Nauczyciele muszą stawiać uczniom granice
23.02.2012
, aktualizacja: 23.02.2012 10:09
Uczeń nie chciał podejść do tablicy. Prosiłem kilka razy. Siedział w ławce, śmiał się i rzucał głupie komentarze. Puściły mi nerwy. Wrzasnąłem: "Do nogi!". Jak do psa. Potem przeprosiłem. Chłopak też przeprosił. Ale nauczyciel wobec chamstwa uczniów w szkole jest bezradny. I samotny
ZOBACZ TAKŻE
- Pokedemony! Manga i anime nie w naszej szkole (25-02-12, 06:00)
- Nauczyciele też są ofiarami szkolnej przemocy (22-02-12, 13:26)
- Szkoły a przemoc domowa wobec dzieci (18-02-12, 10:00)
- Nie lubimy się wtrącać w sprawy domowe (18-02-12, 10:00)
SERWISY
Olga Szpunar: Wczoraj napisaliśmy o rosnącej agresji uczniów wobec nauczycieli. Czuje pan to?
Marcin Zaród*: Pracuję ponad 15 lat w szkole. Mam nadzieję, że wśród uczniów cieszę się jako takim autorytetem. Staram się na niego pracować. Żeby ich zrozumieć, wchodzę w ich świat. Zakładam swoim klasom profile na Facebooku, jeździmy na rajdy rowerowe, narty...
Na pana "karciane godziny", na których uczył pan jednocześnie angielskiego i rock'n'rolla, przychodziły tłumy, podczas gdy inni nauczyciele siedzieli w pustych klasach. Czyli chce pan powiedzieć, że problem pana nie dotyczy, bo dotyczy tylko tych, co się nie nadają do zawodu. To oni skazani są na chamskie odzywki i pozwalają sobie wsadzać uczniom na głowę kubły na śmieci.
- O nie! Dotyczy mnie tak, jak dotyczy każdego nauczyciela. Pamiętam swoje początki. Byłem na drugim roku studiów i pracowałem na pół etatu w podstawówce. Uczyłem VII i VIII klasy, czyli dzisiejsze gimnazjum. Bałem się przed każdą lekcją. To była próba sił pomiędzy bardzo młodym nauczycielem, a 35-osobową klasą, która sprawdza, na co sobie może pozwolić. I sprawdziła. Wywołany do tablicy chłopak zaczął szarpać mnie za rękaw. I ja też go szarpnąłem.
To była sekunda, po której klasa przestała podskakiwać. Według podręczników pedagogiki nie powinienem ucznia dotykać. Powinienem z nim porozmawiać. Porozmawiałem, ale później. Taki już jestem, że reaguję spontanicznie, a potem łatam błędy.
Dobrze się pan po tym czuł?
- Najważniejsze, że z mojej strony była jakaś reakcja. Wiedza, że ucznia nie można dotknąć i obrazić wielu nauczycieli tak paraliżuje, że chamskie odzywki w stosunku do siebie puszczają mimo uszu. Nie stawiają im czoła, lecz uciekają. Nic gorszego, bo one się wtedy nasilają. Klasa się zastanawia, jak jeszcze daleko może się posunąć. A gdy nie stawia się jej granic, patrzy pogardliwie na uczącego, jak na worek ziemniaków, w który można kopać.
Uczniowie zawsze będą próbowali przekraczać granice, choćby z nudów. Teraz to się nasiliło, bo szkoła nie nadąża za prawdziwym życiem. Jest skostniałym tworem tkwiącym w niezmienionej formie od lat. Uczniowie mają poczucie, że w szkole tracą czas. Są więc sfrustrowani. Po przekroczeniu jej progu życie dla nich zwalnia. Zamiast nowoczesnych nośników informacji, z którymi się prawie nie rozstają, tu jest kreda i tablica. Słyszałem wypowiedź chłopaka, który mówił, że w szkole czuje się jak na pokładzie samolotu gdzie na czas lotu trzeba wyłączyć całą elektronikę. Młodzi nie mogą tego ścierpieć i z niecierpliwością czekają na lądowanie.
Z powodu wyłączonej komórki mówią do katechetki "chodź, zerżnę cię"?
- Również z powodu tego, jak ich wychowano w domu. Obserwuję rodziców na zebraniach i widzę, że klasa jest dokładnie taka, jacy są rodzice. Jeśli w domu nie ma chamstwa, dziecko nie będzie chamskie w szkole.
Bywa, że rodzice sami podważają autorytet nauczycieli. Mówią dziecku, by się nie przejmowało złą oceną, na przykład z religii, bo to przedmiot nie tak ważny. Mając taki sygnał ze strony domu, łatwiej obrazić katechetkę. Nauczyciele też nie są bez winy. Niektórzy sami zachowują się chamsko wobec uczniów. A agresja budzi agresję.
A pan?
