Znani lekarze krakowscy staną przed sądem
2010-05-08
, aktualizacja: 07.05.2010 22:44
W związku ze śmiercią kobiety w ciąży i jej dziecka krakowska prokuratura postawiła przed sądem ordynatora neurochirurgii Szpitala Uniwersyteckiego Marka M. Nieczęsto zdarzają się takie procesy.
ZOBACZ TAKŻE
- Jak pomóc człowiekowi, który od pomocy ucieka (07-06-10, 06:00)
- To nie był błąd w sztuce lekarskiej - uniewinnienie (01-06-10, 21:56)
- Radni piszą do NFZ-etu w obronie szpitali (01-06-10, 08:00)
- Mam raka i dość proszenia o leczenie. Idę do sądu (28-05-10, 06:00)
- Rodzice bez prawa do pogrzebu własnego dziecka (10-06-10, 10:00)
- Lekarze najwięcej pacjentów ratują w poniedziałki (13-05-10, 10:00)
- Czekasz na sanatorium dwa lata? Wypadasz z kolejki (06-05-10, 10:00)
- Nieskuteczny lek na raka? Za inny nie zapłacimy (23-04-10, 07:30)
- Lekarz wobec przemocy, przemoc wobec lekarza (12-03-10, 21:05)
- Kliniki uniwersyteckie chcą prywatyzacji (10-03-10, 06:00)
- Wojskowi lekarze przepraszają (06-03-10, 01:33)
- Rzadkie choroby, na które cierpią miliony osób (14-05-10, 12:00)
Neurochirurg Marek M. to bardzo znana postać w krakowskim środowisku medycznym.
Rzadko się zdarza
O ordynatorze oddziału neurochirurgii i neurotraumatologii Szpitala Uniwersyteckiego głośno było, gdy w 2007 roku wyleczył czeskiego skoczka Jana Mazocha po tragicznym upadku z Wielkiej Krokwi. Szefostwo oddziału i kliniki objął w dramatycznych okolicznościach, gdy jego poprzednikowi CBA i prokuratura zarzuciły przyjmowanie pieniędzy od pacjentów.
Teraz sam ma kłopoty z wymiarem sprawiedliwości. Ale nie - jak zdążyła się przyzwyczaić opinia publiczna w przypadku znanych lekarzy - z powodu korupcji. Kilka dni temu prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko niemu i jego zastępcy Markowi P. za "nieumyślne narażenie pacjentki i dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia".
- Niecodziennie się zdarza, byśmy za złe leczenie stawiali przed sądem prawie całe szefostwo oddziału - mówią prokuratorzy.
- Pracuję 10 lat w Szpitalu Uniwersyteckim i nie przypominam sobie przypadku, by ordynator stawał przed sądem za zarzuty dotyczące sposobu leczenia - potwierdza Anna Niedźwiedzka, rzeczniczka szpitala.
Spóźniona operacja
W stycznia 2008 roku Marta, młoda mieszkanka podwadowickiej wsi, była w siódmym miesiącu ciąży. 17 stycznia nagle źle się poczuła - bolała ją głowa, wymiotowała, traciła przytomność. Karetka pogotowia zabrała ją do szpitala w Wadowicach, a stamtąd od razu do Szpitala Uniwersyteckiego na neurochirurgię. Tego samego dnia po południu badanie tomografem komputerowym wykazało, że ma krwiaka mózgu. Zdaniem prokuratora był to już stan zagrażający życiu kobiety, a w konsekwencji także dziecku.
Martę umieszczono na sali tzw. wzmożonego nadzoru pielęgniarskiego, podano leki. Według prokuratora ordynator i jego zastępca "zaniechali natychmiastowego podjęcia leczenia operacyjnego, ograniczając się jedynie do terapii zachowawczej".
To była krytyczna decyzja i krytyczny moment leczenia. 19 stycznia tuż przed północą stan kobiety gwałtownie się pogorszył. Doszło do zatrzymania krążenia i wstrzymania oddechu. Dopiero wtedy neurochirurdzy przystąpili do operacji. Najpierw było cesarskie cięcie - żeby ratować dziecko, potem operacja krwiaka.
Nie udało się uratować ani matki, ani dziecka. Kobieta zmarła dwa dni po operacji, jej syn dwa miesiące później.
- Dziecko było w tragicznym stanie, niedotlenione. Choć neonatolodzy walczyli o jego życie, nie udało się - mówi jeden z pracowników SU. Według statystyk 80 proc. dzieci po cesarkach w siódmym miesiącu udaje się uratować.
