Listy. Niech każdy odkrywa Kraków po swojemu
2010-03-04
, aktualizacja: 04.03.2010 15:41
Uważam, że nie można określać kryteriów , które następnie należy spełniać, by stać się krakusem. Niech każdy odkrywa Kraków po swojemu - publikujemy kolejne głosy w dyskusji o tożsamości mieszkańców miasta.
ZOBACZ TAKŻE
- Krakowscy mieszczanie i ich ulubione miejsca (12-03-10, 15:34)
- Tożsamości nie nabywa się poprzez urodzenie w mieście (26-03-10, 18:46)
- Kraków to walka dwóch żywiołów: otwartości i ksenofobii (26-03-10, 18:27)
- Gdzie teraz bywacie mieszczanie? Tworzymy mapę! (07-03-10, 23:00)
- Listy. Jesteśmy temu miastu potrzebni (04-03-10, 09:00)
- Skoczylas: Mały kroczek krakowianki (26-02-10, 10:00)
- Głosy z sieci: o Krakowie i jego mieszkańcach (05-03-10, 12:20)
- Wolne zawody w Krakowie, kariera w Warszawie (04-03-10, 00:18)
- Coraz mniej mieszkańców w centrum Krakowa (07-07-10, 12:18)
- Nowych krakowskich mieszczan portret własny (27-02-10, 18:09)
- My i Wy, czyli o starych i nowych krakowianach (26-02-10, 12:00)
- Zapiski na biletach. Krakowska duma z piaskownicy (26-02-10, 11:00)
- Nowi mieszczanie: Kawa, plany, czat, piwo, biznes, Skype, premiera... (23-02-10, 21:37)
- Listy: Mogę o sobie mówić "krakus od 300 lat"? (23-02-10, 09:00)
- Uwaga, krakowianie! Nadchodzą nowi mieszczanie (21-02-10, 22:22)
- Świat wdarł się do kamienicy Dulskich (21-02-10, 22:21)
Listy. Niech każdy odkrywa Kraków po swojemu
Po przeczytaniu artykułów i listów nadesłanych przez Czytelników odnoszę wrażenie, że dość płytko starzy i nowi krakowianie zanurkowali, by odnaleźć odpowiedź na pytanie: "Co to znaczy być krakusem?".
Nie można, moim zdaniem, sprowadzić dyskusji do tego, czy krakus pije kawę na Kazimierzu, czy koło Rynku, czy mieszka w kamienicy na Starym Mieście, a może w nowym domu na przedmieściach. Nie licytujmy się na liczbę portretów członków naszych krakowskich rodzin, nie chwalmy się, jak wiele pokoleń studiowało na UJ i ile kamienic nasza rodzina posiada. To jest pozbawione sensu. Bardzo dobrze, że ktoś wypunktował wybitne krakowskie osobistości urodzone poza miastem, zazwyczaj w małych miejscowościach. To pokazuje, jak bardzo należy unikać szkodliwego zamknięcia. Ile Kraków by stracił, gdyby nie mogli zaistnieć tu przybysze z innych miast bez portretów, herbów, pamiątek i dumnych opowieści!
Oczywiście, nie mam nic do tych, którzy skupiają się na poszukiwaniu oznak bycia "prawdziwym" mieszkańcem tego miasta. Należałoby to jednak traktować jako dodatek do dyskusji, a nie jej główny nurt.
W moim przekonaniu decydujące jest własne przekonanie o tym, jak bardzo my sami czujemy się związani z Krakowem. Jestem pewny, że żadne drugie miasto w Polsce nie ma mieszkańców tak wiernych swojej małej ojczyźnie.
Uważam, że nie można określać kryteriów , które następnie należy spełniać, by stać się krakusem. Niech każdy odkrywa Kraków po swojemu.
