Coraz mniej mieszkańców w centrum Krakowa

Renata Radłowska
2010-07-07 , aktualizacja: 07.07.2010 12:42
A A A Drukuj
Hiszpańscy turyści na Rynku Fot. Mateusz Skwarczek / AG Hiszpańscy turyści na Rynku
W 1961 roku w ścisłym centrum miasta mieszkało 52 tys. ludzi, w 2003 roku było ich tylko 5 tys. Centrum Krakowa pustoszeje w zastraszającym tempie.
Performance rozpoczynający projekt: Ulica Smoleńsk 22/8. Rodzina artystów musi opuścić mieszkanie, które zajmowali od pokoleń. Na jego miejscu powstanie hotel
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Performance rozpoczynający projekt: Ulica Smoleńsk 22/8. Rodzina artystów musi opuścić mieszkanie, które zajmowali od pokoleń. Na jego miejscu powstanie hotel
ZOBACZ TAKŻE
To było wielkie przedsięwzięcie logistyczne: zapakować całe życie Janiny, wynieść przed kamienicę, a potem znaleźć firmę, która wjedzie do centrum Krakowa i to jej życie przewiezie w nowe miejsce. Oczywiście zapakować meble, pamiątki, sprzęty AGD i ubrania to nic. Gorzej z tym parkowaniem. Bo Janina mieszkała w uliczce tuż przy Rynku Głównym. Tam, gdzie wszędzie stoją zakazy: a to zakaz wjazdu, a to zakaz ruchu, a to zakaz postoju. Udało się. I Janina była przeszczęśliwa.

- Bo w końcu się stąd wyrwałam! Tu się żyć nie dało, to nie jest już mój Kraków. Dorożki, turyści (no, nic przeciw nim nie mam, ale wolałabym zamiast nich spotykać sąsiadów), handelek, imprezy z tymi, no, megawatami w głośnikach...

Janina ma 72 lata, całe życie mieszkała w ścisłym centrum Krakowa. Była z tych "wielowiekowych mieszczan" - to ci z kamienic, których okna wychodzą na Rynek albo na Planty; to też ci, którym do śniadania grał hejnał mariacki, do obiadu także, do kolacji również. I nie z radia, ale na żywo.

Janina wyprowadziła się w poszukiwaniu życia spokojniejszego, wolniejszego; w poszukiwaniu życia, z którego będzie coś miała, a nie tylko "bum tarara, bum tarara"... Rynek to studnia i kiedy odbywa się na nim jakaś impreza z solidnym tłem muzycznym, to po sąsiedzku słychać tylko bełkot; im dalej od Rynku, tym słychać lepiej - można na przykład zrozumieć, że student podczas juwenaliów krzyczy: "Tak się bawi, tak się bawi AGH".

Janina zamieszkała w Nowej Hucie. Mogłaby powiedzieć, że to społeczna degradacja, ale nie powie; ceni sobie Nową Hutę za ciszę. I koń nie rży jej pod oknem.

Żadnych kwiatków

Nikt nie rwie włosów z głowy. Po prostu takie czasy, że centra miast pustoszeją. Ale Bogusław Krzeczkowski, przewodniczący I dzielnicy (obejmuje między innymi historyczne centrum Krakowa, także Kazimierz), płacze nad statystyką: w 1961 roku w ścisłym centrum miasta mieszkało 52 tys. ludzi, w 2003 roku było ich tylko 5 tys.

Liczba poraziła przewodniczącego - ubywa mu dusz. Nawet nie chodzi o to, że im mniej mieszkańców, tym mniej radnych (taki algorytm) - jeszcze parę lat temu było ich 32, dziś 21. Chodzi mu o to, że jak zabraknie mieszkańców - przewodniczący Krzeczkowski mówi: "ludzi, którzy są jądrem miasta" - to centrum Krakowa zamieni się w skansen. Będzie więc tworem sztucznym, który żyje w dzień, wieczorem ciemno w nim i pusto.

Zaraz jednak Krzeczkowski przyznaje: nie będzie "jądra", radni nie będą mieć pracy. Kto przyjdzie do rady dzielnicy z prośbą o interwencję? Kto będzie się domagał respektowania ciszy nocnej? Kto będzie prosił o przycięcie drzew przed oknem? Nikt. Nie będzie już komu służyć.

Trzeba wybrać się na spacer po uliczkach ścisłego centrum Krakowa. Grodzka: butiki, restauracje, kancelarie adwokackie; mieszkańcy są, ale można ich policzyć na palcach obu rąk. Szewska: okienka z kebabami, odzież damska i męska, kawiarnie (także redakcja krakowskiego oddziału "Gazety"); mieszkańcy w zaniku. Na innych ulicach jest to samo.