- Miałem kilka takich sytuacji, że zareagowałem bardzo emocjonalnie. Uczeń nie chciał podejść do tablicy. Prosiłem kilka razy. Siedział w ławce, śmiał się i rzucał głupie komentarze. Puściły mi nerwy. Wrzasnąłem: " Do nogi!". Jak do psa. Potem przeprosiłem. Chłopak też przeprosił. Innym razem wchodzę do klasy i widzę na swoim biurku rozwaloną torbę. Podnoszę ją do góry, a klasa chichocze. Nikt nie mówi, czyja to. Kładę ją na parapet przy oknie. Dalej to samo. Wystawiam za okno. Po chwili do sali wchodzi spóźniona uczennica, zauważa torbę za moim oknem. Otwiera je i mówi do mnie "masz głupkowate pomysły". Jak do kolegi. Powiedziałem, że nie życzę sobie takich odzywek. Nazwałem ją smarkulą i w pierwszym odruchu zaraz chciałem przepytać. Poleciała na skargę do dyrektora.
I tu zaczyna się cały problem. Nauczyciel wobec chamstwa w szkole jest bezradny. Jego ostra reakcja jest nie w smak dyrektorowi, bo może spowodować interwencję rodziców, nie daj Boże skargę do kuratorium. W sprawie uczennicy usłyszałem "proszę tego nie ciągnąć". Tyle że odpuszczając, skazujemy się na podobne zachowania uczniów. Dlatego trzeba reagować. Nawet jeśli reakcja jest zbyt ostra, można potem przeprosić. Pokazać, że jest się człowiekiem, który ulega emocjom, robi błędy, ale człowiekiem, który nie pozwoli się obrażać. Tak jak ta katechetka, która na uczniowskie "zerżnę cię" odpaliła "pokaż, czy masz czym". Może przegięła, ale postawiła granice, których uczniowie już nie przekroczą. Szkoda, że nie wszyscy nauczyciele potrafią je stawiać. Studia pedagogiczne tego nie uczą. To porażka. One przygotowują młodych nauczycieli do radzenia sobie w szkole, jaka była 20 lat temu. Nie uczą relacji społecznych i tego, jak się w nich odnajdować. Wielka szkoda.
* Marcin Zaród - anglista z V LO w Tarnowie, tłumacz przysięgły, były tancerz, zaangażowany w unijny projekt "Polska cyfrowa równych szans", który ma na celu nauczenia internetu starszych ludzi.
Marcin Zaród*: Pracuję ponad 15 lat w szkole. Mam nadzieję, że wśród uczniów cieszę się jako takim autorytetem. Staram się na niego pracować. Żeby ich zrozumieć, wchodzę w ich świat. Zakładam swoim klasom profile na Facebooku, jeździmy na rajdy rowerowe, narty...
Na pana "karciane godziny", na których uczył pan jednocześnie angielskiego i rock'n'rolla, przychodziły tłumy, podczas gdy inni nauczyciele siedzieli w pustych klasach. Czyli chce pan powiedzieć, że problem pana nie dotyczy, bo dotyczy tylko tych, co się nie nadają do zawodu. To oni skazani są na chamskie odzywki i pozwalają sobie wsadzać uczniom na głowę kubły na śmieci.
- O nie! Dotyczy mnie tak, jak dotyczy każdego nauczyciela. Pamiętam swoje początki. Byłem na drugim roku studiów i pracowałem na pół etatu w podstawówce. Uczyłem VII i VIII klasy, czyli dzisiejsze gimnazjum. Bałem się przed każdą lekcją. To była próba sił pomiędzy bardzo młodym nauczycielem, a 35-osobową klasą, która sprawdza, na co sobie może pozwolić. I sprawdziła. Wywołany do tablicy chłopak zaczął szarpać mnie za rękaw. I ja też go szarpnąłem.
To była sekunda, po której klasa przestała podskakiwać. Według podręczników pedagogiki nie powinienem ucznia dotykać. Powinienem z nim porozmawiać. Porozmawiałem, ale później. Taki już jestem, że reaguję spontanicznie, a potem łatam błędy.
Dobrze się pan po tym czuł?
- Najważniejsze, że z mojej strony była jakaś reakcja. Wiedza, że ucznia nie można dotknąć i obrazić wielu nauczycieli tak paraliżuje, że chamskie odzywki w stosunku do siebie puszczają mimo uszu. Nie stawiają im czoła, lecz uciekają. Nic gorszego, bo one się wtedy nasilają. Klasa się zastanawia, jak jeszcze daleko może się posunąć. A gdy nie stawia się jej granic, patrzy pogardliwie na uczącego, jak na worek ziemniaków, w który można kopać.
