Historyk i twórca historii
16.11.2009
, aktualizacja: 16.11.2009 22:37
- Potrafił być bezkompromisowy, gdy to było potrzebne i wymagało odwagi, potrafił zawierać kompromisy, kiedy to było możliwe i wymagało rozsądku - pisze o Adamie Michniku w laudacji - prof. dr hab. Janusz A. Majcherek.
ZOBACZ TAKŻE
- Doktorat dla Adama Michnika (18-11-09, 01:00)
- Adam Michnik honorowym doktorem UP (17-11-09, 21:38)
- Honoris Causa dla Adama Michnika (17-11-09, 09:00)
Magnificencjo
Drogi Laureacie
Wysoki Senacie
Szanowni Goście!
W 1987 r. znany satyryk Jacek Fedorowicz narysował dla zgnębionych polityczną stagnacją czytelników prasy podziemnej wyimaginowaną stronę zmyślonej gazety "Expres poranny", zawierającą informacje z bliżej nieokreślonej fantastycznej przyszłości. Ich treść brzmiała wówczas tak nieprawdopodobnie, że aż absurdalnie, a dzięki temu miała wszelkie walory humorystyczne. Rozśmieszeniu czytelników miała też służyć. Tytuły z owej fikcyjnej gazety głosiły przykładowo : "Zbigniew Bujak z wizytą w Estonii", "Zbliża się referendum w sprawie unii polsko-węgiersko-słowacko-czeskiej", "Lech Wałęsa wznawia rozmowy w sprawie wolnych piątków", "Jacek Kuroń krytykuje ministra policji", "Rakowski i Urban uzyskali azyl w Albanii". Wśród tego rodzaju doniesień znalazło się i takie: "Dziekan wydziału historycznego Uniwersytetu Warszawskiego prof. Adam Michnik doktorem honoris causa Uniwersytetu Moskiewskiego".
Kiedy powstawał i ukazywał się ów rysunek oparty na tak zabawnym pomyśle, byłem początkującym asystentem Wyższej Szkoły Pedagogicznej i szeregowym członkiem nielegalnej "Solidarności". Gdyby mi ktoś wówczas powiedział, że nieco ponad 20 lat później będę jako profesor Uniwersytetu Pedagogicznego promotorem honorowego doktoratu Adama Michnika i z tej okazji wygłaszał jego laudację, pewnie uśmiałbym się do rozpuku z tego purnonsensownego żartu, jak ówcześni czytelnicy zmyślonej gazety Jacka Fedorowicza z podobnie niedorzecznymi i przez to zabawnymi informacjami.
W jednym wszakże ten pomysłowy rysownik i - jak widać - niezły prognosta się pomylił. Historyk Adam Michnik nie został profesorem i dziekanem, nie podjął naukowej i akademickiej kariery, postanowił służyć w inny sposób wolnej Polsce, o którą przez tyle lat walczył. Cały okres III Rzeczypospolitej przepracował na stanowisku redaktora naczelnego najbardziej wpływowej i opiniotwórczej gazety codziennej. To mu pozwoliło stać się akuszerem owej wolnej Polski, dzięki opublikowaniu pamiętnego artykułu "Wasz prezydent, nasz premier", przełamującego stan niepewności po wyborach czerwcowych i otwierającego drogę do powołania pierwszego "solidarnościowego" szefa rządu, a tym samym procesu przemian, które doprowadziły do systemowej, społeczno-politycznej i ekonomicznej transformacji. Stanął tym samym Adam Michnik w rzędzie tych nielicznych autorów, których pojedynczy artykuł w codziennej gazecie zmienił bieg historii - jak niegdyś wystąpienie Emila Zoli w sprawie afery Dreyfusa.
Nie po raz pierwszy przecież jednak wpłynął wówczas Adam Michnik na dzieje współczesnej Polski. Co najmniej od marca 1968 r. był stale obecny w centrum przełomowych wydarzeń, wyznaczających punkty zwrotne historii swojego kraju. W grudniu 1970 r., pracując jako spawacz po relegowaniu ze studiów, współorganizował robotnicze strajki w Zakładach im. Róży Luksemburg i pisał strajkowe rezolucje. W czerwcu 1976 r. był z robotnikami sądzonymi i represjonowanymi w Ursusie, później współuczestniczył w organizowaniu KOR. W sierpniu 1980 r. pojechał do Stoczni Gdańskiej, a potem jako doradca wspierał "Solidarność" w ówczesnej Hucie im. Lenina. 13 grudnia 1981 r. trafił do internowania. Należał do Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. W 1989 r. uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu. Jako redaktor "Gazety Wyborczej" wypromował "solidarnościowy" rząd. Autor historycznych esejów, analiz i opracowań, był jednocześnie autorem lub współautorem historycznych przemian.
