Takie chwile to się pamięta do końca życia

Renata Radłowska, Dominika Maciejasz
2010-04-18 , aktualizacja: 18.04.2010 20:37
A A A Drukuj
Kraków, dzień pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu. Transmisja uroczystości na Błoniach Fot. Michał Grzanka / Agencja Gazeta Kraków, dzień pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu. Transmisja uroczystości na Błoniach
Kraków czekał - spokojny, spacerujący, życzliwy. Tylu ludzi nie ma na mieście w żadną, nawet tę najpiękniejszą sobotę. Bo to była sobota zupełnie inna niż wszystkie.
Kraków, dzień pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu. Uczestnicy uroczystości na Rynku Głównym
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Kraków, dzień pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu. Uczestnicy uroczystości na Rynku Głównym
Kraków, dzień pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Kraków, dzień pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu
Kraków, dzień pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu. Ludzie zgromadzeni na Rynku Głównym
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Kraków, dzień pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu. Ludzie zgromadzeni na Rynku Głównym
Kraków, dzień pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu.
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Kraków, dzień pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu.
Pierwsi uczestnicy uroczystości pogrzebowych przyszli na Rynek wczesnym rankiem
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Pierwsi uczestnicy uroczystości pogrzebowych przyszli na Rynek wczesnym rankiem
Na Rynku Głównym poustawiano setki krzeseł dla gości. Za dwadzieścia cztery godziny będą oglądać mszę w bazylice Mariackiej. Oglądać na telebimach. Już w sobotę te wielkie monitory otaczali krakowianie, turyści i przybyli na niedzielne uroczystości pogrzebowe. W domach przecież też są telewizory, ale oglądanie transmisji pod gołym niebem, w otoczeniu innych, którzy milczą, płaczą albo zwyczajnie komentują, to co innego. Wzruszenie jest większe, i żal, jeżeli czuje się żal.

- Przyjechałam rano, z mojej Warszawy. Od razu przyszłam na Rynek. I taka myśl się pojawiła - te dwa miasta jakoś się ze sobą połączyły, zlały się w jedno - mówiła w sobotnie popołudnie Ania, studentka psychologii. - To naprawdę niebywałe! W sobotę Kraków patrzył na Warszawę, w niedzielę Warszawa będzie patrzyła na Kraków. Moje miasto było początkiem żałoby, wasze jest jej końcem, i jestem pewna, że u was pojawi się nadzieja...

Bez pośpiechu

Krakowianie spacerowali. Po Plantach, po uliczkach wokół Rynku. Przyglądali się tym, co przechodzili obładowani plecakami. Odpowiadali na pytania o drogę, radzili, gdzie wypić dobrą kawę, gdzie zjeść coś tanio.

Ekipy telewizyjne snuły się wokół Rynku, wypatrując, który balkon będzie dogodniejszy do filmowania, z którego lepiej będzie widać i co właściwie będzie widać.

Snuły się, bo w sobotę Krakowowi wcale się nie spieszyło - taki niepośpiech udzielał się wszystkim. Wolniutko czyszczono posadzkę na Dworcu Głównym - z prędkością bardziej niż bezpieczną. Z czułością podlewano biało-czerwone pelargonie zawieszone w plastikowych doniczkach na dworcowym ogrodzeniu. Sennie myto schody przy wejściu.

Policjanci w radiowozach siedzieli nieruchomo, ratownicy medyczni stali na baczność na rogatkach Rynku.

W punkcie informacyjnym przy Wieży Ratuszowej jeszcze przed południem zabrakło "znaczków żałobnych".

- Ale może jeden jeszcze gdzieś pan znajdzie? - pytał z nadzieją starszy mężczyzna. - Widzi pan, bo mój najlepszy płaszcz, taki wyjściowy, jest w kolorze beżowym i nie pasuje, żebym w czymś tak jasnym szedł na pogrzeb, więc gdybym dopiął chociaż ten znaczek, to czułbym się stosownie do sytuacji...

Paweł

Do takiego Krakowa przyjechał z Wrocławia Paweł. Jeden z tysięcy gości, którzy chcieli uczestniczyć w niedzielnych uroczystościach. Paweł przywiózł swoją historię, swoje powody.

