Zapiski na biletach. Krakowska duma z piaskownicy
2010-02-26
, aktualizacja: 25.02.2010 17:45
Czytam po raz kolejny wywiad, którym Gazeta otwarła debatę: Nadchodzą nowi mieszczanie. Znalazł się w nim intrygujący szczegół. Wśród wielu wypowiedzianych przez dr Pawła Kubickiego na temat Krakowa stwierdzeń znalazło się bowiem i takie, że centrum Krakowa jest przestrzenią przyjazną dla obywatela z dzieckiem.
ZOBACZ TAKŻE
- Krakowscy mieszczanie i ich ulubione miejsca (12-03-10, 15:34)
- Przeczytałem: Z kotem w karocy (09-05-10, 10:00)
- Gdzie teraz bywacie mieszczanie? Tworzymy mapę! (07-03-10, 23:00)
- Głosy z sieci: o Krakowie i jego mieszkańcach (05-03-10, 12:20)
- Listy. Niech każdy odkrywa Kraków po swojemu (04-03-10, 15:41)
- Wolne zawody w Krakowie, kariera w Warszawie (04-03-10, 00:18)
- Coraz mniej mieszkańców w centrum Krakowa (07-07-10, 12:18)
- Nowych krakowskich mieszczan portret własny (27-02-10, 18:09)
- Świat wdarł się do kamienicy Dulskich (21-02-10, 22:21)
Cytuję: "Krakowianka - zamiast jak jej koleżanka z prowincji jeździć wózkiem bez sensu w tę i z powrotem, a potem czekać na męża z obiadem - ma w mieście przestrzenie publiczne, gdzie zawsze może wyjść, spotkać znajomych czy przy kawie skończyć na laptopie jakiś projekt. W tym czasie dziecko bawi się z innymi np. w bunkrowej piaskownicy".
Zasadniczo dr Paweł Kubicki wypowiada się z dużą pewnością siebie na temat Krakowa i ja mu tej pewności zazdroszczę. Widocznie ma podstawy. Jednak w kwestii dzieci, jako osoba żywotnie zainteresowana, chciałem zgłosić votum separatum. Nie będę się czepiał podejrzanego przekonania, że to krakowianka wychodzi na spacer z dzieckiem - widocznie badania Kubickiego dowiodły, że to zajęcie jest domeną kobiet. Nie chodzi mi nawet o piękną frazę "przy kawie kończyć na laptopie jakiś projekt", ani o to, że fraza ta wyklucza się z opieką nad dziećmi. Małe dziecko i praca to są czynności, które wchodzą ze sobą w kolizję w sposób ewidentny i brutalny. Ja nie widziałem w Bunkrze dotychczas takich zdarzeń, owszem, przychodzą tam ciekawi zawodnicy z czerwonymi laptopami, żeby popracować nad swoimi projektami typu Facebook, ale to jednak zupełnie inna kategoria poznawcza, niż karkołomna konstrukcja rodzic-kawa-laptop-projekt-dziecko.
Ważniejsze jest co innego: otóż "bunkrowa piaskownica", do której jak ćmy do lampy zlatują tabuny rodziców z małoletnimi, nie jest symbolem narodzin nowej przestrzeni, tylko tej przestrzeni braku. Piaskownica w Bunkrze Sztuki to jest oaza, samotna wyspa pośród fal Starego Miasta, koło ratunkowe. A takim miejscom wiele się wybacza. Jako stały bywalec mam podejrzenia, że piasek nie jest tam zmieniany zbyt często, mam również nadzieję, że posadowiony tuż obok reflektor, w którym tak lubią gmerać dzieciaki, nie należy do kategorii czynnych urządzeń elektrycznych. Mimo tych obaw chodzimy z dziećmi do piaskownicy przy Bunkrze i będziemy chodzić tam nadal. Jaka jest bowiem alternatywa? Odpowiadam: Planty zasrane w sposób tak niebotyczny, że milusińskich trzeba tam wyprowadzać na smyczy, w innym przypadku wytarzają się z radością w psich odchodach. Piaskownice na Plantach, w których starszaki często zostawiają różne ślady konsumpcji alkoholowej, pół biedy, jeśli są to kapsle czy korki. Nie od rzeczy będzie dodać, że ważnym elementem tej "przestrzeni publicznej" są ulice, na których zderzaki aut dotykają ścian. Jak się wychodzi z dzieckiem w wózku na przechadzkę, to radości jest co niemiara, bo czasem trzeba wyjść na ulicę, i wtedy nawiązujemy sekretną nić porozumienia z prowincją, wtedy czujemy to, co czuje rodzic drałujący z pociechą lewą stroną jezdni do domu w miejscowości Oracze na przykład, prosto w oczy nadjeżdżających aut. W takich chwilach człowiek myśli o tych miastach, wobec których nie powinniśmy czuć kompleksów, o Berlinie albo Wiedniu, gdzie dziecko może się wyszumieć, a rodzic wypić płyn.
Tak więc fakt, który skłania Pawła Kubickiego do optymistycznych rozważań, z mojego punktu widzenia jest faktem głęboko smutnym i świadczącym o kompletnym lekceważeniu dla tych szaleńców, którzy postanowili się rozmnożyć i pozostać przy tym w centrum miasta. To nie jest "przestrzeń publiczna", to zwyczajna pustynia, w której piaskownicę metr na metr traktujemy jak symbol skoku cywilizacyjnego.
Jest więc stary Kraków niewątpliwie świetnym miejscem dla nowych mieszczan. Ale dla nowych dzieci na pewno nie.
Zasadniczo dr Paweł Kubicki wypowiada się z dużą pewnością siebie na temat Krakowa i ja mu tej pewności zazdroszczę. Widocznie ma podstawy. Jednak w kwestii dzieci, jako osoba żywotnie zainteresowana, chciałem zgłosić votum separatum. Nie będę się czepiał podejrzanego przekonania, że to krakowianka wychodzi na spacer z dzieckiem - widocznie badania Kubickiego dowiodły, że to zajęcie jest domeną kobiet. Nie chodzi mi nawet o piękną frazę "przy kawie kończyć na laptopie jakiś projekt", ani o to, że fraza ta wyklucza się z opieką nad dziećmi. Małe dziecko i praca to są czynności, które wchodzą ze sobą w kolizję w sposób ewidentny i brutalny. Ja nie widziałem w Bunkrze dotychczas takich zdarzeń, owszem, przychodzą tam ciekawi zawodnicy z czerwonymi laptopami, żeby popracować nad swoimi projektami typu Facebook, ale to jednak zupełnie inna kategoria poznawcza, niż karkołomna konstrukcja rodzic-kawa-laptop-projekt-dziecko.
Ważniejsze jest co innego: otóż "bunkrowa piaskownica", do której jak ćmy do lampy zlatują tabuny rodziców z małoletnimi, nie jest symbolem narodzin nowej przestrzeni, tylko tej przestrzeni braku. Piaskownica w Bunkrze Sztuki to jest oaza, samotna wyspa pośród fal Starego Miasta, koło ratunkowe. A takim miejscom wiele się wybacza. Jako stały bywalec mam podejrzenia, że piasek nie jest tam zmieniany zbyt często, mam również nadzieję, że posadowiony tuż obok reflektor, w którym tak lubią gmerać dzieciaki, nie należy do kategorii czynnych urządzeń elektrycznych. Mimo tych obaw chodzimy z dziećmi do piaskownicy przy Bunkrze i będziemy chodzić tam nadal. Jaka jest bowiem alternatywa? Odpowiadam: Planty zasrane w sposób tak niebotyczny, że milusińskich trzeba tam wyprowadzać na smyczy, w innym przypadku wytarzają się z radością w psich odchodach. Piaskownice na Plantach, w których starszaki często zostawiają różne ślady konsumpcji alkoholowej, pół biedy, jeśli są to kapsle czy korki. Nie od rzeczy będzie dodać, że ważnym elementem tej "przestrzeni publicznej" są ulice, na których zderzaki aut dotykają ścian. Jak się wychodzi z dzieckiem w wózku na przechadzkę, to radości jest co niemiara, bo czasem trzeba wyjść na ulicę, i wtedy nawiązujemy sekretną nić porozumienia z prowincją, wtedy czujemy to, co czuje rodzic drałujący z pociechą lewą stroną jezdni do domu w miejscowości Oracze na przykład, prosto w oczy nadjeżdżających aut. W takich chwilach człowiek myśli o tych miastach, wobec których nie powinniśmy czuć kompleksów, o Berlinie albo Wiedniu, gdzie dziecko może się wyszumieć, a rodzic wypić płyn.
Tak więc fakt, który skłania Pawła Kubickiego do optymistycznych rozważań, z mojego punktu widzenia jest faktem głęboko smutnym i świadczącym o kompletnym lekceważeniu dla tych szaleńców, którzy postanowili się rozmnożyć i pozostać przy tym w centrum miasta. To nie jest "przestrzeń publiczna", to zwyczajna pustynia, w której piaskownicę metr na metr traktujemy jak symbol skoku cywilizacyjnego.
Jest więc stary Kraków niewątpliwie świetnym miejscem dla nowych mieszczan. Ale dla nowych dzieci na pewno nie.
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