Paweł du Vall
student prawa, przewodnik po Krakowie
Listy. Nowi i starzy mieszczanie
Właściwie, jaki naprawdę jest nasz Kraków? Czy z perspektywy Amsterdamu i Barcelony jest wciąż atrakcyjny? Czy Kraków to rzeczywiście już miasto otwarte i tolerancyjne, czy ciągle zamknięte i zapyziałe? Kraków, podobnie jak inne europejskie metropolie, ma niejedno oblicze. Z jednej strony gwarny, międzynarodowy tłum Szewskiej. Z drugiej równie głośny, ale jakże inny tłum Bieńczyc. To samo miasto, a ma się wrażenie, że dzieli je nie półgodzinna podróż tramwajem, a kilka stref czasowych. Dla porównania Amsterdam ma również kosmopolityczny Kalverstraat i dzielnicę problemów Zuid-Oost. Podkreślmy jednak, że skala rozbieżności w postrzeganiu miasta nie jest tak kolosalna jak w przypadku centralnych i peryferyjnych dzielnic Krakowa. Posługiwanie się zatem silną generalizacją w kontekście Krakowa może prowadzić do wypatrzenia wniosków z naszej dyskusji.
Chcemy być postrzegani jako europejska metropolia, bujny ogród europejskich wartości, matecznik polskości i mamy do tego prawo jak żadne inne polskie miasto. W zjednoczonej Europie (przeciw której był co piąty krakowianin w referendum akcesyjnym) pojawia się dla miasta nowa historyczna szansa skoku cywilizacyjnego. Za sprawą funduszy unijnych Kraków się zmienia (komunikacja miejska, infrastruktura drogowa, szkolnictwo). Patrząc na spektakularne (celowo używam tego słowa) dokonania Krakowa (szybki tramwaj, centra outsourcingowe, opera, w niedługiej przyszłości centrum kongresowe, dwie piękne areny piłkarskie), można odnieść wrażenie, że Kraków można zestawiać na równi z Barceloną, Mediolanem czy Monachium. Zachowajmy jednak trochę rozsądku w tym szumie informacyjnym i spójrzmy na miasto systemowo, a nie poprzez medialne newsy. Dlaczego niezależnie od ogromnego potencjału i zmian ostatniej dekady Kraków jest prowincjonalny:
* Biznes. W Krakowie nie ma międzynarodowego biznesu z prawdziwego zdarzenia. Bo centra outsourcingowe mimo ogromnego znaczenia dla gospodarki regionu nie mogą być postrzegane jako koło zamachowe przeobrażeń. W naszym mieście nie powstała i długo nie powstanie dzielnica biznesowa (nie paryskie La Defense, bo to inna skala, ale praski Pankrac czy wileński (!) Snipiskes). Międzynarodowe korporacje potrzebują nowoczesnej infrastruktury biznesowej. Budowa wysokościowców w Krakowie to nie odpowiedź na nasze prowincjonalne kompleksy, ale konieczność.
* Internacjonalizacja społeczeństwa. W Krakowie wg danych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych funkcjonują tylko dwie międzynarodowe szkoły podstawowe. W urzędach nie sposób załatwić sprawy po angielsku (napisy wyłącznie po polsku, znajomość języków wśród urzędników pozostawia dużo do życzenia). Innymi słowy w Krakowie łatwo zamówić obiad w języku angielskim, ale rejestracja samochodu przez obcokrajowca graniczy z cudem. Jeżeli miasto nie wypracuje systemowych rozwiązań ułatwiających życie ekspatom, to slogany o otwartości Krakowa na odmienność można włożyć między bajki.
* Komunikacja miejska. Kraków jest miejscem trudnym do życia również dla przyjezdnych rodaków. W komunikacji miejskiej ciekłokrystaliczne ekrany służą do wyświetlania reklam, a nie do informowania podróżnych. W wielu autobusach zniknęły tablice z przebiegiem linii. Strona MPK jest jedynie po polsku.
* Krakowskie Centrum Komunikacyjne. Chaos. Magistrat obarcza winą PKP, kolejarze winią urzędników, a na dworcu będącym wizytówką miasta wciąż gubią się turyści, jest brudno, a niepełnosprawni nie mogą z niego korzystać. Najlepszym obrazem krakowskiej prowincji jest połączenie kolejowe do Balic. Pociągi bywają odwoływane, a podróżnym nie zapewnia się transportu zastępczego. W przewodniku Lonely Planet w części poświęconej naszemu miastu możemy przeczytać, że odradzane jest korzystanie z połączenia kolejowego na lotnisko. A magistrat wciąż chwali się, że jako jedyni w kraju mamy takie połączenie.
* Sport i zdrowie. Wydaje się, że Kraków został stworzony do poruszania się na rowerze: stosunkowo małe odległości, klimat (proszę porównać Kraków z "rowerowymi" Helsinkami). W naszym mieście ścieżki rowerowe tworzone są nie jako alternatywa dla samochodów, ale urzędniczy kontrargument (po co ten rwetes, przecież mamy ścieżki!).
Czy budowa dwóch stadionów piłkarskich w bezpośrednim sąsiedztwie nie jest marnotrawstwem publicznych pieniędzy? Za szacowane 450 mln, które będzie nas kosztować stadion Wisły, mogło powstać kilkaset (!) osiedlowych boisk piłkarskich. Skrajna niekompetencja pana Obtułowicza z niewyjaśnionych przyczyn jest ignorowana przez miasto. Czy to nie koronny argument przemawiający za "zapyziałością" Krakowa?
Przykłady pokazujące prowincjonalne brzemię Krakowa można jeszcze mnożyć. Miasto niezależnie od naszego wyobrażenia nie jest już stolicą polskiej kultury (Warszawa ma trzy razy więcej teatrów, powstają tam muzea kluczowe dla świadomości narodowej). Nie jesteśmy też potęgą gospodarczą w kraju (pod względem PKB per capita wyprzedza nas Warszawa i Poznań). Myli się ten, który myśli, że jesteśmy turystycznym pępkiem świata (w zestawieniu przygotowanym przez Euromonitor miast najczęściej odwiedzanych przez międzynarodowych turystów Kraków nie znalazł się w pierwszej setce, Praga była 25., Warszawa 59.). Dokąd zatem zmierzasz Krakowie prastary?
Sebastian Król
ekonomista, absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Od dziecka związany z Krakowem
Po przeczytaniu artykułów i listów nadesłanych przez Czytelników odnoszę wrażenie, że dość płytko starzy i nowi krakowianie zanurkowali, by odnaleźć odpowiedź na pytanie: "Co to znaczy być krakusem?".
Nie można, moim zdaniem, sprowadzić dyskusji do tego, czy krakus pije kawę na Kazimierzu, czy koło Rynku, czy mieszka w kamienicy na Starym Mieście, a może w nowym domu na przedmieściach. Nie licytujmy się na liczbę portretów członków naszych krakowskich rodzin, nie chwalmy się, jak wiele pokoleń studiowało na UJ i ile kamienic nasza rodzina posiada. To jest pozbawione sensu. Bardzo dobrze, że ktoś wypunktował wybitne krakowskie osobistości urodzone poza miastem, zazwyczaj w małych miejscowościach. To pokazuje, jak bardzo należy unikać szkodliwego zamknięcia. Ile Kraków by stracił, gdyby nie mogli zaistnieć tu przybysze z innych miast bez portretów, herbów, pamiątek i dumnych opowieści!
Oczywiście, nie mam nic do tych, którzy skupiają się na poszukiwaniu oznak bycia "prawdziwym" mieszkańcem tego miasta. Należałoby to jednak traktować jako dodatek do dyskusji, a nie jej główny nurt.
W moim przekonaniu decydujące jest własne przekonanie o tym, jak bardzo my sami czujemy się związani z Krakowem. Jestem pewny, że żadne drugie miasto w Polsce nie ma mieszkańców tak wiernych swojej małej ojczyźnie.
Uważam, że nie można określać kryteriów , które następnie należy spełniać, by stać się krakusem. Niech każdy odkrywa Kraków po swojemu.
Paweł du Vall
student prawa, przewodnik po Krakowie
Listy. Nowi i starzy mieszczanie
Właściwie, jaki naprawdę jest nasz Kraków? Czy z perspektywy Amsterdamu i Barcelony jest wciąż atrakcyjny? Czy Kraków to rzeczywiście już miasto otwarte i tolerancyjne, czy ciągle zamknięte i zapyziałe? Kraków, podobnie jak inne europejskie metropolie, ma niejedno oblicze. Z jednej strony gwarny, międzynarodowy tłum Szewskiej. Z drugiej równie głośny, ale jakże inny tłum Bieńczyc. To samo miasto, a ma się wrażenie, że dzieli je nie półgodzinna podróż tramwajem, a kilka stref czasowych. Dla porównania Amsterdam ma również kosmopolityczny Kalverstraat i dzielnicę problemów Zuid-Oost. Podkreślmy jednak, że skala rozbieżności w postrzeganiu miasta nie jest tak kolosalna jak w przypadku centralnych i peryferyjnych dzielnic Krakowa. Posługiwanie się zatem silną generalizacją w kontekście Krakowa może prowadzić do wypatrzenia wniosków z naszej dyskusji.
