Seks, drugs & jazz, czyli spowiedź jazzmana
2010-07-22
, aktualizacja: 21.07.2010 20:41
Kiedy sięga po trąbkę, staje się genialnym malarzem snów, wizji i marzeń. Kiedy ją odkłada, zamyka się w swoim świecie. Znając takiego Tomasza Stańkę, nie przypuszczałem, że jest tak świetnym gawędziarzem
ZOBACZ TAKŻE
- Rojek: Czerpię przyjemność z zarażania muzyką innych (04-08-10, 18:24)
- Orange Kino Letnie - pora na czekoladowe fantazje (01-08-10, 21:21)
- 2011 Rokiem Czesława Miłosza? Są protesty (30-07-10, 09:00)
- Orange Kino Letnie: Dwa razy tak (24-07-10, 08:00)
- Co robić w weekend w Krakowie i Małopolsce? (24-07-10, 06:00)
- Geje, satanizm i okultyzm czyli logo Nowego Sącza (22-07-10, 07:00)
- Orange Kino Letnie: Nakręć to jeszcze raz, Martin (21-07-10, 07:00)
- Tu wszyscy chodzą tylko w czarnych kapeluszach
- Teatry szalały na ulicy, w piwnicy i na wieży (12-07-10, 11:00)
Miałem szczęście przeprowadzić z moim ulubionym trębaczem kilka wywiadów. I zawsze, kiedy już się rozkręcił lub kiedy trafiliśmy na jego ulubiony temat, coś mi się nie zgadzało. Ileż razy bowiem podczas koncertów, na których wręczano mu jakieś nagrody, mówił: "Nie jestem dobrym mówcą. Moim językiem jest muzyka". I brał się za granie. Tymczasem kiedy Stańko zaczyna opowiadać, okazuje się, że jest błyskotliwym rozmówcą.
Harcerz od grania pobudki
Dowód mamy przed sobą. To wywiad rzeka, a właściwie opowiadana ustami trębacza autobiografia.
Stańko zaczyna ją od rodzinnych korzeni, w których kilka pokoleń wstecz przemieszały się krew ukraińska z żydowską. Matka pochodziła ze Zwięczycy pod Rzeszowem, ojciec z Rzeszowa. Muzyka była obecna w ich domu od zawsze. "Po jakiejś akcji partyzanckiej Niemcy wpadli do domu. Rozbroił ich fortepian. Jeden coś zagrał (...), pogłaskał mnie po głowie i poszli sobie. Było to stresujące przeżycie" - wspomina.
Przyznaje też, że od najmłodszych lat był outsiderem: "Miałem refleksyjne dzieciństwo. Różne dziwne stany. Byłem specyficzny. Dość samotny". Z drugiej strony przytacza opowieść, jak to chcąc wykazać się męstwem przed kolegami z ulicznej bandy, walnął cegłą w samochód, wybijając w nim szybę: "Gonił mnie koleś tak, że chyba by mnie zabił, jakby złapał. W tamtych czasach samochód to był luksus".
Do Krakowa przeprowadzili się całą rodziną. Tomek miał sześć lat. Matka nauczycielka została bibliotekarką w szkole muzycznej, ojciec (niespełniony muzyk) pracował jako sędzia. Oboje naciskali, by syn uczył się muzyki, ale ich wymarzonymi instrumentami były skrzypce i fortepian. Skąd zatem wzięła się trąbka? Na obozie harcerskim okazało się, że jest jedynym dzieckiem, które ma jakieś pojęcie o muzyce. Drużynowy rozkazał więc, by nauczył się grać sygnał do pobudki. Spodobało mu się. Po wakacjach oznajmił rodzicom, że nie chce już grać na skrzypcach i fortepianie. Musieli kupić trąbkę.
Pierwsze wino i papierosy
Tak naprawdę miłość do tego instrumentu wiązała się jednak z fascynacją jazzem, którego początkujący muzyk nasłuchiwał w audycjach radiowych Willisa Conovera w Głosie Ameryki. W krakowski światek jazzowy wciągnął go natomiast kolega z liceum, pianista Wacek Kisielewski (później członek słynnego duetu Marek i Wacek). "Pierwszy raz grałem na jakiejś zabawie. Wacek (...) grał z kolegami i zaprosili mnie. Pamiętam, tak... Pierwszy papieros, prawie paczkę sportów wtedy wypaliłem. Pierwsze wino, wypiłem flaszkę wina. I graliśmy jazz".
Stańki jazz na poważnie to Jazz Jamboree 1963 r. i pierwszy wspólny występ z Kwintetem Krzysztofa Komedy. W kuluarach ktoś mu powiedział, że poszukuje go Komeda. Nie mógł uwierzyć, ale za chwilę powtórzył to jeszcze jeden muzyk. Podbiegł więc do Komedy i mówi: "Dzień dobry panu, nazywam się Tomasz Stańko". "A, właśnie. Szukałem pana. Matka mówiła, że pan jest w Warszawie. Mamy koncert pojutrze. No, zapraszam pana. Nawalił mi zespół. Mamy jutro próbę" - odpowiedział Komeda. "I poszło. Mieszkałem wtedy u Wacka Kisielewskiego. Pożyczyłem od niego spodnie, bo nie miałem garnituru. Kisielewski był wyższy i musiałem je związać sznurkiem, w czasie koncertu zaczęły mi spadać" - wspomina Stańko.
Życie desperado
W rozmowie z dziennikarzem muzycznym Rafałem Księżykiem Stańko jest wylewny i szczery jak nigdy. Dowiadujemy się więc, że na festiwalu w Antwerpii w 1964 r., na który pojechał z zespołem Andrzeja Trzaskowskiego, pierwszy raz zapalił haszysz: "To jest, kurwa, coś dla mnie. Będę palił do końca życia" - oznajmił. A w Krakowie? "Wódka lała się strumieniami. Od początku nam towarzyszyła. Mówiło się, że dobrzy muzycy na jam sessions nie grają, tylko piją, gorsi muzycy grają. No to ja piłem. Jazz i alkohol to była podstawa".
Hipisowski styl życia albo życie desperado - jak sam je nazywa - wciągało coraz mocniej: "Groupies kręciły się wokół nas na wszystkich festiwalach. Seks, drugs & jazz. Potem był rock and roll, ale jazzmani byli pierwsi". Z harcerzyka z trąbką przemienił się w straceńca: "Był taki ciężki okres, kiedy krążyłem pośród heroinistów na Krakowskim Przedmieściu. Naprzeciwko Bristolu była taka ławeczka, gdzie siedzieli ci najgorsi. Chodziłem tam czasami. Żeby się dobić. Miałem takie momenty po parotygodniowych alkoholowych szaleństwach. Na Krakowskim miałem zapaść (...)".
Narkotykowa maligna nie zawsze jednak szła w parze z inwencją twórczą, a nawet ze zwykłą zdolnością utrzymania się na dwóch nogach: "Polska trawa była za słaba i robiłem z niej olej destylowany. (...) Gdzieś w Kielcach wypiłem pięćdziesiątkę. Siła jak sto jointów! Pazerny byłem na haj. W trakcie koncertu mnie wzięło... Jak szarpnęło! Musiałem przerwać granie".
Używki rzucił dopiero w 1992 roku. Narkotyki, alkohol i papierosy. "Bo nie lubię, jak coś muszę" - podkreśla. A tak naprawdę przestraszył go jeden z dilerów kompotu, też narkoman, który miał powiedzieć do Stańki, że ten "strasznie dużo bierze". Ocalił siebie, ale nie uratował rodziny, która rozpadła się właśnie z powodu jego nałogów. Z żoną Joanną próbował się jeszcze zejść parę razy, ale bezskutecznie. Za to z córką Anną złapał kontakt po latach. Dziś razem organizują festiwal jazzowy w Bielsku-Białej, a ona jest menedżerem taty.
Stańko jak Miles
Ale "Autobiografia" to nie tylko opowieść o desperackim życiu Stańki, to także barwny kalendarz muzycznych przygód i doświadczeń. Od festiwalu Berliner Jazztage w 1970 r., czyli międzynarodowego przełomu w jego karierze, gdzie publiczność przez 20 minut domagała się bisów kwintetu Stańki, podczas gdy muzycy, nic nie przypuszczając, dawno już rozpoczęli imprezę w garderobie, przez początki współpracy z kultową wytwórnią ECM Records, spotkania z Krzysztofem Pendereckim czy genialnym fińskim kompozytorem i perkusistą Edwardem Vesalą, magiczną sesją nagraniową w indyjskiej świątyni Taj Mahal, sukcesy na festiwalu jazzowym w Montreux.
Artysta przywołuje też nazwiska polskich muzyków i nazwy zespołów, z którymi grywał. Czasem kompletnie zaskakujące, bo w tym gronie pojawiali się ludzie z zupełnie innej niż on bajki, m.in.: Kora i Maanam, Marek Piekarczyk z TSA oraz grupy Mech, Krzak, SBB, Düpa.