"Zasadniczy błąd"
Bliscy zmarłej kobiety zawiadomili prokuraturę. Niemal po dwóch latach śledztwa prokurator uznał, że neurochirurdzy powinni stanąć przed sądem. Decydująca okazała się opinia biegłych z Wrocławia, którzy uznali, że "zasadniczym błędem w postępowaniu medycznym było zaniechanie neurochirurgicznego operacyjnego leczenia krwiaka".
Biegli co prawda przyznali, że nie ma związku pomiędzy bezpośrednią przyczyną śmierci kobiety a postępowaniem oskarżonych lekarzy, ale nie mieli wątpliwości, że brak operacji zniweczył nawet te znikome szanse na uratowanie życia matki i płodu.
Lekarze nie przyznają się do winy. Z ordynatorem Markiem M. próbowaliśmy się wczoraj skontaktować, sekretarka przekazała odpowiedź, że jest na kongresie i rozmowa jest niemożliwa.
Udało nam się ustalić, jak ordynator wyjaśniał w prokuraturze przebieg zdarzeń. Tłumaczył, że wstrzymanie się z operacją dyktowało mu doświadczenie i obawa o stan dziecka. Przekonywał, że wyniki sekcji zwłok potwierdzają, że przyczyną zgonu był zator tętnicy płucnej, co nie miało związku z neurochirurgią.
Domniemanie niewinności i profesura
Prokuratorska sprawa kładzie się cieniem na niedawnej decyzji władz uczelni o przyznaniu Markowi M. stanowiska profesora (doszło do tego, gdy śledztwo było już na ukończeniu). Część lekarzy uniwersyteckich uważa, że władze CMUJ powinny wstrzymać się z nią do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez sąd.
- Prokuratura przygotowuje akty oskarżenia w sprawie wielu osób. Ale dopóki przed sądem nie zapadnie wyrok, obowiązuje domniemanie niewinności - broni decyzji Tomasz Grodzicki, dziekan wydziału lekarskiego. Ale dodaje: - Podejmując decyzję, nie wiedzieliśmy, że taka sprawa się toczy. Jeśli zapadnie wyrok, ustalimy, czy zachodzi konflikt z działalnością uniwersytecką.
Podobne stanowisko przyjęła dyrekcja Szpitala Uniwersyteckiego. - Do czasu zakończenia postępowania przed sądem nie będziemy tego komentować - mówi rzeczniczka Niedźwiedzka.
Rzadko się zdarza
O ordynatorze oddziału neurochirurgii i neurotraumatologii Szpitala Uniwersyteckiego głośno było, gdy w 2007 roku wyleczył czeskiego skoczka Jana Mazocha po tragicznym upadku z Wielkiej Krokwi. Szefostwo oddziału i kliniki objął w dramatycznych okolicznościach, gdy jego poprzednikowi CBA i prokuratura zarzuciły przyjmowanie pieniędzy od pacjentów.
Teraz sam ma kłopoty z wymiarem sprawiedliwości. Ale nie - jak zdążyła się przyzwyczaić opinia publiczna w przypadku znanych lekarzy - z powodu korupcji. Kilka dni temu prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko niemu i jego zastępcy Markowi P. za "nieumyślne narażenie pacjentki i dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia".
- Niecodziennie się zdarza, byśmy za złe leczenie stawiali przed sądem prawie całe szefostwo oddziału - mówią prokuratorzy.
- Pracuję 10 lat w Szpitalu Uniwersyteckim i nie przypominam sobie przypadku, by ordynator stawał przed sądem za zarzuty dotyczące sposobu leczenia - potwierdza Anna Niedźwiedzka, rzeczniczka szpitala.
Spóźniona operacja
W stycznia 2008 roku Marta, młoda mieszkanka podwadowickiej wsi, była w siódmym miesiącu ciąży. 17 stycznia nagle źle się poczuła - bolała ją głowa, wymiotowała, traciła przytomność. Karetka pogotowia zabrała ją do szpitala w Wadowicach, a stamtąd od razu do Szpitala Uniwersyteckiego na neurochirurgię. Tego samego dnia po południu badanie tomografem komputerowym wykazało, że ma krwiaka mózgu. Zdaniem prokuratora był to już stan zagrażający życiu kobiety, a w konsekwencji także dziecku.
Martę umieszczono na sali tzw. wzmożonego nadzoru pielęgniarskiego, podano leki. Według prokuratora ordynator i jego zastępca "zaniechali natychmiastowego podjęcia leczenia operacyjnego, ograniczając się jedynie do terapii zachowawczej".