Chcemy być postrzegani jako europejska metropolia, bujny ogród europejskich wartości, matecznik polskości i mamy do tego prawo jak żadne inne polskie miasto. W zjednoczonej Europie (przeciw której był co piąty krakowianin w referendum akcesyjnym) pojawia się dla miasta nowa historyczna szansa skoku cywilizacyjnego. Za sprawą funduszy unijnych Kraków się zmienia (komunikacja miejska, infrastruktura drogowa, szkolnictwo). Patrząc na spektakularne (celowo używam tego słowa) dokonania Krakowa (szybki tramwaj, centra outsourcingowe, opera, w niedługiej przyszłości centrum kongresowe, dwie piękne areny piłkarskie), można odnieść wrażenie, że Kraków można zestawiać na równi z Barceloną, Mediolanem czy Monachium. Zachowajmy jednak trochę rozsądku w tym szumie informacyjnym i spójrzmy na miasto systemowo, a nie poprzez medialne newsy. Dlaczego niezależnie od ogromnego potencjału i zmian ostatniej dekady Kraków jest prowincjonalny:
* Biznes. W Krakowie nie ma międzynarodowego biznesu z prawdziwego zdarzenia. Bo centra outsourcingowe mimo ogromnego znaczenia dla gospodarki regionu nie mogą być postrzegane jako koło zamachowe przeobrażeń. W naszym mieście nie powstała i długo nie powstanie dzielnica biznesowa (nie paryskie La Defense, bo to inna skala, ale praski Pankrac czy wileński (!) Snipiskes). Międzynarodowe korporacje potrzebują nowoczesnej infrastruktury biznesowej. Budowa wysokościowców w Krakowie to nie odpowiedź na nasze prowincjonalne kompleksy, ale konieczność.
* Internacjonalizacja społeczeństwa. W Krakowie wg danych Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych funkcjonują tylko dwie międzynarodowe szkoły podstawowe. W urzędach nie sposób załatwić sprawy po angielsku (napisy wyłącznie po polsku, znajomość języków wśród urzędników pozostawia dużo do życzenia). Innymi słowy w Krakowie łatwo zamówić obiad w języku angielskim, ale rejestracja samochodu przez obcokrajowca graniczy z cudem. Jeżeli miasto nie wypracuje systemowych rozwiązań ułatwiających życie ekspatom, to slogany o otwartości Krakowa na odmienność można włożyć między bajki.
* Komunikacja miejska. Kraków jest miejscem trudnym do życia również dla przyjezdnych rodaków. W komunikacji miejskiej ciekłokrystaliczne ekrany służą do wyświetlania reklam, a nie do informowania podróżnych. W wielu autobusach zniknęły tablice z przebiegiem linii. Strona MPK jest jedynie po polsku.
* Krakowskie Centrum Komunikacyjne. Chaos. Magistrat obarcza winą PKP, kolejarze winią urzędników, a na dworcu będącym wizytówką miasta wciąż gubią się turyści, jest brudno, a niepełnosprawni nie mogą z niego korzystać. Najlepszym obrazem krakowskiej prowincji jest połączenie kolejowe do Balic. Pociągi bywają odwoływane, a podróżnym nie zapewnia się transportu zastępczego. W przewodniku Lonely Planet w części poświęconej naszemu miastu możemy przeczytać, że odradzane jest korzystanie z połączenia kolejowego na lotnisko. A magistrat wciąż chwali się, że jako jedyni w kraju mamy takie połączenie.
* Sport i zdrowie. Wydaje się, że Kraków został stworzony do poruszania się na rowerze: stosunkowo małe odległości, klimat (proszę porównać Kraków z "rowerowymi" Helsinkami). W naszym mieście ścieżki rowerowe tworzone są nie jako alternatywa dla samochodów, ale urzędniczy kontrargument (po co ten rwetes, przecież mamy ścieżki!).
Czy budowa dwóch stadionów piłkarskich w bezpośrednim sąsiedztwie nie jest marnotrawstwem publicznych pieniędzy? Za szacowane 450 mln, które będzie nas kosztować stadion Wisły, mogło powstać kilkaset (!) osiedlowych boisk piłkarskich. Skrajna niekompetencja pana Obtułowicza z niewyjaśnionych przyczyn jest ignorowana przez miasto. Czy to nie koronny argument przemawiający za "zapyziałością" Krakowa?
