Pani hrabino, zrób mi szkołę
2009-05-15
, aktualizacja: 15.05.2009 14:21
W 1989 roku gospodyni domowa Anna Jeziorna łamie monopol państwa na kształcenie obywateli. W sądzie wygrywa prawo do założenia pierwszej po II wojnie szkoły niepublicznej. Trzy lata później posyła córkę do... państwowej podstawówki
ZOBACZ TAKŻE
- Kup sobie dyrektorskie mowy za 47,58 zł (26-05-09, 07:00)
- Nauczyciel pląsa, by sprostać reformie (19-05-09, 06:00)
SERWISY
Pierwsze zimowe listki herbaty wysypują się z lnianej torebki na kawiarniany stolik. Kelnerka rzuca się na pomoc.
- Nic się nie stało. Nie boję się bakterii - uspokaja ją Anna Jeziorna, zsuwając listki ze stołu ręką na talerzyk. Stamtąd wsypuje je do filiżanki i zalewa wrzątkiem.
Fotografowi mówi, że ma u niej czekoladę na gorąco, jeśli spodoba się jej zdjęcie.
A można prosić o uśmiech? - Nie. Nie chcę uśmiechać się do obiektywu - mówi krótko.
Czechówka - raj obiecany
Jest 10 września 2008 roku. Telewizje całego świata pokazują uruchomienie pod Genewą Zderzacza Hadronów. Jeziorna bierze telefon i dzwoni do kilkunastu szkół. Chce się dowiedzieć, czy przerwały lekcje, by pokazać uczniom, jak rusza jeden z największych eksperymentów naukowych świata. Ma nadzieję, że znajdzie przynajmniej kilka, które tak zrobiły. Pamięta, jak za komuny rodzice zrywali w środku nocy dzieci z łóżek, by zobaczyły transmisję z pierwszego lądowania człowieka na Księżycu.
Ale 10 września 2008 roku dzieci skaczą przez kozły w salach gimnastycznych, siedzą w ławkach na biologii, polskim, fizyce. Historyczna chwila przechodzi niezauważona przez nie i przez ich nauczycieli.
- Mija 20 lat od czasu, gdy w Polsce runął komunizm, a w myśleniu o edukacji niewiele się zmieniło. Szkoły, czy to państwowe, czy społeczne, rzadko reagują na to, co dzieje się na świecie. Dla nich najbardziej liczą się wyniki egzaminów i miejsce w rankingach. Dlatego zamykają uczniów w klasach i uczą ich rozwiązywać idiotyczne testy. Każą im myśleć o budowaniu osobistej kariery już od szkoły podstawowej! Protestuję przeciw wychowywaniu dzieci do takiej rywalizacji. Protestuję przeciw ocenianiu ich na podstawie, czy zakreśliły kółkiem właściwą odpowiedź na pytanie. Taki sposób uczenia obraża moją inteligencję - mówi prowokacyjnie kobieta, która 20 lat temu rozpoczęła walkę o dobrą polską szkołę. Uważa, że nie udało jej się wygrać. Ale wciąż ma nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone.
Marzenie Jeziornej urodziło się razem z jej najstarszą córką Madzią - w 1985 roku. Siedziała w domu, zmieniała pieluchy i gotowała obiady. Często zaglądała do niej przyjaciółka, nauczycielka matematyki. W małej kuchni nad kubkiem herbaty prowadziły długie rozmowy o przyszłej szkole dla swoich dzieci.
Obydwie wiedziały, że to nie może być szkoła państwowa. - Chodziło przede wszystkim o aspekt ideologiczny. Nie chciałam posyłać mojego dziecka w miejsce, gdzie obowiązywała socjalistyczna doktryna - tłumaczy Jeziorna. - Było po stanie wojennym, a ja nosiłam w sobie to inteligenckie, "solidarnościowe" poczucie odpowiedzialności. Siłą rzeczy szkoła była ważnym miejscem indoktrynacji, a rodzice, czy się im to podobało, czy nie, godzili się z tym. Ja czułam, że nie muszę. Wiedziałam, że bez względu na to, w jakim kraju żyję, nikt mnie nie zwolnił z odpowiedzialności za wychowanie i edukację córek.
W Czechówce położonej nad zalewem w Dobczycach znalazła gospodarstwo na sprzedaż. Stary dom, duży sad. To tu, w zniewolonej Polsce, miała być jej enklawa wolności. Planowała przenieść się do Czechówki z kilkoma zaprzyjaźnionymi rodzinami i tam prowadzić szkołę.
Najpierw Czechówka była bajecznie tania. Jeziorna nie pamięta, ile miała kosztować, pamięta za to, że było ją stać na kupno gospodarstwa. Tuż przed zawarciem transakcji gospodarz podniósł cenę sześciokrotnie. - No i Czechówka stała się bajecznie droga. Za droga dla mnie - wspomina Jeziorna.
Zamiast zrywać jesienią jabłka w wymarzonym sadzie, siedziała w swoim mieszkanku i czytała książki o alternatywnych sposobach uczenia dzieci na świecie. W tle grała radiowa "Trójka". To właśnie tam usłyszała audycję o rodzicach z Ursynowa, którzy postanowili założyć szkołę dla swoich dzieci. Na antenie podali swoje numery telefonów.
Jeziorna wsiadła w pociąg i pojechała do Warszawy. Tam spotkała Andrzeja Witwickiego, jednego z największych orędowników idei szkół społecznych. - Spytał, czy zgodzę się wystąpić w telewizji. A to były czasy, gdy przyzwoici ludzie w telewizji się nie pokazywali. Ale ci przyzwoici ludzie potrzebowali jednocześnie kogoś, kto wsadzi nogę w zatrzaskiwane przed nimi drzwi. Nadawałam się, by być taką osobą - wspomina Jeziorna.
W "Jedynce" TVP w programie "Jutro poniedziałek" opowiada o pomyśle szkoły robionej przez rodziców dla swoich dzieci. Potem prasa grzmiała, że gospodyni domowa bez wykształcenia chce zakładać szkołę! Jeziorna wcześniej studiowała polonistykę i psychologię, ale żadnego z tych kierunków nie skończyła.
Dolary w Borsuczku
Jeziorna wraca z Warszawy. Na kartkach wyrwanych z bloku rysunkowego pisze flamastrem: „Drodzy rodzice, jeśli jesteście zainteresowani założeniem społecznej szkoły dla swoich dzieci, zapraszam na spotkanie w osiedlowym klubie »Borsuczek «”. Wywiesza je w klatkach schodowych na os. Cegielniana w Krakowie.
Spodziewała się kilkunastu osób, przyszło 500! Pozapisywali dzieci do podstawówki, która jeszcze nie istniała!
Jedna z rodzin daje Jeziornej 100 dolarów "na początek". W tamtych czasach to równowartość jednej trzeciej mieszkania. Akcję popiera "Tygodnik Powszechny". Piotr Legutko pisze w nim, że czas złamać monopol państwa w oświacie. - To nas uwiarygodnia i nobilituje - wspomina Jeziorna. Ideą żyje też cała opozycyjna inteligencka Warszawa.
W ówczesnym Ministerstwie Edukacji gospodyni domowa składa wniosek o założenie szkoły. Ma pomieszczenia (sale w Borsuczku), nauczycieli i kosztorys całego przedsięwzięcia. Nie otrzymuje zgody. Ministerstwo uważa, że niepubliczna oświata jest niezgodna z konstytucją, ponieważ wszyscy obywatele mają prawo do bezpłatnej edukacji.
- Nic się nie stało. Nie boję się bakterii - uspokaja ją Anna Jeziorna, zsuwając listki ze stołu ręką na talerzyk. Stamtąd wsypuje je do filiżanki i zalewa wrzątkiem.
Fotografowi mówi, że ma u niej czekoladę na gorąco, jeśli spodoba się jej zdjęcie.
A można prosić o uśmiech? - Nie. Nie chcę uśmiechać się do obiektywu - mówi krótko.
Czechówka - raj obiecany
Jest 10 września 2008 roku. Telewizje całego świata pokazują uruchomienie pod Genewą Zderzacza Hadronów. Jeziorna bierze telefon i dzwoni do kilkunastu szkół. Chce się dowiedzieć, czy przerwały lekcje, by pokazać uczniom, jak rusza jeden z największych eksperymentów naukowych świata. Ma nadzieję, że znajdzie przynajmniej kilka, które tak zrobiły. Pamięta, jak za komuny rodzice zrywali w środku nocy dzieci z łóżek, by zobaczyły transmisję z pierwszego lądowania człowieka na Księżycu.
Ale 10 września 2008 roku dzieci skaczą przez kozły w salach gimnastycznych, siedzą w ławkach na biologii, polskim, fizyce. Historyczna chwila przechodzi niezauważona przez nie i przez ich nauczycieli.