- Dwa tygodnie temu straciłem ojca, umarł na zawał - opowiada Paweł. - Jestem tu dla niego. On by tu był. Od kilku lat kłóciliśmy się ostro o politykę. Ja liberał, on skrajny prawicowiec. Nie umieliśmy mówić do siebie, krzyczeliśmy, przeklinaliśmy. W końcu przestaliśmy ze sobą rozmawiać, odwiedzać się. A potem tata umarł. Później zrozumiałem, że straciłem ojca, nie przeciwnika politycznego. Siedzę tak sobie w tym waszym Krakowie i myślę, że całe to kłócenie się nie miało żadnego sensu, to jedna z tych najbanalniejszych prawd, które docierają do człowieka, jak już jest po wszystkim. Jak już coś się straci.

Paweł chciał trochę spokoju. Wypić gdzieś kawę, pomyśleć. Ale ludzi dookoła niego były setki. Ktoś coś mówił, ktoś inny coś niósł, komuś dzwonił telefon, ktoś robił zdjęcia; ktoś witał się z rodziną, której nie widział sto lat. Telebimy były głośne, dzwony z telebimów były głośne. Paweł i tak czuł się w Krakowie lepiej niż we Wrocławiu - tam jest pustka i bardzo dużo wyrzutów sumienia.

Wawel

Trzeba było iść na Wawel. Póki jeszcze można. Bo być w tę sobotę na Wawelu, to prawie tak jak być tam w tę niedzielę.

Od strony ulicy Kanoniczej ustawiła się długa kolejka. Setki ludzi - setka do setki i w ciągu dnia zrobiło się kilkanaście tysięcy. Kolejka mówiła wszystkimi językami świata - od czeskiego po japoński. Podziwiała widoki ze wzgórza, zachód słońca, Wisłę i... samą siebie, bo naprawdę była długa.

A gdzie ta krypta? W katedrze. A wejść można? Już chyba nie. Dlaczego takie strome schody do tej katedry? Bo to stare schody. Ale jak trumnę wnieść po nich? Pewnie na ramionach. Wnosili już tak kiedyś? No raczej nikt z nas tego nie widział.

Aniela

Ta historia, i mówi to sama pani Aniela, jest jak z filmów.

Po prostu pani Aniela nie chciała być sama w domu. Pomyślała więc, że przyjmie kogoś do swojego pustego i za dużego domu w centrum Krakowa. Sąsiadka mówiła: "Oszalałaś Anielcia, bo to wiesz na kogo trafisz, a jak cię okradną?". Na to pani Aniela, że trzeba ufać ludziom i że słuchać już nie może historii o tym, jak ludzie zarabiają na wynajmowaniu mieszkań na ten jeden weekend.

Pani Aniela: - Poszłam w piątek na dworzec i szukałam ludzi. Chciałam znaleźć takich, którzy są młodzi i dobrze im z oczu patrzy; ja umiem poznać dobrego człowieka. Wysiadła z pociągu para, chłopak i dziewczyna. Tacy roześmiani, pewni siebie, a jednak trochę zagubieni. Już wiedziałam, że to "ci moi".

Oni bali się chyba bardziej niż ona.

Wytłumaczyła im: "Wiecie dzieciaki kochane, takie chwile to się pamięta do końca życia. Ja bym chciała, żebyście mieli dobre wspomnienia. Trzeba uczyć się bezinteresowności, bo jak nie wy będziecie bezinteresowni, to kto? To ja wam dam pokój, a wy ze mną po prostu trochę pobędziecie. Nie chcę być teraz sama".

W sobotę rano zrobiła Bartkowi i Izie (studenci architektury z Poznania) śniadanie. Potem oglądali w telewizji transmisję z warszawskich uroczystości. Po południu poszli na spacer, na Planty.

Iza już postanowiła, że zostawi pani Anieli chociaż 200 złotych - za te dwa noclegi.

