Zapiski na biletach. Sukces, czyli porażka
2010-02-12
, aktualizacja: 12.02.2010 12:57
Wyczytałem, że niedawno zakończył się internetowy plebiscyt na największe sukcesy minionego 20-lecia. Pomysł świetny, ale wynik kuriozalny.
Pomysł świetny, bo w Polsce nadal nie czuć powszechnego przekonania, że minione dwie dekady to coś więcej niż bezrobocie, upadek, spisek łże-elit i tak dalej. Po prostu nie wypada pisać, że ten obraz jest nieco bardziej skomplikowany, że są w nim miejsca wstydliwe, ale są i takie, którymi warto się chwalić. Dlatego akcja Polska Ma Sens, polegająca na tym, by wzmacniać to, co pozytywne, powinien być odtrutką dla polskich mózgów, na wylot zlasowanych cierpieniem.
Teraz uwaga. Za Sukces Sukcesów minionych 20 lat internauci uznali Krainę Wielkich Jezior Mazurskich. Jeziora i woda są dla Polaków większym sukcesem, niż wymyślone z żelazną precyzją Muzeum Powstania Warszawskiego (zostawmy, że to również triumf klęski), festiwal Open'er w Gdyni, rozwój zbudowanego od zera giganta budowlanego Atlas czy targi w Kielcach, które w ciągu kilku lat zaczęły przyciągać handlowców z całego świata. Tak, słowiańska natura wybrała przyrodę. Jeśli jednak dobrze interpretuję ten wynik, zwyciężyło typowo polskie myślenie na wspak, struktury głębokie dały znów znać o sobie i zdominowały logiczne myślenie. Tłumaczę sobie, że internauci podświadomie chcieli zrobić na złość inicjatorom plebiscytu i za wielki sukces uznali to, co w istocie jest dotkliwą porażką. Przysięgam, chciałbym napisać o Mazurach optymistycznie, ale nie jestem w stanie. Za bardzo interesuję się tym regionem, by uwierzyć, że wynik głosowania ma jakikolwiek sens. Jakie są bowiem składowe tego sukcesu?
Odpowiadam: tysiące samowoli budowlanych, architektura marnej jakości, wyrąb unikatowych w skali kraju alei przydrożnych, przełowione jeziora. Mimo trwającej od 30 lat walki przyrodników, ani jeden fragment tej (rzekomo bezcennej) krainy nie został objęty statusem parku narodowego, opór myśliwych, leśników, rybaków i władz lokalnych jest bowiem zbyt silny. Brutalna prawda jest taka: 40 lat PRL-u zrobiło Mazurom mniej krzywdy, niż 20 lat beztroskiej, prowadzonej bez ograniczeń kolonizacji turystycznej. Komunizm zostawił Mazury na uboczu, a brak infrastruktury i możliwości szybkiego dojazdu sprawiły, że region ten trwał w stanie anabiozy, oczekując na lepsze czasy. Zaś lepsze czasy przyniosły jedyny pomysł, który realizujemy mistrzowsko: pospolite ruszenie. Złowić, ile się da, zbudować dom nielegalnie, wyrzucić gruz na brzeg chronionego jeziora. Oto recepta na nasz sukces.
Nie bez winy pozostają tu władze i mieszkańcy regionu. Wystarczy pojechać do Pisza, diamentu w mazurskiej koronie, by usłyszeć, jak wyobrażają sobie los tej przestrzeni ludzie związani z nią miejscem zameldowania. Agroturystyka? Małe biznesy? Wypożyczalnie rowerów i kajaków? Wędkarstwo amatorskie, tak jak w Szwecji czy za Przemyślem? Nie, do stu tysięcy martwych jezior, nie. Władzom Pisza marzy się Godot, który przyjdzie i zbuduje wielką fabrykę, słyszałem to wyznanie na własne uszy. Może to będzie hotel-gigant, może fabryka opon albo kabli do samochodów. Nieważne gdzie i za jaką cenę, niech przyjdzie i zbuduje. Do tego najszersze drogi, bo wiadomo, że współczesny Godot dojeżdża wyłącznie tam, gdzie są trasy ekspresowe i autostrady. W ten mniej więcej sposób wygląda wizja mazurskiego rozwoju kreślona przez samych Mazurów. Innej na horyzoncie nie widać. Oto dwie składowe sukcesu: gwałtowny napór turystów i bierność mieszkańców mazurskich miast. Dla mnie to żaden powód do dumy. W Mikołajkach, Piszu czy Mrągowie widzę przede wszystkim chybiony projekt modernizacyjny, który przy bliższym poznaniu powinien budzić smutek, a nie zachwyt. Tośmy sobie wybrali symbol.
