Bony oświatowe z gwarancją na tłok w klasie
2010-07-13
, aktualizacja: 12.07.2010 19:39
Nad ośmiolatkami ze Szkoły Podstawowej nr 107 zawisła groźba nauki w 35-osobowej klasie. Szkoła mieści się przy ul. Zdrowej, ale to, co zaproponowała maluchom, zdrowe nie jest. Epidemia przepełnionych klas coraz bardziej ogarnia Kraków.
ZOBACZ TAKŻE
- Dlaczego Kraków boi się kontenera? (15-07-10, 11:30)
- Sześciolatku - szkoła czeka na ciebie (10-07-10, 07:00)
- Nauczyciel szkoły nie kocha, a się jej boi (03-09-10, 07:00)
- Czas na wyprawkę. Gdzie tanio kupić podręczniki? (21-08-10, 14:00)
- Tyfloinformatyk pomoże niewidomym w obsłudze komputera (13-08-10, 11:00)
- Ile punktów podstawówki dostaną za sześciolatka (03-08-10, 08:00)
- Domy dziecka pod specjalnym nadzorem (29-07-10, 08:00)
- Szkoła po powodzi: pomagają więźniowie, taksówkarze... (23-07-10, 10:00)
- Wychowawczynie zdecydowały: kolonia nie dla Milenki (14-07-10, 06:00)
- Nauczyciele nie ufają egzaminatorom, bo robią błędy (08-07-10, 08:00)
- Podstawówki oblały egzamin z wpisywania wyników uczniów (01-07-10, 09:00)
- Coraz więcej dzieci postanawia odebrać sobie życie (28-06-10, 00:00)
- Belfer z własnej pensji książki do szkoły nie kupi (21-07-10, 07:00)
Ten tekst powinien zacząć się ostrzeżeniem dla krakowskich rodziców: jeśli cieszycie się, że udało wam się zapisać dziecko do mało licznej (poniżej 20 osób) pierwszej klasy w publicznej podstawówce, wasza radość nie potrwa długo. Najdalej za dwa lata dyrekcja poinformuje was o połączeniu klasy z inną. Co oznacza, że prawdopodobnie wasza pociecha będzie uczyć się wspólnie z ponad 30 innych uczniów.
Opisany wyżej scenariusz przeżywają właśnie rodzice maluchów ze Szkoły Podstawowej nr 107, gdzie przez pierwszy rok dzieci uczyły się w oddziałach liczących 17-18 uczniów. "Ta liczebność była jednym z powodów, dla jakich wybraliśmy tę placówkę" - napisali ich rodzice w proteście do magistrackiego wydziału edukacji. Protestują, bo pod koniec roku szkolnego dyrekcja poinformowała ich, że klasy zostaną połączone i że ośmiolatki będą się uczyć w 35-osobowym oddziale!
W ubiegłym roku do wydziału edukacji trafił podobny protest: "Skuteczność nauczania i oddziaływania wychowawczego w klasach liczących 30 i więcej uczniów jest bardzo niska. Nie ma czasu na rozwój dzieci uzdolnionych oraz objęcie należytą opieką dzieci mających problemy z nauką lub natury wychowawczej" - alarmowali rodzice uczniów SP nr 80. Ich też szkoła przyciągnęła do siebie mało licznymi klasami, by po dwóch latach oznajmić, że zostaną połączone w znacznie liczniejsze. Takie protesty zdarzały się też wcześniej.
Czemu szkoły łączą klasy? Chodzi o działanie tzw. krakowskiego bonu oświatowego, który - jak wielokrotnie pisaliśmy - z ideą prawdziwego bonu ma niewiele wspólnego. Prawdziwy bon to pieniądze idące do szkoły za uczniem. Ta placówka, która przyciągnie więcej uczniów, ma mieć więcej pieniędzy. Nie ma mowy o zbyt licznych klasach, bo do takich rodzice nie poślą dzieci. O tym, jak gospodarować pieniędzmi, decydują dyrektorzy. W Krakowie jednak urzędnicy nie dali dyrektorom ani pieniędzy, ani swobody w gospodarowaniu nimi. Za to uzależnili sztywno liczbę nauczycielskich etatów od liczby uczniów w szkole (wcześniej zależały one od liczby klas). By chronić etaty, szkoły zaczęły łączyć klasy. Z obliczeń wynika bowiem, że nie opłaca się prowadzenie klas poniżej 25 uczniów: - Apelowaliśmy do dyrektorów, by nie otwierali zbyt małych klas, bo potem będą musieli je łączyć - przypomina dyrektor wydziału edukacji Jan Żądło. Dodaje, że dyrektorzy mogą tworzyć mniej liczne oddziały w pierwszym etapie nauczania (1-3), bo ich prowadzenie jest mniej kosztowne. Jeśli jednak zdecydują się na takie rozwiązanie, powinni poinformować rodziców, że po trzech latach liczebność klas wzrośnie.
Ale dyrektorzy szkół o tym nie informują. Kierująca szkołą nr 107 Sabina Raczek tłumaczy: - Do szkoły zapisanych było więcej uczniów, niż faktycznie przyszło we wrześniu. Nie wiedziałam, że trzeba będzie myśleć o łączeniu klas.
O tym rodzice poinformowani zostali dopiero... w maju! Jak przypuszczają, ze strachu, że zabiorą dzieci ze szkoły. W tym przypadku protesty spowodowały, że dyrekcja odstąpiła od planu łączenia klas. W zamian za to - zgodnie z ideą krakowskiego bonu - będzie musiała zlikwidować część etatu w świetlicy.
W magistracie takie przykłady nie robią na nikim wrażenia. - Szkoła to nie sklep warzywny, który można zamknąć, jak splajtuje. Z naszym bonem dyrektorzy, którzy otwierają średnio liczne klasy, świetnie sobie radzą - uważa dyrektor Żądło.
Opisany wyżej scenariusz przeżywają właśnie rodzice maluchów ze Szkoły Podstawowej nr 107, gdzie przez pierwszy rok dzieci uczyły się w oddziałach liczących 17-18 uczniów. "Ta liczebność była jednym z powodów, dla jakich wybraliśmy tę placówkę" - napisali ich rodzice w proteście do magistrackiego wydziału edukacji. Protestują, bo pod koniec roku szkolnego dyrekcja poinformowała ich, że klasy zostaną połączone i że ośmiolatki będą się uczyć w 35-osobowym oddziale!
W ubiegłym roku do wydziału edukacji trafił podobny protest: "Skuteczność nauczania i oddziaływania wychowawczego w klasach liczących 30 i więcej uczniów jest bardzo niska. Nie ma czasu na rozwój dzieci uzdolnionych oraz objęcie należytą opieką dzieci mających problemy z nauką lub natury wychowawczej" - alarmowali rodzice uczniów SP nr 80. Ich też szkoła przyciągnęła do siebie mało licznymi klasami, by po dwóch latach oznajmić, że zostaną połączone w znacznie liczniejsze. Takie protesty zdarzały się też wcześniej.
Czemu szkoły łączą klasy? Chodzi o działanie tzw. krakowskiego bonu oświatowego, który - jak wielokrotnie pisaliśmy - z ideą prawdziwego bonu ma niewiele wspólnego. Prawdziwy bon to pieniądze idące do szkoły za uczniem. Ta placówka, która przyciągnie więcej uczniów, ma mieć więcej pieniędzy. Nie ma mowy o zbyt licznych klasach, bo do takich rodzice nie poślą dzieci. O tym, jak gospodarować pieniędzmi, decydują dyrektorzy. W Krakowie jednak urzędnicy nie dali dyrektorom ani pieniędzy, ani swobody w gospodarowaniu nimi. Za to uzależnili sztywno liczbę nauczycielskich etatów od liczby uczniów w szkole (wcześniej zależały one od liczby klas). By chronić etaty, szkoły zaczęły łączyć klasy. Z obliczeń wynika bowiem, że nie opłaca się prowadzenie klas poniżej 25 uczniów: - Apelowaliśmy do dyrektorów, by nie otwierali zbyt małych klas, bo potem będą musieli je łączyć - przypomina dyrektor wydziału edukacji Jan Żądło. Dodaje, że dyrektorzy mogą tworzyć mniej liczne oddziały w pierwszym etapie nauczania (1-3), bo ich prowadzenie jest mniej kosztowne. Jeśli jednak zdecydują się na takie rozwiązanie, powinni poinformować rodziców, że po trzech latach liczebność klas wzrośnie.
Ale dyrektorzy szkół o tym nie informują. Kierująca szkołą nr 107 Sabina Raczek tłumaczy: - Do szkoły zapisanych było więcej uczniów, niż faktycznie przyszło we wrześniu. Nie wiedziałam, że trzeba będzie myśleć o łączeniu klas.
O tym rodzice poinformowani zostali dopiero... w maju! Jak przypuszczają, ze strachu, że zabiorą dzieci ze szkoły. W tym przypadku protesty spowodowały, że dyrekcja odstąpiła od planu łączenia klas. W zamian za to - zgodnie z ideą krakowskiego bonu - będzie musiała zlikwidować część etatu w świetlicy.
W magistracie takie przykłady nie robią na nikim wrażenia. - Szkoła to nie sklep warzywny, który można zamknąć, jak splajtuje. Z naszym bonem dyrektorzy, którzy otwierają średnio liczne klasy, świetnie sobie radzą - uważa dyrektor Żądło.
- 21 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Oto luksus publicznej oświaty
sekendlajf
13.07.10, 12:56
Jak wiadomo "za darmo" wiele się nie uzyska - co najwyżej liczne klasy, chamstwo, bandytyzm i brak informacji o wynikach nauczania.»
Najczęściej czytane24 htydzień
Reklama

Lata 60. w Nowej Hucie - urbanistyka, architektura i wnętrza
Do 1 lipca 2012 w nowohuckim oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na os. Słonecznym 16 oglądać można wystawę Nowa przestrzeń. Modernizm w Nowej Hucie.