Przykłady pokazujące prowincjonalne brzemię Krakowa można jeszcze mnożyć. Miasto niezależnie od naszego wyobrażenia nie jest już stolicą polskiej kultury (Warszawa ma trzy razy więcej teatrów, powstają tam muzea kluczowe dla świadomości narodowej). Nie jesteśmy też potęgą gospodarczą w kraju (pod względem PKB per capita wyprzedza nas Warszawa i Poznań). Myli się ten, który myśli, że jesteśmy turystycznym pępkiem świata (w zestawieniu przygotowanym przez Euromonitor miast najczęściej odwiedzanych przez międzynarodowych turystów Kraków nie znalazł się w pierwszej setce, Praga była 25., Warszawa 59.). Dokąd zatem zmierzasz Krakowie prastary?
Sebastian Król
ekonomista, absolwent Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Od dziecka związany z Krakowem
Listy. Jestem nową krakowianką
Przyjechałam do Krakowa prawie siedem lat temu. Miasto przyjęło mnie z otwartymi ramionami. Przedtem, przez większość życia, mieszkałam w Gdyni, a potem - rok w Paryżu, gdzie poznałam aktualnego męża, krakusa z dziada pradziada, który nie chciał przeprowadzić się do Gdyni (oczywiste). Mąż miał stypendium na Uniwersytecie Jussieu w Paryżu, a ja byłam dziennikarką polonijnej gazety (przedtem przez 10 lat pracowałam w "Dzienniku Bałtyckim" jako reporterka, dziennikarka, sekretarz redakcji). W 2003 roku, po powrocie z Paryża, zamieszkałam z nim w Krakowie, najpierw w Nowej Hucie. Dzięki temu, że poprzez pracę w dziennikarstwie miałam kontakty m.in. z naukowcami (mąż też jest naukowcem), miałam na starcie w Krakowie genialny preparat pewnego profesora, który rozreklamowałam za własne, zarobione w Paryżu pieniądze. Zajęłam się dystrybucją tego preparatu w Waszym - Naszym pięknym mieście. Po dwóch latach miałam tylu klientów w całej Polsce, że za pośrednictwem Waszej gazety (tzn. bez pośrednictwa biura nieruchomości) bez trudu znalazłam lokal na sklep przy ul. Starowiślnej. To był rok 2004. Nie miałam żadnego "zaplecza", żadnych "pleców", nikt mnie nie "wspierał". Po prostu - z "marszu", bez znajomości i "układów", udało mi się wynająć lokal na sklep za niewielką sumę (1200 zł netto)!!! To jest dowód na otwartość Krakowa. Nikogo tu nie znałam, OPRÓCZ MĘŻA, który - zamknięty we własnym naukowym świecie - nie mógł mi w tym pomóc. Po prostu - otwarłam sklep.
I udało się! Mam ten sam sklep od pięciu lat, i - odpukać - nawet kryzys nim nie zachwiał. Zajmuję się preparatami naturalnymi, suplementami, kosmetykami certyfikowanymi, mój sklep był wielokrotnie promowany przez Miasto Kobiet (i inne tytuły branżowe), piszę dziennikarskie teksty sponsorowane do gazet w całej Polsce, mam odbiorców z kraju i z zagranicy. Przez pół roku zdradzałam Kraków dla Warszawy - w 2008 roku otwarłam drugi sklep o tym samym profilu na najdroższej ulicy w Polsce - ul. Chmielnej 26 w Warszawie - za niebotyczną sumę 12 tys. zł miesięcznie (33 m kw.) (w moim sklepie kupowały kremy dr Hauschka, m.in. takie gwiazdy jak Anna Maria Jopek i Agnieszka Perepeczko, miałam też osobną galerię matowego bursztynu, prawdziwy warszawski hit). Przetrwałam tam pół roku, mogłabym dłużej, ale za bardzo tęskniłam za Krakowem - za jego lokalami, uliczkami, klimatem, naszym Empikiem, czekoladą na Brackiej, winem w Guliwerze, naleśnikami na Kazimierzu. Po powrocie niemal całowałam krakowską ziemię. Paliłam papierosa na Poselskiej i płakałam ze szczęścia, że wróciłam.