Teraz uwaga. Za Sukces Sukcesów minionych 20 lat internauci uznali Krainę Wielkich Jezior Mazurskich. Jeziora i woda są dla Polaków większym sukcesem, niż wymyślone z żelazną precyzją Muzeum Powstania Warszawskiego (zostawmy, że to również triumf klęski), festiwal Open'er w Gdyni, rozwój zbudowanego od zera giganta budowlanego Atlas czy targi w Kielcach, które w ciągu kilku lat zaczęły przyciągać handlowców z całego świata. Tak, słowiańska natura wybrała przyrodę. Jeśli jednak dobrze interpretuję ten wynik, zwyciężyło typowo polskie myślenie na wspak, struktury głębokie dały znów znać o sobie i zdominowały logiczne myślenie. Tłumaczę sobie, że internauci podświadomie chcieli zrobić na złość inicjatorom plebiscytu i za wielki sukces uznali to, co w istocie jest dotkliwą porażką. Przysięgam, chciałbym napisać o Mazurach optymistycznie, ale nie jestem w stanie. Za bardzo interesuję się tym regionem, by uwierzyć, że wynik głosowania ma jakikolwiek sens. Jakie są bowiem składowe tego sukcesu?
Odpowiadam: tysiące samowoli budowlanych, architektura marnej jakości, wyrąb unikatowych w skali kraju alei przydrożnych, przełowione jeziora. Mimo trwającej od 30 lat walki przyrodników, ani jeden fragment tej (rzekomo bezcennej) krainy nie został objęty statusem parku narodowego, opór myśliwych, leśników, rybaków i władz lokalnych jest bowiem zbyt silny. Brutalna prawda jest taka: 40 lat PRL-u zrobiło Mazurom mniej krzywdy, niż 20 lat beztroskiej, prowadzonej bez ograniczeń kolonizacji turystycznej. Komunizm zostawił Mazury na uboczu, a brak infrastruktury i możliwości szybkiego dojazdu sprawiły, że region ten trwał w stanie anabiozy, oczekując na lepsze czasy. Zaś lepsze czasy przyniosły jedyny pomysł, który realizujemy mistrzowsko: pospolite ruszenie. Złowić, ile się da, zbudować dom nielegalnie, wyrzucić gruz na brzeg chronionego jeziora. Oto recepta na nasz sukces.
Nie bez winy pozostają tu władze i mieszkańcy regionu. Wystarczy pojechać do Pisza, diamentu w mazurskiej koronie, by usłyszeć, jak wyobrażają sobie los tej przestrzeni ludzie związani z nią miejscem zameldowania. Agroturystyka? Małe biznesy? Wypożyczalnie rowerów i kajaków? Wędkarstwo amatorskie, tak jak w Szwecji czy za Przemyślem? Nie, do stu tysięcy martwych jezior, nie. Władzom Pisza marzy się Godot, który przyjdzie i zbuduje wielką fabrykę, słyszałem to wyznanie na własne uszy. Może to będzie hotel-gigant, może fabryka opon albo kabli do samochodów. Nieważne gdzie i za jaką cenę, niech przyjdzie i zbuduje. Do tego najszersze drogi, bo wiadomo, że współczesny Godot dojeżdża wyłącznie tam, gdzie są trasy ekspresowe i autostrady. W ten mniej więcej sposób wygląda wizja mazurskiego rozwoju kreślona przez samych Mazurów. Innej na horyzoncie nie widać. Oto dwie składowe sukcesu: gwałtowny napór turystów i bierność mieszkańców mazurskich miast. Dla mnie to żaden powód do dumy. W Mikołajkach, Piszu czy Mrągowie widzę przede wszystkim chybiony projekt modernizacyjny, który przy bliższym poznaniu powinien budzić smutek, a nie zachwyt. Tośmy sobie wybrali symbol.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Szklany kort do squasha stanie koło ...
- Górka Narodowa wywalczyła zmiany w komunikacji
- Pedofil fotografował 8-latkę w szpitalnej ...
- Squattersi z ul. Zamoyskiego zatrzymani ...
- Porażony prądem kilka godzin leżał na łące
- Centrum grzęźnie w korkach, przerwy w ...
- Budowali autostradę A4. Teraz zwalniają ...