Uczniowie zawsze będą próbowali przekraczać granice, choćby z nudów. Teraz to się nasiliło, bo szkoła nie nadąża za prawdziwym życiem. Jest skostniałym tworem tkwiącym w niezmienionej formie od lat. Uczniowie mają poczucie, że w szkole tracą czas. Są więc sfrustrowani. Po przekroczeniu jej progu życie dla nich zwalnia. Zamiast nowoczesnych nośników informacji, z którymi się prawie nie rozstają, tu jest kreda i tablica. Słyszałem wypowiedź chłopaka, który mówił, że w szkole czuje się jak na pokładzie samolotu gdzie na czas lotu trzeba wyłączyć całą elektronikę. Młodzi nie mogą tego ścierpieć i z niecierpliwością czekają na lądowanie.
Z powodu wyłączonej komórki mówią do katechetki "chodź, zerżnę cię"?
- Również z powodu tego, jak ich wychowano w domu. Obserwuję rodziców na zebraniach i widzę, że klasa jest dokładnie taka, jacy są rodzice. Jeśli w domu nie ma chamstwa, dziecko nie będzie chamskie w szkole.
Bywa, że rodzice sami podważają autorytet nauczycieli. Mówią dziecku, by się nie przejmowało złą oceną, na przykład z religii, bo to przedmiot nie tak ważny. Mając taki sygnał ze strony domu, łatwiej obrazić katechetkę. Nauczyciele też nie są bez winy. Niektórzy sami zachowują się chamsko wobec uczniów. A agresja budzi agresję.
A pan?
- Miałem kilka takich sytuacji, że zareagowałem bardzo emocjonalnie. Uczeń nie chciał podejść do tablicy. Prosiłem kilka razy. Siedział w ławce, śmiał się i rzucał głupie komentarze. Puściły mi nerwy. Wrzasnąłem: " Do nogi!". Jak do psa. Potem przeprosiłem. Chłopak też przeprosił. Innym razem wchodzę do klasy i widzę na swoim biurku rozwaloną torbę. Podnoszę ją do góry, a klasa chichocze. Nikt nie mówi, czyja to. Kładę ją na parapet przy oknie. Dalej to samo. Wystawiam za okno. Po chwili do sali wchodzi spóźniona uczennica, zauważa torbę za moim oknem. Otwiera je i mówi do mnie "masz głupkowate pomysły". Jak do kolegi. Powiedziałem, że nie życzę sobie takich odzywek. Nazwałem ją smarkulą i w pierwszym odruchu zaraz chciałem przepytać. Poleciała na skargę do dyrektora.
I tu zaczyna się cały problem. Nauczyciel wobec chamstwa w szkole jest bezradny. Jego ostra reakcja jest nie w smak dyrektorowi, bo może spowodować interwencję rodziców, nie daj Boże skargę do kuratorium. W sprawie uczennicy usłyszałem "proszę tego nie ciągnąć". Tyle że odpuszczając, skazujemy się na podobne zachowania uczniów. Dlatego trzeba reagować. Nawet jeśli reakcja jest zbyt ostra, można potem przeprosić. Pokazać, że jest się człowiekiem, który ulega emocjom, robi błędy, ale człowiekiem, który nie pozwoli się obrażać. Tak jak ta katechetka, która na uczniowskie "zerżnę cię" odpaliła "pokaż, czy masz czym". Może przegięła, ale postawiła granice, których uczniowie już nie przekroczą. Szkoda, że nie wszyscy nauczyciele potrafią je stawiać. Studia pedagogiczne tego nie uczą. To porażka. One przygotowują młodych nauczycieli do radzenia sobie w szkole, jaka była 20 lat temu. Nie uczą relacji społecznych i tego, jak się w nich odnajdować. Wielka szkoda.
* Marcin Zaród - anglista z V LO w Tarnowie, tłumacz przysięgły, były tancerz, zaangażowany w unijny projekt "Polska cyfrowa równych szans", który ma na celu nauczenia internetu starszych ludzi.
- 8 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
-
Nauczyciele muszą stawiać uczniom granice
wezyronly
23.02.12, 11:53
A ja sięcieszę, że jużnie pracuję w szkole. Więcej tutaj: gazetapraca.pl/gazetapraca/1,90439,8204621,Gilotyna_na_nauczycieli.htmlI to nie uczniowie są problemem - tylko skandaliczne »
-
trzeba chcieć
turpin
23.02.12, 13:48
W Anglii ten problem nie został całkowicie rozwiązany, ale wyjąwszy parę osobliwych miejsc, chyba sprawy nie stoją aż tak źle, jak w Polsce. Agresją uczeń automatycznie uruchamia procedury »
Najczęściej czytane24 htydzień
Reklama

Lata 60. w Nowej Hucie - urbanistyka, architektura i wnętrza
Do 1 lipca 2012 w nowohuckim oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na os. Słonecznym 16 oglądać można wystawę Nowa przestrzeń. Modernizm w Nowej Hucie.



