Wielka fala w Krakowie: Lepiej zabezpieczać barki!
2010-09-02
, aktualizacja: 02.09.2010 11:30
Wielka woda po raz trzeci w Krakowie. W środę ucierpiało poważnie osiedle Lesisko. Sporo strachu napędziły służbom ratunkowym zerwane barki, które uderzyły w stopień wodny na Dąbiu. Ale barek nie ma gdzie odholować.
ZOBACZ TAKŻE
- Kracik: sprawa barek do Prokuratury Generalnej (02-09-10, 15:14)
- Armii Krajowej: wielkie biurowce, małe parkingi (05-09-10, 22:43)
- Zerwane wiślane barki zostaną wreszcie odholowane (06-10-10, 08:00)
- Policja na tropie zerwanych w nocy barek [ZDJĘCIA] (01-09-10, 08:37)
- Zagrożenie powodziowe. Sztab kryzysowy u wojewody (02-09-10, 07:34)
- Podtopiona Orawa, połamane drzewa na Podhalu [ZDJĘCIA] (01-09-10, 15:37)
- Gmina Gnojnik: ewakuacja mieszkańców z 3 miejscowości (01-09-10, 14:44)
- Woda zalewa tunel pod rondem Grunwaldzkim (01-09-10, 22:42)
- Małopolska: podmyte tory i drogi, ewakuowane wsie (01-09-10, 09:09)
- Powodzi w Małopolsce już dziękujemy (02-09-10, 22:00)
- Strażacy dowożą żywność do podtopionej dzielnicy (02-09-10, 14:36)
- Małopolska: Podtopienia, nieprzejezdne drogi (02-09-10, 10:19)
O świcie w środę Wisła przekroczyła stany alarmowe. Krótko po godz. 13 na wodowskazie w Bielanach poziom wody wynosił już 552 cm. Prezydent Krakowa po raz kolejny w tym roku był zmuszony ogłosić alarm przeciwpowodziowy. Kulminacyjna fala powodziowa na Wiśle miała przechodzić przez miasto w nocy - kiedy zamykaliśmy to wydanie "Gazety", służby wojewody ostrzegały, że będzie wyższa od prognozowanej wcześniej i może przekroczyć 6 m. Meteorolodzy nie zapowiadali co prawda wody porównywalnej z majem (ponad 9 m), ale służby miejskie zgodnie z procedurami zamknęły trzy bramy przeciwpowodziowe na wałach wiślanych.
W środę najbardziej ucierpiało od wody osiedle Lesisko. Znowu! Śluzy na wałach wiślanych zamykają się automatycznie, gdy poziom wody w rzece przekroczy określony poziom. Wtedy deszczówka zbiera się na osiedlu, bo kanały burzowe są odcięte od Wisły. W rejonie osiedla nie ma, niestety, przepompowni, która w takich przypadkach powinna przerzucać wodę ponad wałem do rzeki. Miasto nie zbudowało jej, bo nie ma niezbędnych działek. W czasie majowej powodzi prezydent Jacek Majchrowski oskarżał wojewodę małopolskiego o blokowanie skupu; wojewoda istotnie wstrzymał zakup, bo jego urzędnicy uznali, że miasto przepłaci za działki.
Na Lesisku powstało w środę spore rozlewisko. Ul. Podbipięty została zamknięta, bo przez jezdnię przerzucone były węże strażackich pomp. Woda podciekała też do piwnic domów, choćby na osiedlu Kostrze, gdzie kanalizacja burzowa jest podobna do tej na Lesisku.
Tym razem nie doszło do zatopienia ul. Bieżanowskiej i jej okolic. Byłoby to już siódme zatopienie w tym roku. Na szczęście wreszcie częściowo pogłębiono koryto potoku Serafa, który przy każdym większym ulewnym deszczu wylewał się na ulice dzielnicy. Mimo to sytuacja w okolicy była wciąż niepewna. Mieszkańcy obłożyli swoje domy workami z piaskiem, a strażacy podwyższali obwałowanie rzeczki, by uniknąć powodzi.
