Mam raka i dość proszenia o leczenie. Idę do sądu

Iwona Hajnosz
2010-05-28 , aktualizacja: 28.05.2010 14:55
A A A Drukuj
Lek, którym leczono Janinę na raka nerki, nie zatrzymał choroby. Ministerstwo Zdrowia i NFZ-et odmówiły zgody na ratowanie jej życia innym preparatem. Chora pozwała do sądu obydwa urzędy: o 18 tysięcy renty miesięcznie na leczenie i setki tysięcy złotych zadośćuczynienia.
NFZ
Fot. Tomasz Wiech / AG
NFZ
SERWISY
Historię Janiny Orczyk opisaliśmy już w "Gazecie" (24 kwietnia br.). To akt oskarżenia wymierzony w system leczenia pacjentów onkologicznych w Polsce. Operację raka nerki miała w lipcu ubiegłego roku. Dopiero we wrześniu skierowano ją na badanie tomografem komputerowym, które wykazało, że ma przerzuty. Dlaczego dopiero wtedy została przebadana? Bo czas oczekiwania na tomografię w Krakowie sięga dwóch, trzech miesięcy.

Dopiero we wrześniu Janina dostała interferon, czyli lek na raka. Badanie wykonane po kolejnych dwóch miesiącach wykazało, że jest nieskuteczny i choroba zamiast się cofać - postępuje. Że tak właśnie wygląda leczenie chorych na raka nerki interferonem, od dwóch lat mówi prof. Cezary Szczylik, kierownik Kliniki Onkologii w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. - Rak nerki nie jest jednolitą chorobą, jest go kilka rodzajów i trzeba próbować leczenia różnymi lekami. Nie pomaga jeden, sięgamy po inny - tłumaczy prof. Szczylik. - Tymczasem w Polsce, gdy pacjent dostanie interferon, traci prawo do leczenia innym lekiem. W ten sposób Ministerstwo Zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia zmuszają lekarzy do złej praktyki klinicznej.

Niektórzy zostają bez leczenia!

- Gdy w styczniu usłyszałam, jak minister zdrowia Ewa Kopacz mówi w telewizji, że "chory na raka nie może zostać bez opieki" i że przypadki, jak mój, należy traktować, jako procedurę ratującą życie, miałam pewność, że dostanę inny, skuteczniejszy lek. Niestety, do dziś zgody nikt mi nie dał - mówi chora.

Wspomniana przez Janinę wypowiedź minister Kopacz miała miejsce w styczniu, gdy z powodu zmiany przepisów z dnia na dzień chorzy na raka dowiedzieli się, że tracą prawo do leczenia. Minister winą za zamieszanie obarczyła NFZ-et. Jego prezes nie dostał miesięcznej pensji, rzeczniczka prasowa straciła pracę.

Jak wyglądała realizacja ministerialnych obietnic w praktyce? W sprawie Janiny 25 stycznia Centrum Onkologii w Krakowie wysłało wniosek do NFZ-etu o chemioterapię niestandardową preparatem Sutent. Zgodził się na to małopolski konsultant wojewódzki w onkologii.

Fundusz odpowiedział po miesiącu, czyli pod koniec lutego, żeby leczył kobietę w oparciu o przepisy, w myśl których w stanach nagłych każdy pacjent ma prawo do pomocy.

2 marca to stanowisko Funduszu zostało przesłane faksem na onkologię. Tego samego dnia onkologia alarmuje: mamy problem, bo dzień wcześniej zawarliśmy z Funduszem umowę na Terapeutyczny Program Zdrowotny, czyli na leczenia raka nerki terapią niestandardową, a to wyklucza podanie pani Orczyk jakiegokolwiek innego leku, bo wcześniej dostała interferon. Dlatego onkologia prosi o kolejne potwierdzenie, że może ją leczyć, jako pacjenta w stanie nagłym.

10 marca NFZ-et odpisał, że jeśli tak się sprawy mają, to pacjentka nie kwalifikuje się do leczenia.

Pozew o rentę na leczenie

- Pani Janina, walcząc o swoje konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia, wyczerpała wszystkie znane jej możliwości. Pisała do konsultantów, ministra zdrowia, nawet premiera. Wszystkie te instytucje podtrzymały decyzje o braku zgody na leczenie. Nie pozostało nam nic innego, jak oddać sprawę do sądu - mówi mecenas Jolanta Budzowska, specjalistka od prawa medycznego, która w Polsce wywalczyła dwa najwyższe odszkodowania za błędy medyczne, Janinie Orczyk zaś pomagała w przygotowaniu pozwu pro publico bono. - Pani Orczyk nie ma możliwości walki z postępująca chorobą. Ostatnie badania pokazały, że przerzuty w płucach są większe i liczniejsze. Co zaś najgorsze, pojawiła się też zmiana w prawej nerce - wylicza mecenas Budzowska.

W pozwie do sądu Janina dowodzi na swoim przykładzie, że pacjenci chorzy na raka nerki nie mają równego dostępu do świadczeń medycznych. Niektórzy mają szansę na walkę z chorobą, innym się ją odbiera bez uzasadnienia.

- Przyznawanie prawa do nieodpłatnych świadczeń w sprawach błahych, a odmawianie pokrycia kosztów leczenia w razie zagrożenia życia jest sprzeczne z istotą ubezpieczenia zdrowotnego - dowodzi mecenas Budzowska i zarzuca urzędnikom opieszałe i wadliwe działanie. Skutki braku staranności w wykonywaniu władzy publicznej nie powinny obciążać chorego, dlatego w pozwie jest żądanie 18 tys. zł renty miesięcznej, z czego ponad 17 tys. to koszt leku.

Janina Orczyk chce też 150 tys. zł zadośćuczynienia - 50 tys. za rozstrój zdrowia "spowodowany działaniem władzy publicznej", 50 tys. za krzywdę polegającą za naruszeniu jej praw, jako pacjenta, resztę za "naruszenie prawa do leczenia, poszanowania godności i równego traktowania".

Pozew w tym tygodniu trafił do Sądu Okręgowego w Krakowie.

Przeczytaj także: Nieskuteczny lek na raka? Za inny nie zapłacimy



Podziel się

  • 213 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    41 głosów