Wobec jego osoby i działalności można więc całkiem adekwatnie użyć określenia, jakim posłużył się Timothy Garton Ash w swym wspomnieniu o Bronisławie Geremku (zamieszczonym zresztą w "Gazecie Wyborczej"): "Historyk i twórca historii". Tym bardziej trafne to sformułowanie, że drogi życiowe i intelektualne obu tych wybitnych postaci tak często się zbiegały. Prof. Andrzej Romanowski określił Adama Michnika jako niezwykłego świadka historii, będącego uczestnikiem i współtwórcą wydarzeń, które następnie opisywał i analizował w swych rozlicznych esejach i opracowaniach, a także polemikach i filipikach.
To przeplatanie się w biografii i działalności Adama Michnika ról inspiratora i recenzenta, sprawcy wydarzeń i ich komentatora, stało się podstawą jednego spośród najczęściej stawianych mu zarzutów. Dziwne, że tego rodzaju krytyka wychodziła też z kręgów uniwersyteckiej profesury krakowskiej. Przecież to tu, w Krakowie, w dawnej Galicji, istnieje długa i szanowana tradycja łączenia w działalności publicznej funkcji historyka, polityka i redaktora. Wzór takiego potrójnego zaangażowania wyznaczyli wszak wybitni przedstawiciele krakowskiej szkoły historycznej, zwani "Stańczykami". To także byli zarówno historycy i historyczni eseiści, działacze polityczni walczący, a następnie pracujący na rzecz poszerzenia politycznej i kulturalnej autonomii i jednocześnie redaktorzy oraz publicyści najbardziej wpływowej i opiniotwórczej ówcześnie gazety codziennej, jaką był krakowski "Czas".
Nie wiem, co powie Adam Michnik, a zwłaszcza co powiedzą jego warszawscy przyjaciele, na tę próbę przypisania mu krakowskich i galicyjskich antenatów w osobach "Stańczyków". Ktoś może nawet uznać, że to naciągane paralele i parantele, mające służyć włączeniu dostojnego doktora honorowego do środowiska, które mu ten doktorat przyznaje, by uczynić go bardziej swoim. Warto więc przytoczyć opinię jego samego o swojej matce, która jako uczennica prof. Stanisława Kota uzyskała doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jej syn, a od dziś doktor honorowy Uniwersytetu Pedagogicznego określił jej poglądy historyczne jako "skrzyżowanie szkoły krakowskiej z marksizmem". Byłby więc Adam Michnik skoligacony po kądzieli ze "Stańczykami". Tym silniej, że - jak wiadomo - owej domieszki marksistowskiej pozbył się już we wczesnej młodości.
