Wybuchł wulkan i nasz świat legł w gruzach
2010-04-24
, aktualizacja: 22.04.2010 14:41
Felieton Michała Olszewskiego. Jeden wybuch wulkanu i cały nasz nieźle ułożony świat sypie się w gruzy.
ZOBACZ TAKŻE
- Młodzi naukowcy skuszeni. Wracają do kraju (24-04-10, 18:00)
- Plastyk miejski chce, ale nie może. Miota się, szarpie (13-06-10, 08:00)
- Wulkan Katla może być gorszy od Eyjafjoell, groźba wybuchu (24-04-10, 17:57)
- Rowerzyści: Chcemy jeździć legalnie pod prąd (24-04-10, 16:00)
Wracam autostradą A4 i czuję wyraźny brak w unijnym pejzażu rogatki krakowskiej: nic nie ląduje ani nie startuje, podejrzany spokój dookoła, okolica na moment wyswobodziła się z globalnej sieci komunikacyjnej i straciła połączenie ze światem. Jakby z dobrze naoliwionego mechanizmu wypadł ważny element. Na czystym niebie nie widać smug kondensacyjnych po samolotach. Wyobrażam sobie zdumienie i wściekłość ludzi, którzy koczują na lotniskach Europy, patrząc przez wielkie połacie szkła na bezużyteczne pasy startowe, schody, cysterny, wózki do przewożenia bagażu, na festiwal samolotów, sprowadzonych przez siły natury do rangi zbędnej fanaberii. Lotnisko, czyli przestrzeń do tymczasowych pobytów, chłodna architektura zaprojektowana tak, by nie sposób było się w niej zadomowić, teraz przyjmuje rolę domu: podróżni śpią na rozkładanych łóżkach, myją zęby i nakładają w mało przytulnych łazienkach szare dresy do snu.
Czyste niebo. Biura turystyczne liczą straty. Rolnicy z Izraela liczą straty. Kenijczycy liczą straty, bo nie mogą wysłać swoich róż do Europy. Będą kłopoty ze świeżymi owocami morza, jeśli nic się nie zmieni. Nie dolatuje prasa zagraniczna, a przecież wiadomo, że bez prasy zagranicznej nasze życie jest warte naprawdę niewiele. Brytyjczycy wysyłają do Hiszpanii swoje okręty wojenne, żeby przewiozły turystów do domu. - Czuje się ducha Dunkierki - relacjonuje z jednego z takich statków pewien brytyjski turysta, którego chmura pyłu zastała na Galapagos. John Cleese jedzie taksówką z Oslo do Brukseli. Rodzice Maksa Caskie (miasteczko Woking w południowej Anglii) wydają 8 tys. funtów, żeby ich syn zdążył z Hiszpanii na egzamin maturalny. 3 mln pasażerów i 44 tys. ton towarów dziennie w samej Europie - cały ten tumult nagle wygląda jak piesek, co wypadł z sań. Na Balicach spokój.
Za bardzo uwierzyliśmy, że ten mechanizm zawsze będzie działał bez zarzutu. Nasza czujność, czujność obywateli lepszego świata, została na dobre ukołysana równym hukiem samolotowych silników. Europa bez odrzutowców stała się projektem niemożliwym, dobrym może dla pisarzy science-fiction, ale nie dla nas, racjonalistów pełnych wiary w rozwój technologii i poszukujących coraz to szybszych środków lokomocji. Zwykła erupcja wulkanu obraca nasze poczucie bezpieczeństwa w popiół, wali się świat, róże nie dolatują, przepadają spotkania biznesowe, wycieczki, egzaminy maturalne, najstarszym przypomina się Dunkierka. Jeśli ktoś pozostał czujny, jeśli są narody, które nie wpadły w panikę, tylko uruchomiły od razu alternatywne środki transportu, lub rozłożyły się wygodnymi obozowiskami w halach odlotów, to należą do nich na pewno Gruzini. Kiedy w 2003 roku na USA spadła plaga egipska we postaci dwudniowego blackoutu, nauczeni wieloletnim doświadczeniem Gruzini radzili, by uzbroić się w cierpliwość. Wiedzieli, co mówią - każdej zimy wielu z nich musi obywać się bez prądu i gazu.