Prawdziwe zagrożenie stworzyły w środę trzy barki, które uderzyły w stopień wodny Dąbie. Barki, służące dawniej do przewozu żwiru i piasku, zerwały się o pierwszej w nocy z portu rzecznego na Zabłociu. Po czwartej rano służby wstrzymały ruch samochodowy na zaporze. Była obawa, że most został uszkodzony. Po trzech godzinach ruch przywrócono. Jedna z barek została odholowana. Dwie nadal pozostały oparte o przeprawę; jedna pod naporem wody się złamała.
Barki należą do prywatnego przedsiębiorcy Artura Kierczyńskiego. Właściciel kilka dni temu sprowadził je z bazy koło Oświęcimia. Miał je pociąć na złom. - Barki musiały być źle przywiązane do nadbrzeża - twierdzi rzecznik małopolskiej policji Dariusz Nowak. Statki miały mieć jedynie zarzucone kotwice w nurcie rzeki. Policja bada sprawę. - Biegły będzie musiał ocenić, czy zagrożeni byli ludzie, czy samo mienie - mówi Nowak.
Jerzy Grela, dyrektor Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej, przyznaje, że zagrożenie dla mostu było duże. - Gdyby barki uderzyły we wrota pod przęsłami, przepust wody byłby ograniczony. Przy wysokiej fali byłoby to wyjątkowo niebezpieczne. Powstałoby dodatkowe spiętrzenie wody - tłumaczy Grela.
Barki oparły się o filar i przez kilka dni pozostaną w tym miejscu. Nie stanowią zagrożenia; zresztą - nie ma jak ich usunąć. - Holownik, który mógłby je ściągnąć, stoi za mostem Dębnickim. Poziom wody jest za wysoki, by mógł pod nim przepłynąć - tłumaczy Andrzej Siekanka, rzecznik straży pożarnej.
Właściciel barek nie był w środę skory do wyjaśnień. - Proszę wybaczyć. Naprawdę nie mam czasu na rozmowę. Od rana mam po łokcie roboty - przepraszał Kierczyński. Zasady funkcjonowania jego firmy, nazywanej potocznie "Stocznią Kierczyńskiego", są nieuregulowane już od długiego czasu. Większość należących do Kierczyńskiego barek, przycumowanych w rejonie Zabłocia, jest przeznaczona na złom.
- Już w zeszłym roku pytaliśmy Urząd Żeglugi Śródlądowej, czy barki na Zabłociu są prawidłowo zacumowane. Usłyszeliśmy, że tak. Ale to dotyczyło innych barek - zaznacza dyrektor Grela.
Środowa fala na Wiśle nie groziła zerwaniem innych barek. Po alarmie część słabiej zabezpieczonych statków przeholowano na drugi brzeg Wisły, gdzie nurt jest słabszy. - Czas jednak na zmianę przepisów. W teorii po ogłoszeniu alarmu, właściciele barek mają obowiązek odholować je do portu. Tyle że w Krakowie nie bardzo jest gdzie je odholować - przyznaje Krzysztof Kowal, szef Zarządu Infrastruktury Sportowej, odpowiedzialnego za umowy z właścicielami barek komercyjnych cumujących pod Wawelem i na wysokości Kazimierza. - Chcemy doprowadzić do obowiązku potrójnego zabezpieczania barek, by woda nie zerwała ich nawet, gdy osiągnie poziom 10 m - dodaje.
W środę najbardziej ucierpiało od wody osiedle Lesisko. Znowu! Śluzy na wałach wiślanych zamykają się automatycznie, gdy poziom wody w rzece przekroczy określony poziom. Wtedy deszczówka zbiera się na osiedlu, bo kanały burzowe są odcięte od Wisły. W rejonie osiedla nie ma, niestety, przepompowni, która w takich przypadkach powinna przerzucać wodę ponad wałem do rzeki. Miasto nie zbudowało jej, bo nie ma niezbędnych działek. W czasie majowej powodzi prezydent Jacek Majchrowski oskarżał wojewodę małopolskiego o blokowanie skupu; wojewoda istotnie wstrzymał zakup, bo jego urzędnicy uznali, że miasto przepłaci za działki.
Na Lesisku powstało w środę spore rozlewisko. Ul. Podbipięty została zamknięta, bo przez jezdnię przerzucone były węże strażackich pomp. Woda podciekała też do piwnic domów, choćby na osiedlu Kostrze, gdzie kanalizacja burzowa jest podobna do tej na Lesisku.