Mając świadomość ideowych i światopoglądowych różnic między spadkobiercą tradycji lewicowych a XIX-wiecznymi konserwatystami, pozwolę sobie zwrócić uwagę na jeszcze jedno do nich podobieństwo. Stanowi ją umiejętność, chęć i odwaga łączenia postawy krytycznej wobec własnego społeczeństwa z kompromisową wobec ludzi obcej i niegdyś wrogiej władzy. A przecież to właśnie z tego czyniono mu kolejny zarzut, wypominając i pomstując, że nie szanuje najlepszych polskich tradycji narodowych i ich współczesnych kontynuacji, zaś układa się z funkcjonariuszami dawnego komunistycznego reżimu, okazując im nadmierną wyrozumiałość. Przypomnijmy więc, że Adam Michnik potrafił być bezkompromisowy wtedy, gdy szło się za to do więzienia, i wtedy, gdy w więzieniu siedział, otrzymując od swoich prześladowców rozmaite propozycje. W tym samym czasie był zarazem propagatorem historycznego kompromisu między laicką lewicą, z której dziedzictwem i etosem się utożsamiał, a Kościołem, będącym wówczas strażnikiem i obrońcą tradycji narodowej w jej najbardziej konserwatywnej odmianie. Bezkompromisowy wobec komunistów, był przez nich samych uważany za antykomunistycznego radykała i dlatego odsuwany od kompromisu mającego być zawartym przy Okrągłym Stole, do którego nie chciano dopuścić, dopóki Michnik i Kuroń nie znikną ze składu delegacji "Solidarności". Potrafił być bezkompromisowy, gdy to było potrzebne i wymagało odwagi, potrafił zawierać kompromisy, kiedy to było możliwe i wymagało rozsądku. Podobnie jak "Stańczycy", których uważa się za ugodowców, a w niektórych kręgach nawet za kolaborantów zaborczej władzy, choć przecież przeszli przez polityczną konspirację, brali udział w powstańczych walkach i poznali zaborcze więzienia. Gdy jednak kompromis z dotychczasowymi prześladowcami stał się możliwy i korzystny dla Polaków, nie wahali się go zawrzeć i wytrwać w swej słynnej lojalności wobec partnerów, nie szczędząc surowej krytyki, a nawet potępienia tym rodakom, którzy wzywali do permanentnej rebelii i wychwalali przelewanie krwi w narodowej sprawie. A takich, jak wiadomo, także dziś nie brakuje.
Michnik nie przestał być antykomunistą, ale jest "antykomunistą z ludzką twarzą", jak sam siebie kiedyś określił. Pozostawszy jednym z symboli antykomunistycznej opozycji czasów PRL, stał się przeciwnikiem zemsty na dawnych funkcjonariuszach reżimu, którego był jedną z ofiar, a także krytykiem metod odwetu mogących przypominać te stosowane niegdyś wobec niego przez jego prześladowców. Jak stanowczo podkreśla, dziś problemem nie jest komunizm, lecz fundamentalizm, w tym także moralny, posługujący się moralnym szantażem i przemocą na usługach moralności. Najważniejszym podziałem natomiast nie jest obecnie ten na postkomunistów i antykomunistów, lecz "na wizję społeczeństwa i narodu otwartego i zamkniętego". Wszelki ideowy, narodowy czy wyznaniowy ekskluzywizm jest mu obcy i niemiły, każdemu przeciwstawia się z jednaką intelektualną konsekwencją i publicystyczną pasją.
Jest historykiem krytycznym i krytykiem, a nie apologetą, rodzimej historii. Odrzuca "historię zakrzepłą w oleodruk". Jak motto jego krytyki historycznej brzmi jedna z jego deklaracji: "żeby stać się człowiekiem wolnym, muszę powiedzieć prawdę o swojej historii, czyli o sobie samym". We własnej historii odnajdujemy prawdę o sobie, a prawda historyczna ma służyć poznaniu siebie samych. Samookłamywanie temu nie tylko nie służy, lecz to uniemożliwia.
Adam Michnik nie pragnie wcale wymazać z ojczystych dziejów i zbiorowej pamięci komunistycznych win i zaszłości, co mu się niekiedy zarzuca. Ale nie zamierza dokonywać ich zajadłego i nieprzejednanego rozliczania. "Nie opowiadałem się za amnezją, lecz za amnestią" - wyjaśnia w jednym ze swych bardziej znanych powiedzeń, charakteryzujących jego obywatelską i moralną postawę.
Niektórzy uważają, że ta wyrozumiałość dla dawnych prześladowców ma źródła moralne, a więc tkwi w jego sumieniu; przypisuje mu się także inspirację religijną, opartą na idei miłosierdzia i płynącą z akceptacji ewangelicznego nakazu przebaczania własnym winowajcom. Nie chcę i nie umiem wnikać w jego sumienie, ani przekonania religijne, zwłaszcza publicznie. Muszę więc przyznać, że mnie szczególnie ujął i przekonał wyrażony przez niego explicite pragmatyczny i racjonalny argument na rzecz wyrozumiałości dla funkcjonariuszy politycznych reżimów, zrzekających się dyktatorskiej władzy, jakiego użył nie wobec generała Jaruzelskiego, lecz Pinocheta. Jeśli dobrowolnie ustępujących dyktatorów będziemy skrupulatnie rozliczać z ich win i konsekwentnie pociągać do odpowiedzialności za nie, wtedy żaden dyktator nie ustąpi dobrowolnie, a wielu ich jeszcze przecież dzierży władzę w różnych rejonach świata. Dając im przykład przebaczenia i pojednania, zachęcamy ich do ustąpienia, natomiast pokazując im perspektywę rozliczenia i ukarania, skłaniamy ich do utrzymywania się u władzy za wszelką cenę, płaconą przez ludzi poddanych ich despotycznym rządom.