Wracam busem z Chrzanowa, niebo czyste, w radiu krzyczą, że dzieje się tragedia niewyobrażalna, ale bynajmniej nie dlatego, że dawcy czekają na organy, które nie mogą dolecieć z innego kontynentu.
Dzieje się tragedia, bo piłkarze Barcelony musieli pojechać do Mediolanu autokarem, jechali całe 12 godzin z przerwą na nocleg, słuchajcie, narody, jaka masakra.
Jeśli dobrze pamiętam mapę, nocleg wypadł im w okolicach Cannes.
Czyste niebo. Biura turystyczne liczą straty. Rolnicy z Izraela liczą straty. Kenijczycy liczą straty, bo nie mogą wysłać swoich róż do Europy. Będą kłopoty ze świeżymi owocami morza, jeśli nic się nie zmieni. Nie dolatuje prasa zagraniczna, a przecież wiadomo, że bez prasy zagranicznej nasze życie jest warte naprawdę niewiele. Brytyjczycy wysyłają do Hiszpanii swoje okręty wojenne, żeby przewiozły turystów do domu. - Czuje się ducha Dunkierki - relacjonuje z jednego z takich statków pewien brytyjski turysta, którego chmura pyłu zastała na Galapagos. John Cleese jedzie taksówką z Oslo do Brukseli. Rodzice Maksa Caskie (miasteczko Woking w południowej Anglii) wydają 8 tys. funtów, żeby ich syn zdążył z Hiszpanii na egzamin maturalny. 3 mln pasażerów i 44 tys. ton towarów dziennie w samej Europie - cały ten tumult nagle wygląda jak piesek, co wypadł z sań. Na Balicach spokój.
Za bardzo uwierzyliśmy, że ten mechanizm zawsze będzie działał bez zarzutu. Nasza czujność, czujność obywateli lepszego świata, została na dobre ukołysana równym hukiem samolotowych silników. Europa bez odrzutowców stała się projektem niemożliwym, dobrym może dla pisarzy science-fiction, ale nie dla nas, racjonalistów pełnych wiary w rozwój technologii i poszukujących coraz to szybszych środków lokomocji. Zwykła erupcja wulkanu obraca nasze poczucie bezpieczeństwa w popiół, wali się świat, róże nie dolatują, przepadają spotkania biznesowe, wycieczki, egzaminy maturalne, najstarszym przypomina się Dunkierka. Jeśli ktoś pozostał czujny, jeśli są narody, które nie wpadły w panikę, tylko uruchomiły od razu alternatywne środki transportu, lub rozłożyły się wygodnymi obozowiskami w halach odlotów, to należą do nich na pewno Gruzini. Kiedy w 2003 roku na USA spadła plaga egipska we postaci dwudniowego blackoutu, nauczeni wieloletnim doświadczeniem Gruzini radzili, by uzbroić się w cierpliwość. Wiedzieli, co mówią - każdej zimy wielu z nich musi obywać się bez prądu i gazu.
Wracam busem z Chrzanowa, niebo czyste, w radiu krzyczą, że dzieje się tragedia niewyobrażalna, ale bynajmniej nie dlatego, że dawcy czekają na organy, które nie mogą dolecieć z innego kontynentu.
Dzieje się tragedia, bo piłkarze Barcelony musieli pojechać do Mediolanu autokarem, jechali całe 12 godzin z przerwą na nocleg, słuchajcie, narody, jaka masakra.
Jeśli dobrze pamiętam mapę, nocleg wypadł im w okolicach Cannes.
- 8 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
22 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień
Reklama

Lata 60. w Nowej Hucie - urbanistyka, architektura i wnętrza
Do 1 lipca 2012 w nowohuckim oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na os. Słonecznym 16 oglądać można wystawę Nowa przestrzeń. Modernizm w Nowej Hucie.