- Mija 20 lat od czasu, gdy w Polsce runął komunizm, a w myśleniu o edukacji niewiele się zmieniło. Szkoły, czy to państwowe, czy społeczne, rzadko reagują na to, co dzieje się na świecie. Dla nich najbardziej liczą się wyniki egzaminów i miejsce w rankingach. Dlatego zamykają uczniów w klasach i uczą ich rozwiązywać idiotyczne testy. Każą im myśleć o budowaniu osobistej kariery już od szkoły podstawowej! Protestuję przeciw wychowywaniu dzieci do takiej rywalizacji. Protestuję przeciw ocenianiu ich na podstawie, czy zakreśliły kółkiem właściwą odpowiedź na pytanie. Taki sposób uczenia obraża moją inteligencję - mówi prowokacyjnie kobieta, która 20 lat temu rozpoczęła walkę o dobrą polską szkołę. Uważa, że nie udało jej się wygrać. Ale wciąż ma nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone.
Marzenie Jeziornej urodziło się razem z jej najstarszą córką Madzią - w 1985 roku. Siedziała w domu, zmieniała pieluchy i gotowała obiady. Często zaglądała do niej przyjaciółka, nauczycielka matematyki. W małej kuchni nad kubkiem herbaty prowadziły długie rozmowy o przyszłej szkole dla swoich dzieci.
Obydwie wiedziały, że to nie może być szkoła państwowa. - Chodziło przede wszystkim o aspekt ideologiczny. Nie chciałam posyłać mojego dziecka w miejsce, gdzie obowiązywała socjalistyczna doktryna - tłumaczy Jeziorna. - Było po stanie wojennym, a ja nosiłam w sobie to inteligenckie, "solidarnościowe" poczucie odpowiedzialności. Siłą rzeczy szkoła była ważnym miejscem indoktrynacji, a rodzice, czy się im to podobało, czy nie, godzili się z tym. Ja czułam, że nie muszę. Wiedziałam, że bez względu na to, w jakim kraju żyję, nikt mnie nie zwolnił z odpowiedzialności za wychowanie i edukację córek.
W Czechówce położonej nad zalewem w Dobczycach znalazła gospodarstwo na sprzedaż. Stary dom, duży sad. To tu, w zniewolonej Polsce, miała być jej enklawa wolności. Planowała przenieść się do Czechówki z kilkoma zaprzyjaźnionymi rodzinami i tam prowadzić szkołę.
Najpierw Czechówka była bajecznie tania. Jeziorna nie pamięta, ile miała kosztować, pamięta za to, że było ją stać na kupno gospodarstwa. Tuż przed zawarciem transakcji gospodarz podniósł cenę sześciokrotnie. - No i Czechówka stała się bajecznie droga. Za droga dla mnie - wspomina Jeziorna.
Zamiast zrywać jesienią jabłka w wymarzonym sadzie, siedziała w swoim mieszkanku i czytała książki o alternatywnych sposobach uczenia dzieci na świecie. W tle grała radiowa "Trójka". To właśnie tam usłyszała audycję o rodzicach z Ursynowa, którzy postanowili założyć szkołę dla swoich dzieci. Na antenie podali swoje numery telefonów.
Jeziorna wsiadła w pociąg i pojechała do Warszawy. Tam spotkała Andrzeja Witwickiego, jednego z największych orędowników idei szkół społecznych. - Spytał, czy zgodzę się wystąpić w telewizji. A to były czasy, gdy przyzwoici ludzie w telewizji się nie pokazywali. Ale ci przyzwoici ludzie potrzebowali jednocześnie kogoś, kto wsadzi nogę w zatrzaskiwane przed nimi drzwi. Nadawałam się, by być taką osobą - wspomina Jeziorna.
W "Jedynce" TVP w programie "Jutro poniedziałek" opowiada o pomyśle szkoły robionej przez rodziców dla swoich dzieci. Potem prasa grzmiała, że gospodyni domowa bez wykształcenia chce zakładać szkołę! Jeziorna wcześniej studiowała polonistykę i psychologię, ale żadnego z tych kierunków nie skończyła.
Dolary w Borsuczku
Jeziorna wraca z Warszawy. Na kartkach wyrwanych z bloku rysunkowego pisze flamastrem: „Drodzy rodzice, jeśli jesteście zainteresowani założeniem społecznej szkoły dla swoich dzieci, zapraszam na spotkanie w osiedlowym klubie »Borsuczek «”. Wywiesza je w klatkach schodowych na os. Cegielniana w Krakowie.
Spodziewała się kilkunastu osób, przyszło 500! Pozapisywali dzieci do podstawówki, która jeszcze nie istniała!