W rozumowaniu tym widać zatroskanie o wolność i przyszłość nie tylko własnego społeczeństwa, ale także innych, wciąż jej pozbawionych i o nią zabiegających. To najlepsza i najwyższa, bo ponadnarodowa, forma solidarności. Niektórzy może nazwą ją internacjonalizmem, inni kosmopolityzmem, co niekoniecznie miałoby wyłącznie pozytywną konotację. Pozwolę sobie to nazwać poczuciem troski o los innych ludzi, czyli braterstwem.
Ludzki los ma jednak wymiar nie tylko egzystencjalny, lecz także historyczny. Szczególna wspólnota historycznego losu łączy na ogół sąsiadów. To na nich kieruje swoją specjalną uwagę i ich obejmuje szczególną troską Adam Michnik, poświęcając im wiele studiów i esejów. Zbliżyła nas z nimi wspólnota losu i przeżyć w komunistycznej opresji, ale także dawniejsza wspólnota polityczna wielonarodowej Rzeczypospolitej i C.K. monarchii austro-węgierskiej. "Rozmawiając z Czechem, Słowakiem czy Węgrem, odczuwam innego rodzaju wspólnotę niż ta, której doświadczam, rozmawiając z Rosjaninem czy Francuzem. Lubię Rosję i kulturę rosyjską, uwielbiam Francję i francuską duchowość, jednak wiem, że istnieje jakiś obszar mojej świadomości, który jest dla Rosjanina czy Francuza trudny do zrozumienia" - wyznał na łamach "Gazety Środkowoeuropejskiej", jedynego tego rodzaju stałego działu w polskiej prasie. Traktując z troską i uwagą o naszych najbliższych sąsiadach, nie jest ona wobec nich bezkrytyczna. Wspólnota historycznego losu pociąga przecież wspólną historyczną odpowiedzialność. Obejmuje ona jednak także odpowiedzialność za przyszłość, a ta wymaga zgodnej współpracy, której nie ma bez pojednania. O zasługach Adama Michnika na tym polu zapewne nic nie świadczy lepiej i nic nie mówi więcej niż posiadane przez niego najwyższe odznaczenia przez sąsiadów mu przyznane: Wielki Krzyż Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec, ukraiński Order Jarosława Mądrego, Order Wielkiego Księcia Litewskiego Giedymina, czeski Order Tomasza Masaryka, Krzyż Oficerski Orderu Zasługi Republiki Węgierskiej. W tym kontekście francuska Legia Honorowa to jak wisienka na torcie.
Działalność i twórczość Adama Michnika doceniają też europejskie i światowe środowiska akademickie. Jest doktorem honoris causa kilku uniwersytetów amerykańskich, ale także kowieńskiego Uniwersytetu Witolda Wielkiego, honorowym profesorem Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, honorowym senatorem Uniwersytetu w Lublanie. Nie ma jeszcze wprawdzie doktoratu honorowego Uniwersytetu Moskiewskiego, przepowiedzianego mu przez Jacka Fedorowicza, ale to zapewne tylko kwestia czasu. Bo przecież jest on także wnikliwym badaczem i znawcą Rosji, rosyjskiej historii i kultury, przyjacielem najzacniejszych Rosjan, ciesząc się także ich przyjaźnią. Sam siebie określa jako "antysowieckiego rusofila", więc gdy w Rosji przeminą postsowieckie porządki polityczne, także i tam obdarzą go należnymi honorami.
Lista nagród, odznaczeń i tytułów honorowych otrzymanych przez Adama Michnika od rozmaitych instytucji i organizacji z całego świata zajmuje niemal dwie strony gęstego druku. Ceniony i doceniany na całym świecie za intelektualny i praktyczny wkład w obalenie komunizmu i budowę demokracji, w ojczyźnie nie spotyka się z taką szczodrością w docenianiu i nagradzaniu swoich zasług. Jak wiadomo, najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Tym bardziej więc trzeba się cieszyć, że to Senat Uniwersytetu Pedagogicznego daje przykład, jak honorować rozległą i bogatą działalność jednego z najbardziej znanych na świecie i zasłużonych dla kraju Polaków.
Drogi Laureacie
Wysoki Senacie
Szanowni Goście!
W 1987 r. znany satyryk Jacek Fedorowicz narysował dla zgnębionych polityczną stagnacją czytelników prasy podziemnej wyimaginowaną stronę zmyślonej gazety "Expres poranny", zawierającą informacje z bliżej nieokreślonej fantastycznej przyszłości. Ich treść brzmiała wówczas tak nieprawdopodobnie, że aż absurdalnie, a dzięki temu miała wszelkie walory humorystyczne. Rozśmieszeniu czytelników miała też służyć. Tytuły z owej fikcyjnej gazety głosiły przykładowo : "Zbigniew Bujak z wizytą w Estonii", "Zbliża się referendum w sprawie unii polsko-węgiersko-słowacko-czeskiej", "Lech Wałęsa wznawia rozmowy w sprawie wolnych piątków", "Jacek Kuroń krytykuje ministra policji", "Rakowski i Urban uzyskali azyl w Albanii". Wśród tego rodzaju doniesień znalazło się i takie: "Dziekan wydziału historycznego Uniwersytetu Warszawskiego prof. Adam Michnik doktorem honoris causa Uniwersytetu Moskiewskiego".
Kiedy powstawał i ukazywał się ów rysunek oparty na tak zabawnym pomyśle, byłem początkującym asystentem Wyższej Szkoły Pedagogicznej i szeregowym członkiem nielegalnej "Solidarności". Gdyby mi ktoś wówczas powiedział, że nieco ponad 20 lat później będę jako profesor Uniwersytetu Pedagogicznego promotorem honorowego doktoratu Adama Michnika i z tej okazji wygłaszał jego laudację, pewnie uśmiałbym się do rozpuku z tego purnonsensownego żartu, jak ówcześni czytelnicy zmyślonej gazety Jacka Fedorowicza z podobnie niedorzecznymi i przez to zabawnymi informacjami.
W jednym wszakże ten pomysłowy rysownik i - jak widać - niezły prognosta się pomylił. Historyk Adam Michnik nie został profesorem i dziekanem, nie podjął naukowej i akademickiej kariery, postanowił służyć w inny sposób wolnej Polsce, o którą przez tyle lat walczył. Cały okres III Rzeczypospolitej przepracował na stanowisku redaktora naczelnego najbardziej wpływowej i opiniotwórczej gazety codziennej. To mu pozwoliło stać się akuszerem owej wolnej Polski, dzięki opublikowaniu pamiętnego artykułu "Wasz prezydent, nasz premier", przełamującego stan niepewności po wyborach czerwcowych i otwierającego drogę do powołania pierwszego "solidarnościowego" szefa rządu, a tym samym procesu przemian, które doprowadziły do systemowej, społeczno-politycznej i ekonomicznej transformacji. Stanął tym samym Adam Michnik w rzędzie tych nielicznych autorów, których pojedynczy artykuł w codziennej gazecie zmienił bieg historii - jak niegdyś wystąpienie Emila Zoli w sprawie afery Dreyfusa.
Nie po raz pierwszy przecież jednak wpłynął wówczas Adam Michnik na dzieje współczesnej Polski. Co najmniej od marca 1968 r. był stale obecny w centrum przełomowych wydarzeń, wyznaczających punkty zwrotne historii swojego kraju. W grudniu 1970 r., pracując jako spawacz po relegowaniu ze studiów, współorganizował robotnicze strajki w Zakładach im. Róży Luksemburg i pisał strajkowe rezolucje. W czerwcu 1976 r. był z robotnikami sądzonymi i represjonowanymi w Ursusie, później współuczestniczył w organizowaniu KOR. W sierpniu 1980 r. pojechał do Stoczni Gdańskiej, a potem jako doradca wspierał "Solidarność" w ówczesnej Hucie im. Lenina. 13 grudnia 1981 r. trafił do internowania. Należał do Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. W 1989 r. uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu. Jako redaktor "Gazety Wyborczej" wypromował "solidarnościowy" rząd. Autor historycznych esejów, analiz i opracowań, był jednocześnie autorem lub współautorem historycznych przemian.
Wobec jego osoby i działalności można więc całkiem adekwatnie użyć określenia, jakim posłużył się Timothy Garton Ash w swym wspomnieniu o Bronisławie Geremku (zamieszczonym zresztą w "Gazecie Wyborczej"): "Historyk i twórca historii". Tym bardziej trafne to sformułowanie, że drogi życiowe i intelektualne obu tych wybitnych postaci tak często się zbiegały. Prof. Andrzej Romanowski określił Adama Michnika jako niezwykłego świadka historii, będącego uczestnikiem i współtwórcą wydarzeń, które następnie opisywał i analizował w swych rozlicznych esejach i opracowaniach, a także polemikach i filipikach.
To przeplatanie się w biografii i działalności Adama Michnika ról inspiratora i recenzenta, sprawcy wydarzeń i ich komentatora, stało się podstawą jednego spośród najczęściej stawianych mu zarzutów. Dziwne, że tego rodzaju krytyka wychodziła też z kręgów uniwersyteckiej profesury krakowskiej. Przecież to tu, w Krakowie, w dawnej Galicji, istnieje długa i szanowana tradycja łączenia w działalności publicznej funkcji historyka, polityka i redaktora. Wzór takiego potrójnego zaangażowania wyznaczyli wszak wybitni przedstawiciele krakowskiej szkoły historycznej, zwani "Stańczykami". To także byli zarówno historycy i historyczni eseiści, działacze polityczni walczący, a następnie pracujący na rzecz poszerzenia politycznej i kulturalnej autonomii i jednocześnie redaktorzy oraz publicyści najbardziej wpływowej i opiniotwórczej ówcześnie gazety codziennej, jaką był krakowski "Czas".
Nie wiem, co powie Adam Michnik, a zwłaszcza co powiedzą jego warszawscy przyjaciele, na tę próbę przypisania mu krakowskich i galicyjskich antenatów w osobach "Stańczyków". Ktoś może nawet uznać, że to naciągane paralele i parantele, mające służyć włączeniu dostojnego doktora honorowego do środowiska, które mu ten doktorat przyznaje, by uczynić go bardziej swoim. Warto więc przytoczyć opinię jego samego o swojej matce, która jako uczennica prof. Stanisława Kota uzyskała doktorat na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jej syn, a od dziś doktor honorowy Uniwersytetu Pedagogicznego określił jej poglądy historyczne jako "skrzyżowanie szkoły krakowskiej z marksizmem". Byłby więc Adam Michnik skoligacony po kądzieli ze "Stańczykami". Tym silniej, że - jak wiadomo - owej domieszki marksistowskiej pozbył się już we wczesnej młodości.
Mając świadomość ideowych i światopoglądowych różnic między spadkobiercą tradycji lewicowych a XIX-wiecznymi konserwatystami, pozwolę sobie zwrócić uwagę na jeszcze jedno do nich podobieństwo. Stanowi ją umiejętność, chęć i odwaga łączenia postawy krytycznej wobec własnego społeczeństwa z kompromisową wobec ludzi obcej i niegdyś wrogiej władzy. A przecież to właśnie z tego czyniono mu kolejny zarzut, wypominając i pomstując, że nie szanuje najlepszych polskich tradycji narodowych i ich współczesnych kontynuacji, zaś układa się z funkcjonariuszami dawnego komunistycznego reżimu, okazując im nadmierną wyrozumiałość. Przypomnijmy więc, że Adam Michnik potrafił być bezkompromisowy wtedy, gdy szło się za to do więzienia, i wtedy, gdy w więzieniu siedział, otrzymując od swoich prześladowców rozmaite propozycje. W tym samym czasie był zarazem propagatorem historycznego kompromisu między laicką lewicą, z której dziedzictwem i etosem się utożsamiał, a Kościołem, będącym wówczas strażnikiem i obrońcą tradycji narodowej w jej najbardziej konserwatywnej odmianie. Bezkompromisowy wobec komunistów, był przez nich samych uważany za antykomunistycznego radykała i dlatego odsuwany od kompromisu mającego być zawartym przy Okrągłym Stole, do którego nie chciano dopuścić, dopóki Michnik i Kuroń nie znikną ze składu delegacji "Solidarności". Potrafił być bezkompromisowy, gdy to było potrzebne i wymagało odwagi, potrafił zawierać kompromisy, kiedy to było możliwe i wymagało rozsądku. Podobnie jak "Stańczycy", których uważa się za ugodowców, a w niektórych kręgach nawet za kolaborantów zaborczej władzy, choć przecież przeszli przez polityczną konspirację, brali udział w powstańczych walkach i poznali zaborcze więzienia. Gdy jednak kompromis z dotychczasowymi prześladowcami stał się możliwy i korzystny dla Polaków, nie wahali się go zawrzeć i wytrwać w swej słynnej lojalności wobec partnerów, nie szczędząc surowej krytyki, a nawet potępienia tym rodakom, którzy wzywali do permanentnej rebelii i wychwalali przelewanie krwi w narodowej sprawie. A takich, jak wiadomo, także dziś nie brakuje.