To była krytyczna decyzja i krytyczny moment leczenia. 19 stycznia tuż przed północą stan kobiety gwałtownie się pogorszył. Doszło do zatrzymania krążenia i wstrzymania oddechu. Dopiero wtedy neurochirurdzy przystąpili do operacji. Najpierw było cesarskie cięcie - żeby ratować dziecko, potem operacja krwiaka.
Nie udało się uratować ani matki, ani dziecka. Kobieta zmarła dwa dni po operacji, jej syn dwa miesiące później.
- Dziecko było w tragicznym stanie, niedotlenione. Choć neonatolodzy walczyli o jego życie, nie udało się - mówi jeden z pracowników SU. Według statystyk 80 proc. dzieci po cesarkach w siódmym miesiącu udaje się uratować.
"Zasadniczy błąd"
Bliscy zmarłej kobiety zawiadomili prokuraturę. Niemal po dwóch latach śledztwa prokurator uznał, że neurochirurdzy powinni stanąć przed sądem. Decydująca okazała się opinia biegłych z Wrocławia, którzy uznali, że "zasadniczym błędem w postępowaniu medycznym było zaniechanie neurochirurgicznego operacyjnego leczenia krwiaka".
Biegli co prawda przyznali, że nie ma związku pomiędzy bezpośrednią przyczyną śmierci kobiety a postępowaniem oskarżonych lekarzy, ale nie mieli wątpliwości, że brak operacji zniweczył nawet te znikome szanse na uratowanie życia matki i płodu.
Lekarze nie przyznają się do winy. Z ordynatorem Markiem M. próbowaliśmy się wczoraj skontaktować, sekretarka przekazała odpowiedź, że jest na kongresie i rozmowa jest niemożliwa.
Udało nam się ustalić, jak ordynator wyjaśniał w prokuraturze przebieg zdarzeń. Tłumaczył, że wstrzymanie się z operacją dyktowało mu doświadczenie i obawa o stan dziecka. Przekonywał, że wyniki sekcji zwłok potwierdzają, że przyczyną zgonu był zator tętnicy płucnej, co nie miało związku z neurochirurgią.
Domniemanie niewinności i profesura
Prokuratorska sprawa kładzie się cieniem na niedawnej decyzji władz uczelni o przyznaniu Markowi M. stanowiska profesora (doszło do tego, gdy śledztwo było już na ukończeniu). Część lekarzy uniwersyteckich uważa, że władze CMUJ powinny wstrzymać się z nią do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez sąd.
- Prokuratura przygotowuje akty oskarżenia w sprawie wielu osób. Ale dopóki przed sądem nie zapadnie wyrok, obowiązuje domniemanie niewinności - broni decyzji Tomasz Grodzicki, dziekan wydziału lekarskiego. Ale dodaje: - Podejmując decyzję, nie wiedzieliśmy, że taka sprawa się toczy. Jeśli zapadnie wyrok, ustalimy, czy zachodzi konflikt z działalnością uniwersytecką.
Podobne stanowisko przyjęła dyrekcja Szpitala Uniwersyteckiego. - Do czasu zakończenia postępowania przed sądem nie będziemy tego komentować - mówi rzeczniczka Niedźwiedzka.
- 72 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
37 głosów
-
Znani lekarze krakowscy staną przed sądem
koszerny51
08.05.10, 16:56
teraz beda bardziej znani»
-
Znani lekarze krakowscy staną przed sądem
cheratka
09.05.10, 12:54
Przecież żaden lekarz to nie Bóg. Ludzie o tym zapominają i jak coś pójdzie nie po ich myśli, to od razu idą do sądu, niszczą dobrą reputację lekarzy, ich karierę i niejednokrotnie dalsze »
-
Znani lekarze krakowscy staną przed sądem
maksiu73
10.05.10, 13:38
To jest wlasnie hipokryzja w Polskiej sluzbie zdrowia... gdyby lekarznatychmiast operowal byloby to dla dziecka niebezpieczne i zagrazajace jegozyciu... a przeciez plod jest dla kosciola »
Najczęściej czytane24 htydzień
Reklama

Lata 60. w Nowej Hucie - urbanistyka, architektura i wnętrza
Do 1 lipca 2012 w nowohuckim oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na os. Słonecznym 16 oglądać można wystawę Nowa przestrzeń. Modernizm w Nowej Hucie.




