Zabierali pamiątki z Auschwitz-Birkenau nieświadomie?
2010-09-10
, aktualizacja: 10.09.2010 08:07
Dyrekcja Muzeum Auschwitz-Birkenau uważa, że policja i prokuratura niesłusznie nie oskarżyły o przestępstwo Kanadyjczyków, którzy usiłowali zabrać elementy z bocznicy kolejowej byłego obozu. Główny zarzut: nie przesłuchano turystów - świadków zdarzenia.
ZOBACZ TAKŻE
- Muzeum Auschwitz-Birkenau trafi do Parlamentu Europejskiego (21-09-10, 16:48)
- Skazany za szantażowanie sfabrykowanymi zdjęciami (14-09-10, 10:10)
- Kradzież szpil w Auschwitz rozpatrzy sąd w Krakowie (19-08-10, 15:42)
- Kanadyjczycy uniewinnieni za kradzież w Auschwitz (14-08-10, 18:21)
- Chcieli ukraść tzw. szpilki. Na pamiątkę z Auschwitz (28-06-10, 15:11)
RAPORTY
Szpile mocujące szyny do podkładów to oryginalne elementy historycznej rampy w byłym niemieckim obozie Auschwitz II - Birkenau. Tam dokonywano selekcji osób przywożonych do zgładzenia. Takie właśnie szpile w czerwcu usiłowali zabrać dwaj trzydziestoparoletni nauczyciele z Kanady. Zostali zatrzymani niemal na gorącym uczynku przez ochronę muzeum i przekazani policji. Tam obu przesłuchano jako świadków i wypuszczono. Twierdzili, że szpile znaleźli. Trzy dni później policja uznała, że przestępstwa nie było, bo Kanadyjczycy nie byli świadomi, że przedmioty mają wartość muzealną i stanowią dobro o szczególnym znaczeniu dla kultury. Decyzję tę zatwierdziła oświęcimska prokuratura nadzorująca postępowanie, co wywołało burzę w mediach.
Jak wynika z ustaleń "Gazety", śledczy, zanim zdecydowali, że sprawy nie ma, nie przesłuchali postronnych świadków zajścia - turystów zwiedzających wówczas dawny obóz koncentracyjny. To oni zaalarmowali ochronę muzeum o podejrzanym zachowaniu mężczyzn wykręcających jakieś metalowe elementy. Wskazują na to notatki pracowników ochrony muzeum sporządzone z zajścia. Ich treść potwierdził potem jeden z ochroniarzy w trakcie postępowania. Przesłuchanie osób, które zawiadomiły strażników, mogło pomóc w dokładnym ustaleniu przebiegu zdarzenia, a tym samym weryfikacji zeznań Kanadyjczyków. Nie ma co do tego wątpliwości mecenas Jan Jastrzębski, który w imieniu muzeum zaskarżył do sądu korzystną dla sprawców decyzję śledczych. - Jeśli szpile były wyciągane z podkładów, to pokazuje to jednak nieco inne zabarwienie czynu niż gdyby ktoś je znalazł. Co nie zmienia faktu, że osoby te wiedziały, iż znajdują się na terenie muzeum. W takim zaś razie musiały też mieć świadomość, że niczego stamtąd nie wolno zabierać - uważa mecenas Jastrzębski.
Tymczasem zastępca prokuratura rejonowego w Oświęcimiu Mariusz Słomka przekonuje, że nie było możliwości przesłuchania turystów. - Kogo mieliśmy przesłuchać, skoro nie mieliśmy nazwisk tych ludzi, by ich wezwać. Ochrona muzeum, która jako pierwsza wykonywała czynności, nie zrobiła nic w tej kwestii, nawet nie spisała ich danych - tłumaczy.
Mecenas Jastrzębski: - Ochrona to nie policja. W tym momencie istotne było ustalenie, co zostało zabrane i kto to uczynił. I to zostało zrobione.
Zdaniem Jastrzębskiego prokuratura mogła pokusić się o poszukanie świadków, dając np. ogłoszenie w prasie. Tego też nie zrobiła. Dlaczego?
