Szkoła 2.0: Ludzie, nie bójmy się technologii

studentka
2010-05-10 , aktualizacja: 10.05.2010 19:10
A A A Drukuj
Ludzie, nie bójmy się technologii, bo ona jest dla nas. Marzy mi się, uczelnia, która nie zmusza tylko do hipotetycznego dumania o losach świata, ale uczy także się w tym świecie odnaleźć - pisze nasza Czytelniczka w odpowiedzi na akcję "Gazety" Szkoła2.0, poświęconą obecności nowych mediów w szkołach.
Przy komputerze
Fot.Agnieszka Sadowska / AG
Przy komputerze
Niestety im wyżej, tym gorzej. Pierwsze trzy lata swojego studenckiego życia spędziłam w uczelni prywatnej. Muszę przyznać, że wszystko czego nauczyłam się na studiach (a niedługo bronię dyplom magistra) wyniosłam właśnie stamtąd. Pomijam wiedzę związaną z kierunkiem studiów, skupiając się bardziej na umiejętnościach chociażby związanych z obsługą komputera. To uczelnia, a raczej wymagania wykładowców zmusiły mnie właściwie do perfekcyjnego opanowania narzędzi M.Office, programów do analizy danych, sprzętu projekcyjnego. Każdy projekt, czy referat uzupełniany był o prezentację multimedialną. Był to element zaliczenia kursu. Już teraz widząc inne prezentacje sama wiem, np. "nie tyle tekstu na slajdzie!". Umiejętność prezentacji, walka ze stresem czy taka błahostka... jak podpiąć rzutnik, bardzo mi się przydały na początku kariery zawodowej. Ok - nie tylko obraz. Utkwiła mi, jak mantra powtarzana przez wykładowców zasada: "Proszę Państwa, Wikipedia to nie jest źródło".

W 2008 kończę trzy lata studiów, zmieniam uczelnię. Jakież jest moje zdziwienie, gdy rozpoczynam studia na zacnym Uniwersytecie w mieście Kraka i dowiaduję się, że graficzne przedstawianie badań za pomocą PowerPoint to fanaberia i strata czasu i "Jeżeli chcę pooglądać obrazki, to żebym szybciej skończyła opowiadać, to zdążę pójść do kina". Jedyną innowacją, na którą pozwolono nam podczas tej "prezentacji", to handout - krótkie streszczenie na stronę A4.

Inny przykład. Zbliżająca się sesja - złamana noga, konieczność egzaminu w innym terminie. Próbuję się skontaktować z wykładowcą, w zakładce "kontakt" na stronie instytutu - pustka. Proszę przyjaciół o pójście do profesor i dowiaduję się, że Pani profesor nie ma adresu mail i... mam zadzwonić na dyżurze.

I ostatni przykład. Wstępując w mury uniwersytetu w pamięci mam myśl o Wikipedii, po czym na wykładzie Pan dr czyta calutki wpis z internetowej encyklopedii. Mam nadzieję, że wpis jest jego i czyta tylko to, co napisał, ale obawiam się, że jest inaczej. W nagrodzę za przybycie na wykład, nieliczni zgromadzeni dostają wydruk do domu.

Zdaję sobie sprawę, że uniwersytet ma historię, że w każdym koncie czai się duch Jadwigi, ale na litość boską...nie pozostańmy w tej historii na zawsze... Ja też pamiętam czasy radiowego internetu, gdy GG było najciekawszą forma internetowego kontaktu, a twórcy facebooka byli w podstawówce. Wszystkiego, co wiem o sieci, uczyłam się od podstaw. Bynajmniej nie jestem... digital native.

Drodzy czytelnicy, nie chcę by brzmiało to jak żal rozpieszczonej uczelnią prywatną studentki, która zawiodła się na państwowej edukacji. Jest to raczej apel: Ludzie, nie bójmy się technologii, bo ona jest dla nas. Marzy mi się, uczelnia, która nie zmusza tylko do hipotetycznego dumania o losach świata, ale uczy także się w tym świecie odnaleźć. Ja mam to szczęście, że rodzice zapewnili mi edukację w prywatnej, w pełni zdygitalizowanej uczelni. To wielka wartość na rynku pracy - to już wiem. Dlatego proszę o odrobinę dobrej woli wykładowców państwowych uczelni i szczyptę chęci do nauki obsługi komputera i internetu. Niech zerkną czasem do sali komputerowej (mój instytut takowe posiada, ba nawet zdaje się 2!), a mogą się zdziwić, jakie to przydatne.

Polecamy: Akcja Szkoła 2.0 w Krakowie. Powrót do "Skórzanki"



Podziel się

  • 9 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów