Dantejskie sceny pod żłobkiem. Dochodzi do rękoczynów

Olga Szpunar
2010-04-21 , aktualizacja: 21.04.2010 23:31
A A A Drukuj
Agata i Piotr Eigenfeldowie przyjechali po synka Ignasia. Auto musieli zostawić kilkanaście metrów dalej Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta Agata i Piotr Eigenfeldowie przyjechali po synka Ignasia. Auto musieli zostawić kilkanaście metrów dalej
Spuszczanie powietrza z opon to norma. Dochodzi również do rękoczynów. Jedna z matek w końcu ugryzła mężczyznę, który na siłę próbował wyciągnąć ją z auta - mieszkańcy bloków z ul. Mazowieckiej skutecznie nie umożliwili rodzicom dojazd do żłobka.
Agata i Piotr Eigenfeldowie przyjechali po synka Ignasia. Auto musieli zostawić kilkanaście metrów dalej
Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
Agata i Piotr Eigenfeldowie przyjechali po synka Ignasia. Auto musieli zostawić kilkanaście metrów dalej
Agata Eigenfeld, mama malucha ze żłobka: - Zdarzało się, że zanim zaprowadziłam tam dziecko siedziałam dwadzieścia minut w aucie i czekałam aż lokatorzy odjadą. Bałam się, że zostanę obrzucona wyzwiskami lub wyszarpana za ubranie.

Raz już zdarzyła się taka historia. Siostrę jej męża, która przyjechała po malucha, jakiś mężczyzna próbował na siłę wyciągnąć z auta. Siedziała przypięta pasami, a on ją szarpał. Uderzył. Ugryzła go, by się wyswobodzić.

Kierowniczka żłobka Bożena Pawłowska: - Ostrzegam wszystkich, którzy przyprowadzają tutaj dzieci, że mamy problem.

Auta szkodzą murom

Problemem są okoliczni mieszkańcy, którzy zablokowali wszystkie możliwe drogi dojazdowe do żłobka. Pierwszą jeszcze w 1997 roku. Prowadziła pod blokiem nr 30 i można nią było wjechać prosto na placyk parkingowy na terenie żłobka. Lokatorzy trzydziestki zagrodzili dojazd w obawie, że przejeżdżające samochody zaszkodzą murom ich bloku. Jeden z kluczy dostała kierowniczka żłobka, ale tylko na wypadek przyjazdu pogotowia, straży pożarnej lub samochodu dostawczego.

Wtedy rodzice dowożący maluchy zaczęli stawać na okolicznych parkingach. To tam działy się sceny, o których opowiada pani Agata. Kierowniczka dorzuca informację o przebijanych rodzicom oponach i o ściąganiu przez lokatorów strażników miejskich. - A przecież te auta nie stawały dłużej niż dziesięć minut - zauważa.

- Mieszkańcy narzekali, że blokowały im miejsca postojowe i zastawiały wjazd do garażów - mówi Zbigniew Radosz, prezes Spółdzielni Mieszkaniowej "Łobzów", do której należy parking położony najbliżej żłobka.

Był ostatnim, na który mogli wjechać rodzice. Jednak w ubiegłym tygodniu, na prośbę lokatorów bloku przy Mazowieckiej 34, i na tym parkingu założono blokadę. W liście motywującym swoje żądanie mieszkańcy napisali, że w ciągu godziny na parking wjeżdżało kilkadziesiąt samochodów, które stanowiły "zagrożenie uszkodzenia ich pojazdów".

- Bzdura - mówi Pawłowska. - W żłobku jest 80 dzieci, ale większość ich rodziców to okoliczni mieszkańcy, którzy przywożą maluchy w wózkach. Poza tym rodzice z autami nie odbierają dzieci o jednakowej godzinie.

Bieg z maluchem

Jest godzina 15, stoimy przed żłobkiem z rodzicami. Zablokowany przez mieszkańców parking jest prawie pusty. Za to rodzice odbierający dzieci porywają je na ręce i biegną do zostawionych na ulicy samochodów. Dopiero teraz pojazdy blokują komuś wyjazd, a ich kierowcy łamią przepisy, stojąc na zakazie zatrzymywania się. - Nie wyobrażam sobie takiej bieganiny w zimie z małym dzieckiem - mówi Jarosław Dąbrowski, tato malucha ze żłobka.

Mąż pani Agaty Piotr Eigenfeld dodaje: - Mamy parking na terenie żłobka. Nie stawalibyśmy na cudzym, gdyby droga do niego nie była zablokowana.

Kierowniczka żłobka: - Teraz, kiedy rodzice nie mają gdzie zaparkować, drżę na samą myśl, że coś złego się wydarzy, gdy będą wyciągać dziecko z fotelika w niedozwolonym miejscu - przyznaje. Myśli, by zwrócić się do zarządu dróg, aby ten wygospodarował kilka miejsc na postój dla rodziców tuż przy ulicy. Wczoraj zaczęła zbierać ich podpisy pod listem o ustanowienie służebności dla żłobka drogi pod blokiem przy ul. Mazowieckiej 30.

Gdy rozmawiamy, część jego mieszkańców stoi w oknach.

Czy zgodzą się na likwidację bramy blokującej dojazd?

- Dwadzieścia lat walczyłem o to, by ją założyć - nie kryje mężczyzna z balkonu na pierwszym piętrze. Mówi o ekspertyzie, która stwierdza, że przejazd aut pod budynkiem powoduje pękanie murów. Ale nie chce do nas zejść i jej pokazać.

Pawłowska twierdzi, że problem od lat znany jest wydziałowi zdrowia (podlegają mu żłobki) i radzie dzielnicy.

W listach do tych instytucji opisywała go wielokrotnie.

Z dyrektorem biura promocji i ochrony zdrowia w krakowskim magistracie Michałem Marszałkiem nie udało nam się wczoraj skontaktować. Za to przewodniczący dzielnicy V Piotr Klimowicz informuje: - Nie wpłynęło do nas żadne oficjalne pismo o problemie. Choć znam go.

Dziś deklaruje, że jest gotowy zorganizować spotkanie zainteresowanych stron, by wspólnie wymyślić jakieś rozwiązanie.

Przeczytaj także: Nie trafią do więzienia bo... przeprosili | Lekarz wziął od pacjentów ponad 32 tys. zł.



Podziel się

  • 452 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    95 głosów

Reklama

Lata 60. w Nowej Hucie - urbanistyka, architektura i wnętrza

Do 1 lipca 2012 w nowohuckim oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na os. Słonecznym 16 oglądać można wystawę Nowa przestrzeń. Modernizm w Nowej Hucie.