- Sprawa jest już w sądzie i nie widzę sensu gdybać, co moglibyśmy jeszcze zrobić. Sąd to oceni - ucina prokurator Słomka. Przyznaje natomiast, że Kanadyjczykom można było zrobić sprawę o wykroczenie. - Ale prokuratura wykroczeniami się nie zajmuje. Od tego są inne jednostki, np. dbający o ochronę muzeum mogli podjąć w tej sprawie odpowiednie kroki - uważa wiceszef oświęcimskiej prokuratury.
- To kazuistyka i odwracanie kota ogonem - komentuje Jarosław Mensfeld, rzecznik Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. - Sprawę potraktowano tak, jakby chodziło o kradzież śrub z PKP. Prokuratura nie zadała sobie trudu, by zrozumieć istotę zdarzenia, że te szpile mają wartość historyczną, bo są elementem obozu. W tym miejscu każdy przedmiot ma znaczenie z punku widzenia historii - podkreśla.
Sąd Okręgowy w Krakowie, do którego trafiło zażalenie władz muzeum, jeszcze nie wyznaczył terminu posiedzenia.
Jak wynika z ustaleń "Gazety", śledczy, zanim zdecydowali, że sprawy nie ma, nie przesłuchali postronnych świadków zajścia - turystów zwiedzających wówczas dawny obóz koncentracyjny. To oni zaalarmowali ochronę muzeum o podejrzanym zachowaniu mężczyzn wykręcających jakieś metalowe elementy. Wskazują na to notatki pracowników ochrony muzeum sporządzone z zajścia. Ich treść potwierdził potem jeden z ochroniarzy w trakcie postępowania. Przesłuchanie osób, które zawiadomiły strażników, mogło pomóc w dokładnym ustaleniu przebiegu zdarzenia, a tym samym weryfikacji zeznań Kanadyjczyków. Nie ma co do tego wątpliwości mecenas Jan Jastrzębski, który w imieniu muzeum zaskarżył do sądu korzystną dla sprawców decyzję śledczych. - Jeśli szpile były wyciągane z podkładów, to pokazuje to jednak nieco inne zabarwienie czynu niż gdyby ktoś je znalazł. Co nie zmienia faktu, że osoby te wiedziały, iż znajdują się na terenie muzeum. W takim zaś razie musiały też mieć świadomość, że niczego stamtąd nie wolno zabierać - uważa mecenas Jastrzębski.
Tymczasem zastępca prokuratura rejonowego w Oświęcimiu Mariusz Słomka przekonuje, że nie było możliwości przesłuchania turystów. - Kogo mieliśmy przesłuchać, skoro nie mieliśmy nazwisk tych ludzi, by ich wezwać. Ochrona muzeum, która jako pierwsza wykonywała czynności, nie zrobiła nic w tej kwestii, nawet nie spisała ich danych - tłumaczy.
Mecenas Jastrzębski: - Ochrona to nie policja. W tym momencie istotne było ustalenie, co zostało zabrane i kto to uczynił. I to zostało zrobione.
Zdaniem Jastrzębskiego prokuratura mogła pokusić się o poszukanie świadków, dając np. ogłoszenie w prasie. Tego też nie zrobiła. Dlaczego?
- Sprawa jest już w sądzie i nie widzę sensu gdybać, co moglibyśmy jeszcze zrobić. Sąd to oceni - ucina prokurator Słomka. Przyznaje natomiast, że Kanadyjczykom można było zrobić sprawę o wykroczenie. - Ale prokuratura wykroczeniami się nie zajmuje. Od tego są inne jednostki, np. dbający o ochronę muzeum mogli podjąć w tej sprawie odpowiednie kroki - uważa wiceszef oświęcimskiej prokuratury.
- To kazuistyka i odwracanie kota ogonem - komentuje Jarosław Mensfeld, rzecznik Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. - Sprawę potraktowano tak, jakby chodziło o kradzież śrub z PKP. Prokuratura nie zadała sobie trudu, by zrozumieć istotę zdarzenia, że te szpile mają wartość historyczną, bo są elementem obozu. W tym miejscu każdy przedmiot ma znaczenie z punku widzenia historii - podkreśla.
Sąd Okręgowy w Krakowie, do którego trafiło zażalenie władz muzeum, jeszcze nie wyznaczył terminu posiedzenia.
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