Pani Aniela obiecała śmiertelnie się obrazić, jeżeli tylko usłyszy o jakichś pieniądzach. "Idźcie i kupcie za to znicze. A już najlepiej zrobicie, jak dacie te pieniądze na jakiś dom dziecka. Prezydentowa Marynia bardzo by się z tego ucieszyła" - powiedziała.

Zdjęcia

Tysiące zdjęć zrobiono w Krakowie. To tu, to tam. Przy wawelskich magnoliach, które właśnie zakwitły (ze sporym opóźnieniem, bo to bardzo listopadowy kwiecień). Z wozem transmisyjnym Polsatu za plecami. Na tle domu handlowego Jubilat. Z widokiem na Sheraton, gdzie będą gościć zagraniczne delegacje.

Fotografowały się zakonnice, bardzo miniaturowymi aparacikami. Rodziny duże i małe. Turyści z półkuli północnej i południowej. Krakowianie od pokoleń i krakowianie od wczoraj.

I każde zdjęcie od razu stawało się historyczne.

- A co to znaczy "historyczne", mamo? - pytał sześcioletni Karol.

- Historyczne, czyli ważne dla potomności - odpowiadała mama Karola.

- A co to jest "potomności"?

Termos, kanapki

Niedziela rano. Kraków budzi się, a raczej przeciera oczy, bo ten Kraków, który będzie żegnał prezydencką parę, raczej nie spał. Czuwał. Byli tacy, którzy zostali na noc na Rynku Głównym, poprzykrywani grubymi śpiworami.

O szóstej, siódmej w uliczki biegnące do Rynku sączą się ludzie. Witają ich harcerze rozdający darmowe gazety, broszury i mapki.

Diana ze znajomymi stoi tu już od godziny, zajęła sobie miejsce przy samych bramkach u wylotu św. Anny. Dziewczyna przeskakuje z nogi na nogę, rozciera ręce, żeby się rozgrzać. Na twarzy ma rumieńce od rannego powietrza. Trochę się garbi, plecak przewieszony na brzuchu ściąga ją do przodu. Ma w nim termos i stosy kanapek na cały dzień.

Diana (ma 23 lata): - Normalnie o tej porze odsypiałabym imprezę. Ale jak mogłam nie przyjechać? Pochodzę ze Złotowa, tam przez dwa lata mieszkała Maria Kaczyńska, a jej tato był u nas leśnikiem.

W Krakowie są też przyjaciele Diany, Marta i Marcin (mieszkają w Wałczu, to daleko od Krakowa - prawie 600 kilometrów; studiują finanse i bankowość). Jechali całą noc.

Marcin: - Jak po katastrofie pokazywali pana prezydenta z żoną na zdjęciach i różne takie zakulisowe sceny z jego udziałem, pomyślałem, że to był naprawdę fajny człowiek.

Marta: - Mnie strasznie wzruszył widok córki pana prezydenta, Marty. Z całego serca jej współczuję.

Nie wiedzą jeszcze, jak wrócą do domów. Nie mają biletów, planują zostać do końca uroczystości. Jak nie będzie miejsca w autobusie, wrócą pociągiem. A jak nie będzie miejsc w pociągu, to coś wymyślą.

Pół Polski

Jeszcze chwila i na Rynek już nie będzie można wejść.

Będzie człowiek przy człowieku. Stopa przy stopie. Głowa przy głowie.

Na rowerze można przyjechać. Flagę wetknąć w bagażnik. Tramwajem, autobusem. Ale jest tak ładnie, szkoda siedzieć w autobusie. Więc na piechotę.

Nikomu się nie spieszy. Wszyscy zdążą.

Para prezydencka już przyleciała.

To pewne. Przecież pokazały to ogromne telebimy.

Za chwilę pół Polski będzie w Krakowie. A może i cała.

Uroczystości żałobne w Krakowie: INFORMATOR | GALERIA ZDJĘĆ | RELACJA NA ŻYWO



Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    18 głosów

Reklama

Lata 60. w Nowej Hucie - urbanistyka, architektura i wnętrza

Do 1 lipca 2012 w nowohuckim oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na os. Słonecznym 16 oglądać można wystawę Nowa przestrzeń. Modernizm w Nowej Hucie.