Jak pomóc człowiekowi, który od pomocy ucieka

Jarosław Sidorowicz
2010-06-07 , aktualizacja: 07.06.2010 07:50
A A A Drukuj
Czy lekarz miał prawo pozostawić w domu mężczyznę z poważnym urazem, jeżeli ten chwilę wcześniej sam uciekł ze szpitala? Prokuratura uważa, że nie, i chce postawić lekarkę z krakowskiego pogotowia przed sądem.
Lekarski stetoskop
Fot. archiwum
Lekarski stetoskop
SERWISY
Karolina J., lekarka z pogotowia, dwukrotnie była wzywana do tego samego pacjenta. W czasie pierwszej wizyty lekarka nakazała przewiezienie mężczyzny do szpitala na badania. Za drugim razem, gdy po samowolnym oddaleniu się pacjenta z lecznicy znaleziono go na ulicy, lekarka uznała, że może on zostać w domu. - Nie można pomóc osobie, która od tej pomocy ucieka - twierdzi Karolina J. Mężczyzna zmarł na drugi dzień. - Uznaliśmy, że ta decyzja spowodowała wzrost bezpośredniego niebezpieczeństwa utraty życia przez pacjenta - przekonuje Bogusława Marcinkowska, rzeczniczka krakowskiej prokuratury. Do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko Karolinie J.

Ucieczka ze szpitala

Postawione w nim Karolinie J. zarzuty są konsekwencją wydarzeń sprzed roku. Jest ostatni dzień maja 2009. Na pogotowie dzwoni mężczyzna, mówi, że pluje krwią, wzywa karetkę. Nigdzie nie pracuje, w okolicy znany jest z tego, że nie stroni od kieliszka. Ale tym razem to nie był pijacki wygłup. Mężczyzna, choć feralnego dnia wypił, został dwukrotnie pobity pod osiedlowym sklepem. Dostał co najmniej kilka ciosów w głowę.

Na miejsce przyjeżdża zespół z Karoliną J. Lekarka bada mężczyznę w mieszkaniu. Stwierdza, że jest pod wpływem alkoholu, ale dostrzega też otarcia na głowie i krwawienie z jamy ustnej. Decyduje, że pacjenta trzeba zabrać do szpitala, by tam porządnie go zbadać. Lekarzowi dyżurnemu w szpitalu mężczyzna przyznaje, że został pobity. Mówi jednak bełkotliwie, ma chwiejny chód. Lekarz, zobaczywszy kolejkę pacjentów, poprosił go, by chwilę poczekał. Ten jednak zaczął się awanturować, po czym nie zważając na nic, po prostu wyszedł ze szpitala. Godzinę później na ulicy znajduje go przechodzień. Mężczyzna leży na środku jezdni, jęczy. Ponownie wezwane zostaje pogotowie. I ponownie przyjeżdża Karolina J. Lekarka rozpoznaje pacjenta, którego nieco wcześniej odwiozła do szpitala. Zapisuje, że nie ma świeżych urazów, oddycha i jest pijany. W tym czasie na miejscu zjawia się matka mężczyzny. Od lekarki słyszy, że syn jest pod wpływem alkoholu i kwalifikuje się do przetransportowania go do izby wytrzeźwień. Matka sugeruje jednak, że syn źle wygląda. W odpowiedzi słyszy, że jest tylko pijany. Matka nie chce, by syn trafił do izby, więc prosi o pozostawienie go w domu. Podpisuje dokument, że bierze go pod swoją opiekę. Lekarka godzi się na takie rozwiązanie. Sanitariusze zamiast do szpitala wnoszą mężczyznę do mieszkania. Na drugi dzień rano już nie żyje. Sekcja zwłok wykazała, że miał sześć-siedem urazów głowy, a bezpośrednią przyczyną zgonu był krwiak mózgu, który mógł powstać wskutek pobicia.

W jeszcze gorszym stanie

Prokuratura jest przekonana, że lekarka popełniła błąd, godząc się na pozostawienie pobitego w domu. - Miała wiedzę z pierwszej wizyty o stanie pacjenta, zaś przy drugiej interwencji był on w jeszcze gorszym stanie, z klinicznymi objawami zagrożenia życia. Winna więc ponownie zabrać go do szpitala. Postawiona tam szczegółowa i właściwa diagnoza oraz ewentualna operacja mogły dać szansę na uratowanie życia pacjenta - podkreśla prokurator Marcinkowska.

Lekarka nie przyznaje się do stawianych jej zarzutów. Tłumaczy, że nie wzięła mężczyzny do szpitala, bo uznała, że "nie można pomóc osobie, która ucieka od tej pomocy". Co ważniejsze, według niej podczas drugiej wizyty nie było objawów wskazujących na zagrożenie życia. - Nie znajdował się w takim stanie - zeznała w śledztwie.

Prokuratura, by ocenić jej postępowanie, wystąpiła o opinię do biegłego z zakresu medycyny ratunkowej. "Samowolne opuszczenie szpitala przez pacjenta nie powinno mieć wpływu na dalsze z nim postępowanie. Lekarz nie ma prawa w takiej sytuacji subiektywnie ocenić stanu i odmówić świadczeń, zwłaszcza w sytuacji zagrożenia zdrowia" - stwierdził ekspert po przeanalizowaniu dokumentacji lekarskiej. Jego zdaniem pacjent winien być przewieziony do szpitala i tam zbadany, bo stan mógł wskazywać na zatrucie alkoholowe, ale też uraz mózgowo-czaszkowy. A w takiej sytuacji konieczne było badanie tomograficzne głowy. "Należyta ostrożność wymagała rozważenia, czy nie są to objawy wynikające z pobicia" - konkludował biegły, podkreślając, że lekarka błędnie założyła na podstawie subiektywnej oceny zapachu alkoholu z ust, że mężczyzna był jedynie mocno pijany.

Lekarka przekonywała, że wpływ na jej decyzję miała też postawa matki. Ale prokuratura wskazuje, że chwilę wcześniej kobieta usłyszała od załogi karetki o konieczności zapłaty za pobyt syna w izbie, dlatego wolała, by został on w domu.

Lekarce grozi teraz do pięciu lat pozbawienia wolności.

Przeczytaj: Mam raka i dość proszenia o leczenie. Idę do sądu



Podziel się

  • 13 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu