowany z niewielkiej liczby elementów. Smażalnia, pole namiotowe, dom wypoczynkowy FWP, rzadziej pensjonat, domek z lichych materiałów ukryty wśród sosen, czasem dyskoteka. Oto żelazny zestaw składników socjalistycznego wybrzeża.
Jak skomplikował się ten obraz, pokazuje widok sąsiadujących ze sobą Jastrzębiej Góry i Rozewia, miejscowości budowanych chaotycznie, bez głowy, w chorobliwym pośpiechu. Czy są tam jakieś plany? Czy jest tam jakieś studium albo w miejscowym wydziale architektury można otrzymać wzornik? Jeśli są plany, tym gorzej dla planów, bo i tak nie sposób dostrzec ich założeń.
Powędrujmy zatem chwilę głównym deptakiem i bocznymi ulicami: Dom Whisky, obłożona wapiennym kamieniem imitacja budownictwa szkockiego, sąsiaduje z trzcinowymi parasolami z tropików, smażalnią, apartamentowcami, jakich pełno w każdym polskim mieście, hotelami o architekturze rodem z nowoczesnych blokowisk i infrastrukturą wczasową PRL-u; znajdziemy tu sztuczne palmy, domki góralskie, fantazyjnie wygięte balkony, trzcinę, blachodachówkę, papę i dachówkę ceramiczną; galimatias kolorów i kształtów.
Jeśli skierować się na południe, w kierunku torfowisk, z pól wyrosną najdziwaczniejsze bryły pensjonatów, dachy łamane na sto sposobów, podziały jak z chorych snów projektanta, elewacje programowo szare jak w pensjonacie o symbolicznej nazwie Wiatr od morza, którego właściciele najwyraźniej uznali, że bez pomalowanych ścian zewnętrznych można się obejść. Jest to symbol cokolwiek ponury i na miejscu Żeromskiego przewracałbym się z wściekłości w grobie, jeśli bowiem pamięć mnie nie myli, inne domy i inną architekturę miał na myśli.
A jeśli z głównego deptaku skręcić w bok, można nawet obejrzeć ruiny socjalistycznej gastronomii; nie znajdziemy natomiast żadnej wskazówki, że miejsce to ma swoją historię i trwa dłużej niż od radosnych czasów wczesnego Gierka. Oto kwintesencja Babilonu po polsku - splot różnorodnych języków architektonicznych dał w efekcie nieznośny jazgot.
Owszem, jest w Jastrzębiej Górze nieco willi jeszcze przedwojennych, zachowała się dokumentacja fotograficzna z początków dwudziestolecia międzywojennego pokazująca, że na najbardziej wysuniętym na północ fragmencie polskiego wybrzeża powstawały wcale ciekawe modernistyczne budowle. Nie one jednak nadają ton. Najważniejsze, żeby każdy mógł budować po swojemu, żeby nikt nie wchodził nam w paradę. Wiatr od morza niesie wolność, również architektoniczną. Jej karykatura letnikom zdaje się nie przeszkadzać. Że przestrzeń jest brzydka i źle urządzona, że przypomina worek, w który inwestorzy wrzucają na oślep wszystkie swoje pomysły? Jakiekolwiek by one były, i tak wrócimy za rok - zimnej wody i widoku na morze jeszcze nie udało się popsuć.
Choć podobno elektrownie wiatrowe postawione w morzu działają lepiej niż na lądzie.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



