Fabryka na Zabłociu - klub zapowiedzianej śmierci
2011-01-29
, aktualizacja: 28.01.2011 11:10
To, że takie miejsca żyją i umierają, jest dobre. Ważne, żeby coś zostawiły po sobie - mówią właściciele Fabryki na Zabłociu, gdzie za kilka lat mają powstać apartamentowce.
ZOBACZ TAKŻE
- Wystawy są po to, by poddawać je krytyce (04-02-11, 04:00)
- Pieniążek do szuflady za dobrą wróżbę (31-01-11, 22:00)
- Fundamenty dawnego Krakowa w podziemiach Rynku (31-01-11, 12:00)
- Kulturalne Odloty: Głosowanie na półmetku (22-01-11, 08:00)
- Kulturalne Odloty. Festiwal filmowy na piątkę (28-01-11, 21:00)
- Limboski: Swoje fado gram (26-01-11, 23:00)
- Muse na Coke. Naszym celem było dogonić Europę (26-01-11, 12:25)
- W Fabryce Schindlera chcemy opowiadać (24-01-11, 12:10)
- Kolekcja to czyjaś myśl, którą otrzymujemy w spadku (22-01-11, 12:00)
- Kulturalne Odloty. Kobieca twarz Krakowa (20-01-11, 13:28)
- W napięciu niczego się nie zrobi (18-01-11, 23:50)
- Kulturalne Odloty: Chcemy coś dawać ludziom (17-01-11, 20:15)
- Kulturalne Odloty. Dziewczyna w potarganych rajtuzach (17-01-11, 00:00)
- Kulturalne Odloty: Beethoven ze strażakami (15-01-11, 15:00)
Sobotni wieczór. Pod bramę dawnej fabryki kosmetyków Miraculum co chwila podjeżdżają taksówki. Ludzie zbierają się w grupki, krążą po terenie przemysłowego kompleksu. Za grubą betonową ścianą Marcin Świetlicki deklamuje wiersze, a pod sceną taki tłum, że spora część publiczności stoi w przejściu albo wdrapuje się na schody, żeby coś zobaczyć.
Tak wygląda kolejny imprezowy weekend w ogromnych przestrzeniach klubu Fabryka. Zaledwie po kilku miesiącach działalności lokal na Zabłociu stał się jednym z najmodniejszych adresów Krakowa. Postindustrialne pomieszczenia odświeżono, wstawiono drewniane krzesła, stoliki, zainstalowano bary. Poza tym niewiele się zmieniło, tylko w środku zamiast produkcyjnych maszyn - gwar rozmów, a zamiast pyłu fabrycznego - smugi papierosowego dymu.
Panie, robota czeka!
Stare hale przerobione na galerie, sale koncertowe czy knajpy to jeden z najnowszych trendów na mapie kulturalnego Krakowa. Rynek czy Kazimierz żyją i mają się dobrze, ale krakowianie coraz częściej wolą zapuszczać się w miejsca, w których życie imprezowe wygląda nieco inaczej.
Podziemne imprezy w hotelu Forum, alternatywne koncerty w nieczynnych przez lata fortach przy Kleparzu, pracownie artystyczne w dawnych zakładach Telpodu czy festiwalowe wydarzenia w hali ocynowni nowohuckiego kombinatu to już dzisiaj nie marzenie znudzonego piwnicznym klimatem krakowskiego imprezowicza, ale zjawisko, które wzorem Kopenhagi czy Berlina na stałe wpisało się w rozrywkowy pejzaż miasta.
I nie jest prawdą, że wszystkie powstają na gruzach zakładów przemysłowych. Spora część funkcjonuje we wciąż jeszcze czynnych miejscach pracy.
Ktoś opowiedział mi kiedyś taką historię: przed jednym z koncertów pod bramę nowohuckiego kombinatu podchodzi pan z torbą na ramieniu i w roboczej kurtce.
- Bilecik - mówi ochroniarz przy wejściu.
- Panie, ja tu pracuję! - odpowiada mężczyzna.
10 beczek gruzu
Fabryka na Zabłociu to kolejna wizytówka industrialnego Krakowa. Największa i jak na razie najbardziej kompleksowa. Odbywają się tutaj koncerty, warsztaty, pokazy filmowe i multimedialne projekty. W czterech budynkach, oprócz klubokawiarni i ogromnej sali koncertowej, mieści się komiksowe wydawnictwo Atropos, pracownie Marty Deskur, Kuby de Barbaro, Ewy Goral, Jurka Tchórzewskiego, siedziby fundacji, stowarzyszeń pozarządowych (m.in. kolektywu fotograficznego Babel Images, studia Photo-Graphic, fundacji Liternet, wydawnictwa Karakter), studio nagrań i sale prób zespołów - m.in. 10 000 szelek, Buble Pie i Bad Light District. W sumie setki metrów kwadratowych wynajętych i drugie tyle do wzięcia.
Czasami Fabryka spełnia zupełnie inną, noclegową funkcję, bo jak się chłopakom przeciągną próby, to niektórzy zostają tu na noc.
- Moglibyśmy zrobić z Fabryki jedną wielką dyskotekę i na tym zarobić, ale my nie potrafimy robić dyskotek. I mamy szacunek dla artysty - mówią twórcy klubu Jacek Żakowski i Olek Wityński, na co dzień właściciele innych znanych w Krakowie lokali: Alchemii oraz kawiarni Bunkra Sztuki.
Po zlikwidowaniu Miraculum kompleks na Zabłociu przez wiele miesięcy stał pusty. Żakowski miał tu magazyn i tak dowiedział się o jego istnieniu. Od samego początku wiedział też, że kiedyś powstaną tutaj apartamentowce, ale długo się z Wityńskim nie namyślali, bo jak twierdzą, artyści inspirują, ale najpierw trzeba się nimi zaopiekować.
No i się zaopiekowali.
- Byłem jedną z pierwszych osób, do których zadzwonił Jacek - wspomina Artur Wabik, szef wydawnictwa Atropos z siedzibą umieszczoną tuż za starą transformatorownią, obecnie przerobioną na galerię sztuki. Na początku lat 90. wszystko zostało tam zdemontowane, co się dało wywieźć na złom, zostało wywiezione, a reszta uległa zniszczeniom. Ale ceramiczne elementy i komory transformatorowe stoją do dziś. - Jak się wprowadzaliśmy, gruzu było po kolana. Wszystko trzeba było odmalować, posprzątać, odrestaurować. W sumie wynieśliśmy z przyjaciółmi stąd około 10 beczek gruzu.
Kultura PCV
Żakowski: - To nie jest tak, że my robimy biznes. Biznes to robi się na Zachodzie, gdzie zupełnie inaczej się myśli o kulturze. Tam społeczeństwo jest bogate i jak człowiek ma w domu sześć pralek, to w końcu zaczyna się zastanawiać, na co innego mógłby wydać te pieniądze. U nas artyści nie traktują swojego dzieła jak produkt i tu leży problem. Moim zdaniem za kulturę powinno się płacić tak samo, jak za trzymetrową rurkę PCV, a artysta to taki sam zawód, jak hydraulik. Z tą różnicą, że jak hydraulik każe sobie zapłacić za rurę 300 złotych, to u nas nikt się temu nie dziwi, a jak artysta chce pieniądze za rzeźbę, nad którą pracował miesiące, to wszyscy pukają się w głowę.
Fabryka imponuje rozmiarami, ale czasami i tak robi się ciasno. W siedzibie Atroposu co miesiąc organizowane są spotkania PechaKucha 20x20, na które zapraszani są wydawcy, wykładowcy, artyści, aktywiści, animatorzy kultury. Każdy pokazuje 20 slajdów i na każdy z nich ma 20 sekund prezentacji. Po bokach kolekcjonerskie książki, komiksy, drogie albumy, a w środku na 60 metrach kwadratowych grubo ponad setka ludzi. I podobno jeszcze nigdy nic nie zginęło.
Większość osób zainstalowanych na Zabłociu dowiadywało się o jej istnieniu z gazet albo od znajomych. Mają wewnętrzną grupę na Facebooku, gdzie nawzajem informują się o własnych inicjatywach, następnie je promują i często na ich bazie tworzą wspólne projekty. Na razie nikt nie myśli o tym, że za kilka lat to miejsce przestanie istnieć. - Postanowiliśmy stworzyć kolektyw, bo pieniądze nie załatwią wszystkiego - opowiadają fotoreporterzy z Babel Images. - Często zaglądamy do siebie nawzajem, rozmawiamy, wymieniamy się doświadczeniami. W każdą środę wieczorem zapraszamy ludzi na oglądanie zdjęć i dokumentów, organizujemy też warsztaty.
A gdyby tak dogadać się z inwestorem, żeby zamiast na apartamentowce, postawił w tym miejscu na centrum sztuki?
- Na razie wciąż niewiele wiadomo na temat planów wobec tego miejsca, dlatego trudno mówić o przyszłości Fabryki. Równie dobrze mogą to być trzy lata, jak i dwa miesiące. Ale to, że takie miejsca żyją i umierają, też jest dobre. Ważne, żeby coś zostawiły po sobie - mówi Żakowski.
- Próba przekonania jakiegokolwiek przedsiębiorcy do tego, że na kulturze da się zarobić, prawdopodobnie udałaby się wszędzie, tylko nie w Polsce. Każdy kto był w Fabryce, twierdzi, że czuje się tutaj jak w Berlinie - opowiada Wabik. - Mówią to nawet ci, którzy w Berlinie nigdy nie byli.
Tak wygląda kolejny imprezowy weekend w ogromnych przestrzeniach klubu Fabryka. Zaledwie po kilku miesiącach działalności lokal na Zabłociu stał się jednym z najmodniejszych adresów Krakowa. Postindustrialne pomieszczenia odświeżono, wstawiono drewniane krzesła, stoliki, zainstalowano bary. Poza tym niewiele się zmieniło, tylko w środku zamiast produkcyjnych maszyn - gwar rozmów, a zamiast pyłu fabrycznego - smugi papierosowego dymu.
Panie, robota czeka!
Stare hale przerobione na galerie, sale koncertowe czy knajpy to jeden z najnowszych trendów na mapie kulturalnego Krakowa. Rynek czy Kazimierz żyją i mają się dobrze, ale krakowianie coraz częściej wolą zapuszczać się w miejsca, w których życie imprezowe wygląda nieco inaczej.
Podziemne imprezy w hotelu Forum, alternatywne koncerty w nieczynnych przez lata fortach przy Kleparzu, pracownie artystyczne w dawnych zakładach Telpodu czy festiwalowe wydarzenia w hali ocynowni nowohuckiego kombinatu to już dzisiaj nie marzenie znudzonego piwnicznym klimatem krakowskiego imprezowicza, ale zjawisko, które wzorem Kopenhagi czy Berlina na stałe wpisało się w rozrywkowy pejzaż miasta.
I nie jest prawdą, że wszystkie powstają na gruzach zakładów przemysłowych. Spora część funkcjonuje we wciąż jeszcze czynnych miejscach pracy.
Ktoś opowiedział mi kiedyś taką historię: przed jednym z koncertów pod bramę nowohuckiego kombinatu podchodzi pan z torbą na ramieniu i w roboczej kurtce.
- Bilecik - mówi ochroniarz przy wejściu.
- Panie, ja tu pracuję! - odpowiada mężczyzna.
10 beczek gruzu
Fabryka na Zabłociu to kolejna wizytówka industrialnego Krakowa. Największa i jak na razie najbardziej kompleksowa. Odbywają się tutaj koncerty, warsztaty, pokazy filmowe i multimedialne projekty. W czterech budynkach, oprócz klubokawiarni i ogromnej sali koncertowej, mieści się komiksowe wydawnictwo Atropos, pracownie Marty Deskur, Kuby de Barbaro, Ewy Goral, Jurka Tchórzewskiego, siedziby fundacji, stowarzyszeń pozarządowych (m.in. kolektywu fotograficznego Babel Images, studia Photo-Graphic, fundacji Liternet, wydawnictwa Karakter), studio nagrań i sale prób zespołów - m.in. 10 000 szelek, Buble Pie i Bad Light District. W sumie setki metrów kwadratowych wynajętych i drugie tyle do wzięcia.
Czasami Fabryka spełnia zupełnie inną, noclegową funkcję, bo jak się chłopakom przeciągną próby, to niektórzy zostają tu na noc.
- Moglibyśmy zrobić z Fabryki jedną wielką dyskotekę i na tym zarobić, ale my nie potrafimy robić dyskotek. I mamy szacunek dla artysty - mówią twórcy klubu Jacek Żakowski i Olek Wityński, na co dzień właściciele innych znanych w Krakowie lokali: Alchemii oraz kawiarni Bunkra Sztuki.
Po zlikwidowaniu Miraculum kompleks na Zabłociu przez wiele miesięcy stał pusty. Żakowski miał tu magazyn i tak dowiedział się o jego istnieniu. Od samego początku wiedział też, że kiedyś powstaną tutaj apartamentowce, ale długo się z Wityńskim nie namyślali, bo jak twierdzą, artyści inspirują, ale najpierw trzeba się nimi zaopiekować.
No i się zaopiekowali.
- Byłem jedną z pierwszych osób, do których zadzwonił Jacek - wspomina Artur Wabik, szef wydawnictwa Atropos z siedzibą umieszczoną tuż za starą transformatorownią, obecnie przerobioną na galerię sztuki. Na początku lat 90. wszystko zostało tam zdemontowane, co się dało wywieźć na złom, zostało wywiezione, a reszta uległa zniszczeniom. Ale ceramiczne elementy i komory transformatorowe stoją do dziś. - Jak się wprowadzaliśmy, gruzu było po kolana. Wszystko trzeba było odmalować, posprzątać, odrestaurować. W sumie wynieśliśmy z przyjaciółmi stąd około 10 beczek gruzu.
Kultura PCV
Żakowski: - To nie jest tak, że my robimy biznes. Biznes to robi się na Zachodzie, gdzie zupełnie inaczej się myśli o kulturze. Tam społeczeństwo jest bogate i jak człowiek ma w domu sześć pralek, to w końcu zaczyna się zastanawiać, na co innego mógłby wydać te pieniądze. U nas artyści nie traktują swojego dzieła jak produkt i tu leży problem. Moim zdaniem za kulturę powinno się płacić tak samo, jak za trzymetrową rurkę PCV, a artysta to taki sam zawód, jak hydraulik. Z tą różnicą, że jak hydraulik każe sobie zapłacić za rurę 300 złotych, to u nas nikt się temu nie dziwi, a jak artysta chce pieniądze za rzeźbę, nad którą pracował miesiące, to wszyscy pukają się w głowę.
Fabryka imponuje rozmiarami, ale czasami i tak robi się ciasno. W siedzibie Atroposu co miesiąc organizowane są spotkania PechaKucha 20x20, na które zapraszani są wydawcy, wykładowcy, artyści, aktywiści, animatorzy kultury. Każdy pokazuje 20 slajdów i na każdy z nich ma 20 sekund prezentacji. Po bokach kolekcjonerskie książki, komiksy, drogie albumy, a w środku na 60 metrach kwadratowych grubo ponad setka ludzi. I podobno jeszcze nigdy nic nie zginęło.
Większość osób zainstalowanych na Zabłociu dowiadywało się o jej istnieniu z gazet albo od znajomych. Mają wewnętrzną grupę na Facebooku, gdzie nawzajem informują się o własnych inicjatywach, następnie je promują i często na ich bazie tworzą wspólne projekty. Na razie nikt nie myśli o tym, że za kilka lat to miejsce przestanie istnieć. - Postanowiliśmy stworzyć kolektyw, bo pieniądze nie załatwią wszystkiego - opowiadają fotoreporterzy z Babel Images. - Często zaglądamy do siebie nawzajem, rozmawiamy, wymieniamy się doświadczeniami. W każdą środę wieczorem zapraszamy ludzi na oglądanie zdjęć i dokumentów, organizujemy też warsztaty.
A gdyby tak dogadać się z inwestorem, żeby zamiast na apartamentowce, postawił w tym miejscu na centrum sztuki?
- Na razie wciąż niewiele wiadomo na temat planów wobec tego miejsca, dlatego trudno mówić o przyszłości Fabryki. Równie dobrze mogą to być trzy lata, jak i dwa miesiące. Ale to, że takie miejsca żyją i umierają, też jest dobre. Ważne, żeby coś zostawiły po sobie - mówi Żakowski.
- Próba przekonania jakiegokolwiek przedsiębiorcy do tego, że na kulturze da się zarobić, prawdopodobnie udałaby się wszędzie, tylko nie w Polsce. Każdy kto był w Fabryce, twierdzi, że czuje się tutaj jak w Berlinie - opowiada Wabik. - Mówią to nawet ci, którzy w Berlinie nigdy nie byli.
- 17 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
21 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
Reklama

Lata 60. w Nowej Hucie - urbanistyka, architektura i wnętrza
Do 1 lipca 2012 w nowohuckim oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na os. Słonecznym 16 oglądać można wystawę Nowa przestrzeń. Modernizm w Nowej Hucie.







więcej zdjęć