Tym razem nie doszło do zatopienia ul. Bieżanowskiej i jej okolic. Byłoby to już siódme zatopienie w tym roku. Na szczęście wreszcie częściowo pogłębiono koryto potoku Serafa, który przy każdym większym ulewnym deszczu wylewał się na ulice dzielnicy. Mimo to sytuacja w okolicy była wciąż niepewna. Mieszkańcy obłożyli swoje domy workami z piaskiem, a strażacy podwyższali obwałowanie rzeczki, by uniknąć powodzi.
Prawdziwe zagrożenie stworzyły w środę trzy barki, które uderzyły w stopień wodny Dąbie. Barki, służące dawniej do przewozu żwiru i piasku, zerwały się o pierwszej w nocy z portu rzecznego na Zabłociu. Po czwartej rano służby wstrzymały ruch samochodowy na zaporze. Była obawa, że most został uszkodzony. Po trzech godzinach ruch przywrócono. Jedna z barek została odholowana. Dwie nadal pozostały oparte o przeprawę; jedna pod naporem wody się złamała.
Barki należą do prywatnego przedsiębiorcy Artura Kierczyńskiego. Właściciel kilka dni temu sprowadził je z bazy koło Oświęcimia. Miał je pociąć na złom. - Barki musiały być źle przywiązane do nadbrzeża - twierdzi rzecznik małopolskiej policji Dariusz Nowak. Statki miały mieć jedynie zarzucone kotwice w nurcie rzeki. Policja bada sprawę. - Biegły będzie musiał ocenić, czy zagrożeni byli ludzie, czy samo mienie - mówi Nowak.
Jerzy Grela, dyrektor Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej, przyznaje, że zagrożenie dla mostu było duże. - Gdyby barki uderzyły we wrota pod przęsłami, przepust wody byłby ograniczony. Przy wysokiej fali byłoby to wyjątkowo niebezpieczne. Powstałoby dodatkowe spiętrzenie wody - tłumaczy Grela.
Barki oparły się o filar i przez kilka dni pozostaną w tym miejscu. Nie stanowią zagrożenia; zresztą - nie ma jak ich usunąć. - Holownik, który mógłby je ściągnąć, stoi za mostem Dębnickim. Poziom wody jest za wysoki, by mógł pod nim przepłynąć - tłumaczy Andrzej Siekanka, rzecznik straży pożarnej.
Właściciel barek nie był w środę skory do wyjaśnień. - Proszę wybaczyć. Naprawdę nie mam czasu na rozmowę. Od rana mam po łokcie roboty - przepraszał Kierczyński. Zasady funkcjonowania jego firmy, nazywanej potocznie "Stocznią Kierczyńskiego", są nieuregulowane już od długiego czasu. Większość należących do Kierczyńskiego barek, przycumowanych w rejonie Zabłocia, jest przeznaczona na złom.
- Już w zeszłym roku pytaliśmy Urząd Żeglugi Śródlądowej, czy barki na Zabłociu są prawidłowo zacumowane. Usłyszeliśmy, że tak. Ale to dotyczyło innych barek - zaznacza dyrektor Grela.
Środowa fala na Wiśle nie groziła zerwaniem innych barek. Po alarmie część słabiej zabezpieczonych statków przeholowano na drugi brzeg Wisły, gdzie nurt jest słabszy. - Czas jednak na zmianę przepisów. W teorii po ogłoszeniu alarmu, właściciele barek mają obowiązek odholować je do portu. Tyle że w Krakowie nie bardzo jest gdzie je odholować - przyznaje Krzysztof Kowal, szef Zarządu Infrastruktury Sportowej, odpowiedzialnego za umowy z właścicielami barek komercyjnych cumujących pod Wawelem i na wysokości Kazimierza. - Chcemy doprowadzić do obowiązku potrójnego zabezpieczania barek, by woda nie zerwała ich nawet, gdy osiągnie poziom 10 m - dodaje.
Zobacz: Deszcze i podtopienia w Małopolsce: relacja, zdjęcia
- 4 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień







więcej zdjęć