Krzeczkowski (znany w Krakowie także z tego, że chciał stawiać pomnik krakowskiego gołębia i przebierać w tradycyjne stroje krakowskie sprzedawców pamiątek): - Serce mi pęka, kiedy spaceruję późnym wieczorem po mieście i w oknach jest ciemność. Nie dlatego, że ludzie śpią, ale dlatego, że ich tam nie ma. Wyprowadzili się. Tak, tak, wiem, że ciemne okna to żaden dowód, no, ale co powiecie na to, że te okna nie są naznaczone ludzką obecnością? Żadnych kwiatków na parapetach, żadnych firanek; wszystko pozamykane.

Jeszcze trzydzieści lat temu urbaniści korzystali z najprostszego sposobu sprawdzania, ilu mieszkańców ma centrum. Po prostu wychodzili wieczorem na miasto i liczyli okna, w których paliło się światło. Dodawali okno do okna, uwzględniając oczywiście fakt, że nie wszystkie ciemne okna to te, gdzie nikt nie mieszka. Teraz są inne metody - dane o wymeldowaniu trafiają do magistrackich komputerów.

Mocz paruje i śmierdzi

Dlaczego centrum Krakowa się wyludnia?

Przewodniczący Krzeczkowski wymienia kilka przyczyn, a każda z nich go frasuje: ekonomiczna (bo ludzi nie stać na utrzymanie 70-metrowego mieszkania, a są to przeważnie emeryci - zwłaszcza jak kamienica ma nowego właściciela, który podniósł czynsz), "codzienna" (uciążliwość mieszkania w miejscu, gdzie jest głośno; gdzie nie ma w sąsiedztwie przychodni zdrowia, przedszkoli też niewiele, a do żłobka trudniej jest się dostać niż na medycynę), komunikacyjna (brak parkingów, a to oznacza, że mieszkańcy krążą długie kwadranse w poszukiwaniu wolnego miejsca), "intymna" (chociażby to, że wszystkie ulubione miejsca obsiedli turyści, a do tego nie ma z kim porozmawiać, ponieważ sąsiedzi dawno już się wyprowadzili).

Krzeczkowski: - Ja się ludziom nie dziwię. Kto chciałby mieszkać przy uliczce, gdzie nie można otworzyć okna? Dlaczego nie można? A pani by otwarła, jak koń przed chwilą oddał kilka litrów moczu na chodnik? To wszystko paruje i śmierdzi. Poza tym, no, sam koń, on jest długi, ma pewnie ze dwa metry długości, a z dorożką jeszcze więcej; to już samochodu się nie postawi tam, gdzie te dorożki przejeżdżają.

Radni "Jedynki" zastanawiają się więc, jak cofnąć trend. Ale niewiele mogą. Mogą sobie na przykład powymyślać, że trzeba zapewnić miejsca do parkowania, respektować godziny ciszy nocnej, monitować w sprawie zwiększenia liczby przedszkoli. Te ich pisma, uchwały nigdzie nie trafią albo inaczej - trafią, ale w próżnię. Gmina nie ma pomysłu na zatrzymanie mieszkańców w ścisłym centrum. Gminie zależy raczej na tym, żeby miasto się rozwijało - pieniądze są z banków, z firm, z drogich butików. Nikogo to nie dziwi. Wszyscy mówią: norma, tak jest na całym świecie.

Profesor Witold Cęckiewicz, krakowski urbanista i architekt (to on zaprojektował sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach), protestuje: - A nieprawda! To nie jest norma! W wielu europejskich miastach trend jest odwrotny, ludzie do centrów się sprowadzają. Przykładem może być Paryż, gdzie w śródmieściu mieszkania są z sensem przebudowywane. Kolejny przykład: Wiedeń. Oczywiście, można straszyć londyńskim City, które żyje tylko w tygodniu i tylko w godzinach pracy, ale nie ma co porównywać Krakowa do Londynu: to przecież inna specyfika, inna mentalność, no i inna rzeczywistość rynkowa... Dla urbanistów, których praca polega na tym, żeby urządzać miasta dla ludzi, puste centra to koszmar. Nie płakałbym tak jednak nad tym - jak to mówicie - pustoszejącym Krakowem. Tak naprawdę to on nie pustoszeje, w nim są mieszkańcy. Jak to jacy? Turyści. Trzeba się przyzwyczaić do tego, że za parę lat mieszkańcem ścisłego centrum Krakowa będą goście hosteli. Oni przecież w nich mieszkają! Nie ma co się na nich obrażać, ponieważ to z nich miasto żyje; wszyscy z nich żyjemy. Nie sądzę jednak, żeby wszyscy mieszkańcy opuścili centrum. Zawsze zostaną w nim ostatni Mohikanie...

"Nowi mieszczanie" i ścisłocentrowiec

Parę miesięcy temu krakowska redakcja "Gazety" prowadziła dyskusję o tzw. nowych mieszczanach. Chcieliśmy się przyjrzeć nowym mieszkańcom Krakowa, poznać ich styl życia, zanalizować ich kulturę miejską. Wypowiadali się socjologowie, historycy, znawcy miasta, internauci, studenci, przedsiębiorcy. Co z tego wyszło? Że Kraków już nie jest taki "dulski", że "nowi mieszczanie" to nie ci, którzy żyją w ścisłym centrum od pokoleń - to ludzie, przeważnie, spoza obrębu Plant, często przyjezdni. Którzy w środku Plant się uczą, pracują, załatwiają interesy. Którzy w ścisłym centrum wypoczywają, piją kawę ze znajomymi, a w setkach kawiarenek pracują na laptopach.

"Nowi mieszczanie" mają swoje ulubione miejsca, swój kod. Okazało się, że bycie "nowym mieszczaninem" to nie adres zameldowania: ulica Grodzka (lub inna przy Rynku); to zaangażowanie w miasto. "Nowi" angażują się więc bardziej, niż miejscy radni - wymuszają zmiany. Tak rozgrzewają fora internetowe przy okazji kontrowersyjnych pomysłów magistratu (albo braku pomysłów w ogóle), że w końcu urzędnicy odpuszczają (albo biorą się do roboty).

Profesor Cęckiewicz mówi, że za parę lat to oni właśnie mogą wprowadzić się do ścisłego centrum; oczywiście jeżeli będzie jeszcze gdzie się wprowadzać: mieszkania zamieniane są przecież na hostele, na siedziby firm.

Co do hosteli - sporo z nich to rodzinne interesy prowadzone przez tych, którzy wyprowadzili się z centrum na przedmieścia. W swoich dawnych mieszkaniach urządzili pokoje dla turystów. Więc jest tak, jakby trochę tu zostali...

Całkowicie został w ścisłym centrum Stefan Dousa, architekt i rzeźbiarz, który od wielu lat mieszka przy Grodzkiej. Został, bo mu żal - czuje się "ścisłocentrowcem", czuje się "bardzo grodzki".

Dousa: - Siłą wielką jest przyzwyczajenie, pewnie, że tak. Ale siłą jeszcze większą jest urok historycznego centrum Krakowa. Mógłbym zbudować sobie willę za miastem, tylko po co? Więcej widzę za niż przeciw życiu w centrum. Hałas, turyści? Da się przeżyć. Jeżeli ja się wyprowadzę, to kto wystawi kwiatki na parapet? Może te kwiatki nie są dla krakowian istotne, ale zapewniam, że mądry turysta nie doceni miasta, w którym nie ma mieszkańców. Pustych albo pustawych miast są na świecie setki. Pięknych miast do zwiedzania, w których żyją mieszkańcy, coraz mniej. Ścisłe centrum to zabytki, to kolorowe życie, ale to również my. Turysta potrzebuje historii żyjącej. A tutaj smutek jednak jest... Patrzę na kamienicę naprzeciwko i myślę sobie, że to już po raz trzeci wymieniają się lokatorzy. Nie ma już pani prowadzącej pasmanterię na parterze w sąsiedniej kamienicy, a była przecież chodzącą encyklopedią wiedzy o Krakowie. Znała masę anegdot, legend miejskich, ech...

Czy za parę lat w centrum Krakowa już nie będzie mieszkańców, tylko biura i turyści? Czy i jak wpłynie to na atmosferę Krakowa? Zapraszamy do dyskusji na Forum, czekamy także na listy



Podziel się

  • 94 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    27 głosów

  • Re: Coraz mniej mieszkańców w centrum Krakowa urbanizm 07.07.10, 14:37

    Wpuszczajcie więcej samochodów do centrum, przecież każdy lubi hałas, smród, smog, trujące opary i korki pod oknami. Mamy za tanie miejsca parkingowe (3zł za godzinę? To 20gr za mkw. KPINA),»

  • Jesli mieszkancami sa przewaznie emeryci sselrats 07.07.10, 19:49

    jak to jest napizane w artykule, to dlaczego problemem mialby byc brak parkingow a juz szczegolnie przedszkoli i zlobkow? Emerycie, nie podkradaj przedszkolakowi pieluch.»

  • 21 radnych na 5 tys mieszkańców, zablokowany-obrazliwy-nick 07.07.10, 19:56

    trochę dużo, np dzielnica Bieńczyce 44tys, mieszkańców i też 21 radnych»

Reklama

Lata 60. w Nowej Hucie - urbanistyka, architektura i wnętrza

Do 1 lipca 2012 w nowohuckim oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na os. Słonecznym 16 oglądać można wystawę Nowa przestrzeń. Modernizm w Nowej Hucie.