Michnik nie przestał być antykomunistą, ale jest "antykomunistą z ludzką twarzą", jak sam siebie kiedyś określił. Pozostawszy jednym z symboli antykomunistycznej opozycji czasów PRL, stał się przeciwnikiem zemsty na dawnych funkcjonariuszach reżimu, którego był jedną z ofiar, a także krytykiem metod odwetu mogących przypominać te stosowane niegdyś wobec niego przez jego prześladowców. Jak stanowczo podkreśla, dziś problemem nie jest komunizm, lecz fundamentalizm, w tym także moralny, posługujący się moralnym szantażem i przemocą na usługach moralności. Najważniejszym podziałem natomiast nie jest obecnie ten na postkomunistów i antykomunistów, lecz "na wizję społeczeństwa i narodu otwartego i zamkniętego". Wszelki ideowy, narodowy czy wyznaniowy ekskluzywizm jest mu obcy i niemiły, każdemu przeciwstawia się z jednaką intelektualną konsekwencją i publicystyczną pasją.
Jest historykiem krytycznym i krytykiem, a nie apologetą, rodzimej historii. Odrzuca "historię zakrzepłą w oleodruk". Jak motto jego krytyki historycznej brzmi jedna z jego deklaracji: "żeby stać się człowiekiem wolnym, muszę powiedzieć prawdę o swojej historii, czyli o sobie samym". We własnej historii odnajdujemy prawdę o sobie, a prawda historyczna ma służyć poznaniu siebie samych. Samookłamywanie temu nie tylko nie służy, lecz to uniemożliwia.
Adam Michnik nie pragnie wcale wymazać z ojczystych dziejów i zbiorowej pamięci komunistycznych win i zaszłości, co mu się niekiedy zarzuca. Ale nie zamierza dokonywać ich zajadłego i nieprzejednanego rozliczania. "Nie opowiadałem się za amnezją, lecz za amnestią" - wyjaśnia w jednym ze swych bardziej znanych powiedzeń, charakteryzujących jego obywatelską i moralną postawę.
Niektórzy uważają, że ta wyrozumiałość dla dawnych prześladowców ma źródła moralne, a więc tkwi w jego sumieniu; przypisuje mu się także inspirację religijną, opartą na idei miłosierdzia i płynącą z akceptacji ewangelicznego nakazu przebaczania własnym winowajcom. Nie chcę i nie umiem wnikać w jego sumienie, ani przekonania religijne, zwłaszcza publicznie. Muszę więc przyznać, że mnie szczególnie ujął i przekonał wyrażony przez niego explicite pragmatyczny i racjonalny argument na rzecz wyrozumiałości dla funkcjonariuszy politycznych reżimów, zrzekających się dyktatorskiej władzy, jakiego użył nie wobec generała Jaruzelskiego, lecz Pinocheta. Jeśli dobrowolnie ustępujących dyktatorów będziemy skrupulatnie rozliczać z ich win i konsekwentnie pociągać do odpowiedzialności za nie, wtedy żaden dyktator nie ustąpi dobrowolnie, a wielu ich jeszcze przecież dzierży władzę w różnych rejonach świata. Dając im przykład przebaczenia i pojednania, zachęcamy ich do ustąpienia, natomiast pokazując im perspektywę rozliczenia i ukarania, skłaniamy ich do utrzymywania się u władzy za wszelką cenę, płaconą przez ludzi poddanych ich despotycznym rządom.
W rozumowaniu tym widać zatroskanie o wolność i przyszłość nie tylko własnego społeczeństwa, ale także innych, wciąż jej pozbawionych i o nią zabiegających. To najlepsza i najwyższa, bo ponadnarodowa, forma solidarności. Niektórzy może nazwą ją internacjonalizmem, inni kosmopolityzmem, co niekoniecznie miałoby wyłącznie pozytywną konotację. Pozwolę sobie to nazwać poczuciem troski o los innych ludzi, czyli braterstwem.
Ludzki los ma jednak wymiar nie tylko egzystencjalny, lecz także historyczny. Szczególna wspólnota historycznego losu łączy na ogół sąsiadów. To na nich kieruje swoją specjalną uwagę i ich obejmuje szczególną troską Adam Michnik, poświęcając im wiele studiów i esejów. Zbliżyła nas z nimi wspólnota losu i przeżyć w komunistycznej opresji, ale także dawniejsza wspólnota polityczna wielonarodowej Rzeczypospolitej i C.K. monarchii austro-węgierskiej. "Rozmawiając z Czechem, Słowakiem czy Węgrem, odczuwam innego rodzaju wspólnotę niż ta, której doświadczam, rozmawiając z Rosjaninem czy Francuzem. Lubię Rosję i kulturę rosyjską, uwielbiam Francję i francuską duchowość, jednak wiem, że istnieje jakiś obszar mojej świadomości, który jest dla Rosjanina czy Francuza trudny do zrozumienia" - wyznał na łamach "Gazety Środkowoeuropejskiej", jedynego tego rodzaju stałego działu w polskiej prasie. Traktując z troską i uwagą o naszych najbliższych sąsiadach, nie jest ona wobec nich bezkrytyczna. Wspólnota historycznego losu pociąga przecież wspólną historyczną odpowiedzialność. Obejmuje ona jednak także odpowiedzialność za przyszłość, a ta wymaga zgodnej współpracy, której nie ma bez pojednania. O zasługach Adama Michnika na tym polu zapewne nic nie świadczy lepiej i nic nie mówi więcej niż posiadane przez niego najwyższe odznaczenia przez sąsiadów mu przyznane: Wielki Krzyż Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec, ukraiński Order Jarosława Mądrego, Order Wielkiego Księcia Litewskiego Giedymina, czeski Order Tomasza Masaryka, Krzyż Oficerski Orderu Zasługi Republiki Węgierskiej. W tym kontekście francuska Legia Honorowa to jak wisienka na torcie.
Działalność i twórczość Adama Michnika doceniają też europejskie i światowe środowiska akademickie. Jest doktorem honoris causa kilku uniwersytetów amerykańskich, ale także kowieńskiego Uniwersytetu Witolda Wielkiego, honorowym profesorem Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, honorowym senatorem Uniwersytetu w Lublanie. Nie ma jeszcze wprawdzie doktoratu honorowego Uniwersytetu Moskiewskiego, przepowiedzianego mu przez Jacka Fedorowicza, ale to zapewne tylko kwestia czasu. Bo przecież jest on także wnikliwym badaczem i znawcą Rosji, rosyjskiej historii i kultury, przyjacielem najzacniejszych Rosjan, ciesząc się także ich przyjaźnią. Sam siebie określa jako "antysowieckiego rusofila", więc gdy w Rosji przeminą postsowieckie porządki polityczne, także i tam obdarzą go należnymi honorami.
Lista nagród, odznaczeń i tytułów honorowych otrzymanych przez Adama Michnika od rozmaitych instytucji i organizacji z całego świata zajmuje niemal dwie strony gęstego druku. Ceniony i doceniany na całym świecie za intelektualny i praktyczny wkład w obalenie komunizmu i budowę demokracji, w ojczyźnie nie spotyka się z taką szczodrością w docenianiu i nagradzaniu swoich zasług. Jak wiadomo, najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Tym bardziej więc trzeba się cieszyć, że to Senat Uniwersytetu Pedagogicznego daje przykład, jak honorować rozległą i bogatą działalność jednego z najbardziej znanych na świecie i zasłużonych dla kraju Polaków.
* Janusz A. Majcherek jest profesorem filozofii w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, dawniej związany z "Czasem Krakowskim" oraz "Tygodnikiem Powszechnym", wielokrotnie publikował też w "Rzeczpospolitej" oraz w "Gazecie Wyborczej".
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień

