Będzie pierwszy w Krakowie zbiorowy pozew sądowy?
2010-07-26
, aktualizacja: 25.07.2010 22:39
Chcą go złożyć zalani w zeszłym tygodniu mieszkańcy osiedla Zesławice. Twierdzą, że stracili dorobek życia, bo nikt ich w porę nie ostrzegł, że z pobliskiego zbiornika spuszczona zostanie woda

fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta
Mieszkańcy krakowskich Zesławic sprzątają domy po powodzi

fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta
Mieszkańcy krakowskich Zesławic sprzątają domy po powodzi

fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta
Mieszkańcy krakowskich Zesławic sprzątają domy po powodzi

fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta
Mieszkańcy krakowskich Zesławic sprzątają domy po powodzi
ZOBACZ TAKŻE
- Nieciecza: Stadion, kukurydza, słoń. I klub w I lidze (29-07-10, 12:00)
- Jak rozmawiać po katastrofie? Trudna sztuka pomagania (29-07-10, 07:00)
- Protestuje, bo inwestycja może uaktywnić osuwiska (21-08-10, 07:00)
- Incydenty na stadionie: rasiści wciąż śpią spokojnie (03-08-10, 23:00)
- Wypadek. Zablokowana droga Kraków-Tarnów (30-07-10, 20:38)
- Wycięli drzewa, bo były grzyby i suche gałęzie (30-07-10, 07:00)
- Nielegalne prawa jazdy z Ukrainy (28-07-10, 19:31)
- Za półtora kg "maryśki" chciał opłacić operację (28-07-10, 16:20)
- Żona mi się zaklinowała, pomóżcie! Zgłoszenia na 112 (28-07-10, 08:00)
- Ścigany przez rok za dług widmo. Bank przeprasza (26-07-10, 07:00)
- Mieszkańcy zalanych wsi mają pretensje do urzędników (07-06-10, 08:00)
- Po nocnych ulewach zalany został Prądnik Czerwony (04-06-10, 12:20)
- Nowe ściany nie wyschły, a woda znów na podwórku (28-07-10, 23:00)
- Czynsz dla powodzian: 1000 zł za miesiąc w kontenerze (04-08-10, 08:00)
- Gmina Lanckorona: damy tyle, ile możemy (28-07-10, 09:00)
- Pięć masztów na jednym dachu. Sąsiedzi protestują (07-08-10, 09:00)
- Musimy wziąć sprawy w swoje ręce. Gdyby ktoś dał nam choć pół godziny, udałoby się uratować przynajmniej część rzeczy - mówi Jacek Bednarek, mieszkaniec podtopionego osiedla, który do dziś odgruzowuje dom po zeszłotygodniowym kataklizmie. Wraz z innymi poszkodowanymi sąsiadami chce iść w ślady powodzian z Piaseczna, którzy kilka dni temu jako pierwsi w Polsce złożyli zbiorowy pozew do sądu. Taką możliwość dały im obowiązujące od tygodnia, wzorowane na tych w państwach zachodnich, przepisy. Podtopieni mieszkańcy zesławickiego osiedla (położonego między Mistrzejowicami a Grębałowem) skontaktowali się już z prawnikiem, który w ich imieniu przygotowuje pozew zbiorowy. Zamierzają domagać się odszkodowania od administrujących zbiornikiem Zesławice, którzy według nich, spuszczając z niego bez ostrzeżenia wodę, doprowadzili do podtopienia domów. Jeden z mieszkańców w piątek złożył w tej sprawie także doniesienie do prokuratury.
Nocny kataklizm
Dramat mieszkańców osiedla rozegrał się w niedzielę 18 lipca, gdy nad Małopolską przeszła nawałnica. Ich domy leżą w widłach niewielkiego potoku Baranówka oraz rzeki Dłubni. Na tej ostatniej w pobliżu domostw wybudowano w latach 50. zbiornik. Najpierw służył jako rezerwuar wody pitnej dla Nowej Huty, potem czerpano z niego wodę technologiczną dla kombinatu. Ostatnio korzystają z niego tylko wędkarze. - Mieszkam tu od 40 lat i nigdy nie mieliśmy tu powodzi. Nawet w maju woda trochę wlała się do garaży, ale sprzątnęliśmy. Nie było takiego kataklizmu, jakiego doświadczyliśmy teraz - mówi Jacek Bednarek.
Wielka woda przyszła Dłubnią od strony zbiornika, między godz. 22 a 23. Bednarek jechał akurat pociągiem do Krakowa. - Dostałem sygnał od znajomych, że coś się złego dzieje. Zadzwoniłem do siostry, by biegła do mojego domu, bo akurat nikogo nie było. Zdążyła z teściową zabrać pustaki z budowy i postawić na nich pianino - opowiada. Fala była tak duża, że jednemu z mieszkańców zmiotła z podwórka 3 tony węgla, które zwiózł kilka dni wcześniej. - U mnie woda sięgała kurków w kranach - pokazuje Jacek Bednarek. Gdy ludzie po pas w wodzie próbowali ratować dobytek z zalanych domostw, eksplodował transformator. - Bo oczywiście zapomniano wyłączyć prąd. Huk był potworny. Mieliśmy szczęście, bo inaczej strażacy mogliby tylko wyławiać trupy z wody - zżymają się mieszkańcy osiedla.
Dantejskie sceny działy się też na pobliskich ogródkach działkowych. Woda zaskoczyła starsze osoby odpoczywające w pobudowanych tam domkach letniskowych. Strażacy w ciemnościach musieli wywozić ludzi pontonami. - Kobiety krzyczały "ratunku!" - relacjonuje jeden z mieszkańców.
Niekontrolowany spust?
Fala zatopiła blisko 20 domów na osiedlu. - Zmasakrowało nas jak w Sandomierzu - mówią poszkodowani.
- Wyrzuciłem już meble z parteru i kuchni, dywany. Trzeba było zedrzeć parkiet, bo spuchł na drugi dzień. Ale boli też strata rodzinnych pamiątek: w szufladzie w sypialni miałem na przykład ślubne zdjęcia. Wszystko zabrała woda - wylicza straty Bednarek. Podobnie jak inni powodzianie musi teraz skuć ściany, by je osuszyć. A za tydzień znad morza wraca rodzina. - Do czego ich przywiozę?! - pyta. Tymczasem powodzianie z Zesławic mają problemy nawet z uzyskaniem kontenerów, do których mogliby wrzucać rzeczy zniszczone przez wodę.
Poszkodowani są przekonani, że zeszłotygodniowa katastrofa to efekt spuszczenia wody z pobliskiego zbiornika na Dłubni. - Ktoś popełnił błąd, może się przestraszył i podniósł śluzę, wypuszczając wodę w sposób niekontrolowany. Na dodatek nie podniesiono następnej śluzy w Bieńczycach i nastąpiła "cofka", co tylko spotęgowało efekt - uważa Bednarek.
- Nikt nie ostrzegł tych ludzi, co może ich spotkać - zaznacza mec. Marcin Kosiorkiewicz, który przygotowuje pozew zbiorowy w imieniu powodzian z Zesławic.
- Powinien przyjechać ktoś ze służb ratowniczych i przez megafon ostrzec o nadchodzącej fali. Nic takiego nie nastąpiło. Skoro mojej siostrze udało się przynieść pustaki z budowy i z pomocą innych ludzi postawić na nich pianino, to przecież gdybyśmy wszyscy mieli trochę więcej czasu, byłaby szansa na uratowanie choć części dobytku - przekonuje Bednarek. Wraz z innymi powodzianami zbiera teraz dokumenty niezbędne do wniesienia grupowego powództwa, każdy liczy też straty, których będzie dochodzić przed sądem.
Bogusław Borowski, dyrektor Małopolskiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych w Krakowie, które w 20 proc. partycypuje w kosztach utrzymania zbiornika na Dłubni (resztę kosztów ponosi administrująca akwenem firma powstała na bazie dawnej spółki wodnej związanej z kombinatem), zapowiedzi wniesienia pozwu nie chce komentować. Ale zapewnia, że nie było niekontrolowanego spuszczenia wody w niedzielę. - Wodę spuszczano, owszem, ale kilka dni wcześniej. Z informacji, jakie dotarły do mnie po rozmowach moich podwładnych z kierownictwem spółki, wynika, że w niedzielę nikt wody nie spuszczał ze zbiornika. Po prostu nawałnica była tak duża, że woda przelała się z niego - twierdzi dyrektor Małopolskiego Zarządu Melioracji.
Nocny kataklizm
Dramat mieszkańców osiedla rozegrał się w niedzielę 18 lipca, gdy nad Małopolską przeszła nawałnica. Ich domy leżą w widłach niewielkiego potoku Baranówka oraz rzeki Dłubni. Na tej ostatniej w pobliżu domostw wybudowano w latach 50. zbiornik. Najpierw służył jako rezerwuar wody pitnej dla Nowej Huty, potem czerpano z niego wodę technologiczną dla kombinatu. Ostatnio korzystają z niego tylko wędkarze. - Mieszkam tu od 40 lat i nigdy nie mieliśmy tu powodzi. Nawet w maju woda trochę wlała się do garaży, ale sprzątnęliśmy. Nie było takiego kataklizmu, jakiego doświadczyliśmy teraz - mówi Jacek Bednarek.
Wielka woda przyszła Dłubnią od strony zbiornika, między godz. 22 a 23. Bednarek jechał akurat pociągiem do Krakowa. - Dostałem sygnał od znajomych, że coś się złego dzieje. Zadzwoniłem do siostry, by biegła do mojego domu, bo akurat nikogo nie było. Zdążyła z teściową zabrać pustaki z budowy i postawić na nich pianino - opowiada. Fala była tak duża, że jednemu z mieszkańców zmiotła z podwórka 3 tony węgla, które zwiózł kilka dni wcześniej. - U mnie woda sięgała kurków w kranach - pokazuje Jacek Bednarek. Gdy ludzie po pas w wodzie próbowali ratować dobytek z zalanych domostw, eksplodował transformator. - Bo oczywiście zapomniano wyłączyć prąd. Huk był potworny. Mieliśmy szczęście, bo inaczej strażacy mogliby tylko wyławiać trupy z wody - zżymają się mieszkańcy osiedla.
Dantejskie sceny działy się też na pobliskich ogródkach działkowych. Woda zaskoczyła starsze osoby odpoczywające w pobudowanych tam domkach letniskowych. Strażacy w ciemnościach musieli wywozić ludzi pontonami. - Kobiety krzyczały "ratunku!" - relacjonuje jeden z mieszkańców.
Niekontrolowany spust?
Fala zatopiła blisko 20 domów na osiedlu. - Zmasakrowało nas jak w Sandomierzu - mówią poszkodowani.
- Wyrzuciłem już meble z parteru i kuchni, dywany. Trzeba było zedrzeć parkiet, bo spuchł na drugi dzień. Ale boli też strata rodzinnych pamiątek: w szufladzie w sypialni miałem na przykład ślubne zdjęcia. Wszystko zabrała woda - wylicza straty Bednarek. Podobnie jak inni powodzianie musi teraz skuć ściany, by je osuszyć. A za tydzień znad morza wraca rodzina. - Do czego ich przywiozę?! - pyta. Tymczasem powodzianie z Zesławic mają problemy nawet z uzyskaniem kontenerów, do których mogliby wrzucać rzeczy zniszczone przez wodę.
Poszkodowani są przekonani, że zeszłotygodniowa katastrofa to efekt spuszczenia wody z pobliskiego zbiornika na Dłubni. - Ktoś popełnił błąd, może się przestraszył i podniósł śluzę, wypuszczając wodę w sposób niekontrolowany. Na dodatek nie podniesiono następnej śluzy w Bieńczycach i nastąpiła "cofka", co tylko spotęgowało efekt - uważa Bednarek.
- Nikt nie ostrzegł tych ludzi, co może ich spotkać - zaznacza mec. Marcin Kosiorkiewicz, który przygotowuje pozew zbiorowy w imieniu powodzian z Zesławic.
- Powinien przyjechać ktoś ze służb ratowniczych i przez megafon ostrzec o nadchodzącej fali. Nic takiego nie nastąpiło. Skoro mojej siostrze udało się przynieść pustaki z budowy i z pomocą innych ludzi postawić na nich pianino, to przecież gdybyśmy wszyscy mieli trochę więcej czasu, byłaby szansa na uratowanie choć części dobytku - przekonuje Bednarek. Wraz z innymi powodzianami zbiera teraz dokumenty niezbędne do wniesienia grupowego powództwa, każdy liczy też straty, których będzie dochodzić przed sądem.
Bogusław Borowski, dyrektor Małopolskiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych w Krakowie, które w 20 proc. partycypuje w kosztach utrzymania zbiornika na Dłubni (resztę kosztów ponosi administrująca akwenem firma powstała na bazie dawnej spółki wodnej związanej z kombinatem), zapowiedzi wniesienia pozwu nie chce komentować. Ale zapewnia, że nie było niekontrolowanego spuszczenia wody w niedzielę. - Wodę spuszczano, owszem, ale kilka dni wcześniej. Z informacji, jakie dotarły do mnie po rozmowach moich podwładnych z kierownictwem spółki, wynika, że w niedzielę nikt wody nie spuszczał ze zbiornika. Po prostu nawałnica była tak duża, że woda przelała się z niego - twierdzi dyrektor Małopolskiego Zarządu Melioracji.
- 9 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
-
Będzie pierwszy w Krakowie zbiorowy pozew sądowy?
zgr-edo
26.07.10, 06:27
Kracik zrzuci winę na Majchrowskiego, że dywersantów nasłał.Wojewoda ma jakiś wyjątkowy dar ściągania nieszczęść na Kraków i Małopolskę, jak nie zerwane linie energetyczne, śnieg , mróz, »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]




więcej zdjęć