W latach 90. na jazzowym rynku ukazała się autobiografia Milesa Davisa "Ja, Miles". Śmieszna, ostra, czasem przerażająca, ale traktowana dziś jak jazzowa biblia. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że z biografią Stańki będzie tak samo. To jego pierwszy tak ważny, olbrzymi wywiad. I pierwsza solidna biografia.
"Tomasz Stańko. Desperado. Autobiografia. Rozmawia Rafał Księżyk", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010
Harcerz od grania pobudki
Dowód mamy przed sobą. To wywiad rzeka, a właściwie opowiadana ustami trębacza autobiografia.
Stańko zaczyna ją od rodzinnych korzeni, w których kilka pokoleń wstecz przemieszały się krew ukraińska z żydowską. Matka pochodziła ze Zwięczycy pod Rzeszowem, ojciec z Rzeszowa. Muzyka była obecna w ich domu od zawsze. "Po jakiejś akcji partyzanckiej Niemcy wpadli do domu. Rozbroił ich fortepian. Jeden coś zagrał (...), pogłaskał mnie po głowie i poszli sobie. Było to stresujące przeżycie" - wspomina.
Przyznaje też, że od najmłodszych lat był outsiderem: "Miałem refleksyjne dzieciństwo. Różne dziwne stany. Byłem specyficzny. Dość samotny". Z drugiej strony przytacza opowieść, jak to chcąc wykazać się męstwem przed kolegami z ulicznej bandy, walnął cegłą w samochód, wybijając w nim szybę: "Gonił mnie koleś tak, że chyba by mnie zabił, jakby złapał. W tamtych czasach samochód to był luksus".
Do Krakowa przeprowadzili się całą rodziną. Tomek miał sześć lat. Matka nauczycielka została bibliotekarką w szkole muzycznej, ojciec (niespełniony muzyk) pracował jako sędzia. Oboje naciskali, by syn uczył się muzyki, ale ich wymarzonymi instrumentami były skrzypce i fortepian. Skąd zatem wzięła się trąbka? Na obozie harcerskim okazało się, że jest jedynym dzieckiem, które ma jakieś pojęcie o muzyce. Drużynowy rozkazał więc, by nauczył się grać sygnał do pobudki. Spodobało mu się. Po wakacjach oznajmił rodzicom, że nie chce już grać na skrzypcach i fortepianie. Musieli kupić trąbkę.
Pierwsze wino i papierosy
Tak naprawdę miłość do tego instrumentu wiązała się jednak z fascynacją jazzem, którego początkujący muzyk nasłuchiwał w audycjach radiowych Willisa Conovera w Głosie Ameryki. W krakowski światek jazzowy wciągnął go natomiast kolega z liceum, pianista Wacek Kisielewski (później członek słynnego duetu Marek i Wacek). "Pierwszy raz grałem na jakiejś zabawie. Wacek (...) grał z kolegami i zaprosili mnie. Pamiętam, tak... Pierwszy papieros, prawie paczkę sportów wtedy wypaliłem. Pierwsze wino, wypiłem flaszkę wina. I graliśmy jazz".
Stańki jazz na poważnie to Jazz Jamboree 1963 r. i pierwszy wspólny występ z Kwintetem Krzysztofa Komedy. W kuluarach ktoś mu powiedział, że poszukuje go Komeda. Nie mógł uwierzyć, ale za chwilę powtórzył to jeszcze jeden muzyk. Podbiegł więc do Komedy i mówi: "Dzień dobry panu, nazywam się Tomasz Stańko". "A, właśnie. Szukałem pana. Matka mówiła, że pan jest w Warszawie. Mamy koncert pojutrze. No, zapraszam pana. Nawalił mi zespół. Mamy jutro próbę" - odpowiedział Komeda. "I poszło. Mieszkałem wtedy u Wacka Kisielewskiego. Pożyczyłem od niego spodnie, bo nie miałem garnituru. Kisielewski był wyższy i musiałem je związać sznurkiem, w czasie koncertu zaczęły mi spadać" - wspomina Stańko.
Życie desperado
W rozmowie z dziennikarzem muzycznym Rafałem Księżykiem Stańko jest wylewny i szczery jak nigdy. Dowiadujemy się więc, że na festiwalu w Antwerpii w 1964 r., na który pojechał z zespołem Andrzeja Trzaskowskiego, pierwszy raz zapalił haszysz: "To jest, kurwa, coś dla mnie. Będę palił do końca życia" - oznajmił. A w Krakowie? "Wódka lała się strumieniami. Od początku nam towarzyszyła. Mówiło się, że dobrzy muzycy na jam sessions nie grają, tylko piją, gorsi muzycy grają. No to ja piłem. Jazz i alkohol to była podstawa".
Hipisowski styl życia albo życie desperado - jak sam je nazywa - wciągało coraz mocniej: "Groupies kręciły się wokół nas na wszystkich festiwalach. Seks, drugs & jazz. Potem był rock and roll, ale jazzmani byli pierwsi". Z harcerzyka z trąbką przemienił się w straceńca: "Był taki ciężki okres, kiedy krążyłem pośród heroinistów na Krakowskim Przedmieściu. Naprzeciwko Bristolu była taka ławeczka, gdzie siedzieli ci najgorsi. Chodziłem tam czasami. Żeby się dobić. Miałem takie momenty po parotygodniowych alkoholowych szaleństwach. Na Krakowskim miałem zapaść (...)".
Narkotykowa maligna nie zawsze jednak szła w parze z inwencją twórczą, a nawet ze zwykłą zdolnością utrzymania się na dwóch nogach: "Polska trawa była za słaba i robiłem z niej olej destylowany. (...) Gdzieś w Kielcach wypiłem pięćdziesiątkę. Siła jak sto jointów! Pazerny byłem na haj. W trakcie koncertu mnie wzięło... Jak szarpnęło! Musiałem przerwać granie".
Używki rzucił dopiero w 1992 roku. Narkotyki, alkohol i papierosy. "Bo nie lubię, jak coś muszę" - podkreśla. A tak naprawdę przestraszył go jeden z dilerów kompotu, też narkoman, który miał powiedzieć do Stańki, że ten "strasznie dużo bierze". Ocalił siebie, ale nie uratował rodziny, która rozpadła się właśnie z powodu jego nałogów. Z żoną Joanną próbował się jeszcze zejść parę razy, ale bezskutecznie. Za to z córką Anną złapał kontakt po latach. Dziś razem organizują festiwal jazzowy w Bielsku-Białej, a ona jest menedżerem taty.
Stańko jak Miles
Ale "Autobiografia" to nie tylko opowieść o desperackim życiu Stańki, to także barwny kalendarz muzycznych przygód i doświadczeń. Od festiwalu Berliner Jazztage w 1970 r., czyli międzynarodowego przełomu w jego karierze, gdzie publiczność przez 20 minut domagała się bisów kwintetu Stańki, podczas gdy muzycy, nic nie przypuszczając, dawno już rozpoczęli imprezę w garderobie, przez początki współpracy z kultową wytwórnią ECM Records, spotkania z Krzysztofem Pendereckim czy genialnym fińskim kompozytorem i perkusistą Edwardem Vesalą, magiczną sesją nagraniową w indyjskiej świątyni Taj Mahal, sukcesy na festiwalu jazzowym w Montreux.
Artysta przywołuje też nazwiska polskich muzyków i nazwy zespołów, z którymi grywał. Czasem kompletnie zaskakujące, bo w tym gronie pojawiali się ludzie z zupełnie innej niż on bajki, m.in.: Kora i Maanam, Marek Piekarczyk z TSA oraz grupy Mech, Krzak, SBB, Düpa.
W latach 90. na jazzowym rynku ukazała się autobiografia Milesa Davisa "Ja, Miles". Śmieszna, ostra, czasem przerażająca, ale traktowana dziś jak jazzowa biblia. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że z biografią Stańki będzie tak samo. To jego pierwszy tak ważny, olbrzymi wywiad. I pierwsza solidna biografia.
"Tomasz Stańko. Desperado. Autobiografia. Rozmawia Rafał Księżyk", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010
- 23 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
10 głosów
-
Seks, drugs & jazz, czyli spowiedź jazzmana
archiwalda
27.07.10, 13:20
Zawsze gdy czytam takie teksty, zarówno o osobach żyjących jak i o dawnych bohaterach nachodzi mnie refleksja... co by miały do powiedzenia ich dzieci, żony, matki itd. Nie ujmując niczego »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Szklany kort do squasha stanie koło ...
- Górka Narodowa wywalczyła zmiany w komunikacji
- Pedofil fotografował 8-latkę w szpitalnej ...
- Squattersi z ul. Zamoyskiego zatrzymani ...
- Porażony prądem kilka godzin leżał na łące
- Centrum grzęźnie w korkach, przerwy w ...
- Budowali autostradę A4. Teraz zwalniają ...