Warszawa zmęczyła mnie, zaniepokoiła ludźmi "bez życiorysów", wyścigiem młodych z laptopami w metrze (siedzieli z nimi nawet w niedzielne kawiarniane poranki). Tam "Starówka" (cudzysłów jest tu b. potrzebny) zamierała o północy.
To w Krakowie spotykam ludźmi "z korzeniami", trochę "sennych", wyciszonych. (Taki hedonistyczny, acz lekko depresyjny klimat...). I spotykam się z życzliwością. To tutaj wydałam tomik swoich wierszy o Paryżu, co nigdy nie wydawało mi się możliwe. Stało się to przypadkiem. Nikogo nie znałam w branży, nikt mnie nie sponsorował. Kilka krakowskich księgarni za darmo promowało mój tomik. Niewiarygodne...
A przyjechałam znad morza, z miejsca twardych, zamkniętych, lekko zasolonych Kaszubów.
Krakusy też są twardzi, trochę nieprzystępni, jednak - życzliwi. Tu nie ma soli, jest raczej pieprz. Zanim krakuska kupi mój drogi krem, weźmie jego pięć próbek. Ale kupi. Więc nie narzekam.
Prawdziwi krakusi to z pewnością rodzina mojego męża. Jego Babcia była dyrektorką jednej z krakowskich szkół licealnych w Nowej Hucie. Już dziś nie żyje, ale była to jedna z najbardziej otwartych osób, które spotkałam w moim 41-letnim życiu. Kiedy poznałam męża, on miał 23 lata, a ja - 34. Cała rodzina była przeciw naszemu małżeństwu. Oprócz Babci. Babcia była krakowską damą, piła kawę o 12. Życzliwa, otwarta. Jej mąż - były żołnierz AK, tak samo życzliwy ludziom, otwarty, honorowy. Na ich pogrzebach było z pół miasta.
Kocham Kraków. Jestem dziś z mężem w separacji, jednak zostanę tu, w moim ukochanym Krakowie, nawet jeśli się rozwiodę. W tym mieście czuję siłę, z niego czerpię moc i energię.
Obecnie wynajmuję piękne mieszkanie na Starym Mieście, chadzam do klubów, cieszę się krakowskim życiem i choć tęsknię za morzem, i jest ono tematem moich malowanych w wolnych chwilach obrazów (nowa pasja!) - ZOSTAJĘ W KRAKOWIE.
Aleksandra Zdrojewska
Przyjechałam do Krakowa prawie siedem lat temu. Miasto przyjęło mnie z otwartymi ramionami. Przedtem, przez większość życia, mieszkałam w Gdyni, a potem - rok w Paryżu, gdzie poznałam aktualnego męża, krakusa z dziada pradziada, który nie chciał przeprowadzić się do Gdyni (oczywiste). Mąż miał stypendium na Uniwersytecie Jussieu w Paryżu, a ja byłam dziennikarką polonijnej gazety (przedtem przez 10 lat pracowałam w "Dzienniku Bałtyckim" jako reporterka, dziennikarka, sekretarz redakcji). W 2003 roku, po powrocie z Paryża, zamieszkałam z nim w Krakowie, najpierw w Nowej Hucie. Dzięki temu, że poprzez pracę w dziennikarstwie miałam kontakty m.in. z naukowcami (mąż też jest naukowcem), miałam na starcie w Krakowie genialny preparat pewnego profesora, który rozreklamowałam za własne, zarobione w Paryżu pieniądze. Zajęłam się dystrybucją tego preparatu w Waszym - Naszym pięknym mieście. Po dwóch latach miałam tylu klientów w całej Polsce, że za pośrednictwem Waszej gazety (tzn. bez pośrednictwa biura nieruchomości) bez trudu znalazłam lokal na sklep przy ul. Starowiślnej. To był rok 2004. Nie miałam żadnego "zaplecza", żadnych "pleców", nikt mnie nie "wspierał". Po prostu - z "marszu", bez znajomości i "układów", udało mi się wynająć lokal na sklep za niewielką sumę (1200 zł netto)!!! To jest dowód na otwartość Krakowa. Nikogo tu nie znałam, OPRÓCZ MĘŻA, który - zamknięty we własnym naukowym świecie - nie mógł mi w tym pomóc. Po prostu - otwarłam sklep.
I udało się! Mam ten sam sklep od pięciu lat, i - odpukać - nawet kryzys nim nie zachwiał. Zajmuję się preparatami naturalnymi, suplementami, kosmetykami certyfikowanymi, mój sklep był wielokrotnie promowany przez Miasto Kobiet (i inne tytuły branżowe), piszę dziennikarskie teksty sponsorowane do gazet w całej Polsce, mam odbiorców z kraju i z zagranicy. Przez pół roku zdradzałam Kraków dla Warszawy - w 2008 roku otwarłam drugi sklep o tym samym profilu na najdroższej ulicy w Polsce - ul. Chmielnej 26 w Warszawie - za niebotyczną sumę 12 tys. zł miesięcznie (33 m kw.) (w moim sklepie kupowały kremy dr Hauschka, m.in. takie gwiazdy jak Anna Maria Jopek i Agnieszka Perepeczko, miałam też osobną galerię matowego bursztynu, prawdziwy warszawski hit). Przetrwałam tam pół roku, mogłabym dłużej, ale za bardzo tęskniłam za Krakowem - za jego lokalami, uliczkami, klimatem, naszym Empikiem, czekoladą na Brackiej, winem w Guliwerze, naleśnikami na Kazimierzu. Po powrocie niemal całowałam krakowską ziemię. Paliłam papierosa na Poselskiej i płakałam ze szczęścia, że wróciłam.
Warszawa zmęczyła mnie, zaniepokoiła ludźmi "bez życiorysów", wyścigiem młodych z laptopami w metrze (siedzieli z nimi nawet w niedzielne kawiarniane poranki). Tam "Starówka" (cudzysłów jest tu b. potrzebny) zamierała o północy.
To w Krakowie spotykam ludźmi "z korzeniami", trochę "sennych", wyciszonych. (Taki hedonistyczny, acz lekko depresyjny klimat...). I spotykam się z życzliwością. To tutaj wydałam tomik swoich wierszy o Paryżu, co nigdy nie wydawało mi się możliwe. Stało się to przypadkiem. Nikogo nie znałam w branży, nikt mnie nie sponsorował. Kilka krakowskich księgarni za darmo promowało mój tomik. Niewiarygodne...
A przyjechałam znad morza, z miejsca twardych, zamkniętych, lekko zasolonych Kaszubów.
Krakusy też są twardzi, trochę nieprzystępni, jednak - życzliwi. Tu nie ma soli, jest raczej pieprz. Zanim krakuska kupi mój drogi krem, weźmie jego pięć próbek. Ale kupi. Więc nie narzekam.
Prawdziwi krakusi to z pewnością rodzina mojego męża. Jego Babcia była dyrektorką jednej z krakowskich szkół licealnych w Nowej Hucie. Już dziś nie żyje, ale była to jedna z najbardziej otwartych osób, które spotkałam w moim 41-letnim życiu. Kiedy poznałam męża, on miał 23 lata, a ja - 34. Cała rodzina była przeciw naszemu małżeństwu. Oprócz Babci. Babcia była krakowską damą, piła kawę o 12. Życzliwa, otwarta. Jej mąż - były żołnierz AK, tak samo życzliwy ludziom, otwarty, honorowy. Na ich pogrzebach było z pół miasta.
Kocham Kraków. Jestem dziś z mężem w separacji, jednak zostanę tu, w moim ukochanym Krakowie, nawet jeśli się rozwiodę. W tym mieście czuję siłę, z niego czerpię moc i energię.
Obecnie wynajmuję piękne mieszkanie na Starym Mieście, chadzam do klubów, cieszę się krakowskim życiem i choć tęsknię za morzem, i jest ono tematem moich malowanych w wolnych chwilach obrazów (nowa pasja!) - ZOSTAJĘ W KRAKOWIE.
Aleksandra Zdrojewska
- 8 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
-
Listy. Niech każdy odkrywa Kraków po swojemu
guru133
04.03.10, 16:07
Nie każdy mieszkaniec Krakowa jest krakusem i nie każdy krakus musi byćmieszkańcem Krakowa. Krakus to pewien etos i pewien poziom do którego niekażdy może dorosnąć, ale nikomu nie można tego»
Najczęściej czytane24 htydzień