Jedna z rodzin daje Jeziornej 100 dolarów "na początek". W tamtych czasach to równowartość jednej trzeciej mieszkania. Akcję popiera "Tygodnik Powszechny". Piotr Legutko pisze w nim, że czas złamać monopol państwa w oświacie. - To nas uwiarygodnia i nobilituje - wspomina Jeziorna. Ideą żyje też cała opozycyjna inteligencka Warszawa.
W ówczesnym Ministerstwie Edukacji gospodyni domowa składa wniosek o założenie szkoły. Ma pomieszczenia (sale w Borsuczku), nauczycieli i kosztorys całego przedsięwzięcia. Nie otrzymuje zgody. Ministerstwo uważa, że niepubliczna oświata jest niezgodna z konstytucją, ponieważ wszyscy obywatele mają prawo do bezpłatnej edukacji.
Z tą peerelowską jeszcze konstytucją w ręce Jeziorna idzie do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Powołuje się na Międzynarodową Konwencję Praw Dziecka i Międzynarodowy Pakt Praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych, ratyfikowany przez Polskę w marcu 1977 roku. W dokumencie czytamy: "Państwa strony niniejszego Paktu zobowiązują się do poszanowania wolności rodziców (...) wyboru dla swoich dzieci szkół innych niż założone przez władze publiczne, ale odpowiadające minimalnym wymogom w zakresie nauczania".
Wygrywa: zakłada - nie licząc zakonnych - pierwszą po II wojnie światowej niepubliczną szkołę podstawową w Polsce.
Kilka miesięcy przed zwycięstwem Jeziornej rodzice z Ursynowa, walczący o społeczną edukację dla swoich dzieci, próbują zarejestrować Społeczne Towarzystwo Oświatowe. Nic z tego. Nie pomaga nawet to, że pod wnioskiem, z obawy przed odmową, nie podpisują się opozycjoniści - najwięksi entuzjaści pomysłu. Państwo tak bardzo broni monopolu na prowadzenie szkół w kraju.
STO zostaje zarejestrowane dwa miesiące po założeniu przez Jeziorną szkoły. Natychmiast zapisuje swoją podstawówkę do Stowarzyszenia (dziś wokół STO skupionych jest 160 szkół). Sama zostaje jego wiceprezesem. Przez dwa lata jeździła po Polsce i pomagała ludziom zakładać społeczne szkoły. W domu telefon się urywał. Ludzie dzwonili, pytali, zapraszali do siebie.
W kuchni małego mieszkania w bloku prowadziła biuro. Noże i widelce ginęły pod stosem dokumentów. Obiady się przypalały, bo gospodyni właśnie radziła przez telefon kolejnym zainteresowanym założeniem społecznej szkoły. Dziś mówi: - Jestem wdzięczna mężowi, że to wszystko wytrzymał i finansował moją działalność.
Bursztynowe jabłko na zgodę
Najstarsza córka Anny Jeziornej Madzia ma cztery lata, gdy pisze kredą na murze: "Mamo, zrób mi szkołę".
Hasło pojawia się na ścianie baraku w Borku Fałęckim, który Jeziorna planuje wynająć na przyszłą podstawówkę, i robi ogólnopolską karierę. Piszą o nim w prasie, pokazują w telewizji. Po ponad 20 latach od tamtego wydarzenia Jeziorna zauważa: - Dziś jakieś dziecko powinno wypisać na murze apel: "Mamo, zmień mi szkołę".
O tym za chwilę... Na razie sześcioletnia Madzia zaczyna zerówkę w Społecznej Szkole Podstawowej nr 1 w Krakowie. - Walczyć o szkołę nie było łatwo. Jeszcze trudniej było ją tworzyć. Wiedzieliśmy, jaka nie może być, ale dojście do wspólnego wniosku, jaka być powinna, okupione było godzinami sporów i kłótniami - wspomina matka Madzi.
Nauczyciele zgłaszali się do niej sami. To byli entuzjaści pomysłu, których nie przerażało rzucenie posady w państwowej instytucji i utrata przywilejów wynikających z Karty nauczyciela.
Jeziorna nie została dyrektorką szkoły. - Nie miałam takich ambicji ani kompetencji - mówi. - Wywalczyłam coś, a potem postanowiłam zostawić to mądrzejszym od siebie.
Po chwili milczenia dodaje: - Tak mi się wtedy przynajmniej wydawało, że mądrzejszym.
Dziś czasem żałuję tej decyzji.
Po roku przepisuje Madzię do osiedlowej państwowej podstawówki. To jej gest solidarności z częścią rodziców, którzy robią to samo. Nie zgadza się, by napisać wprost o powodzie. - Zadecydowały względy personalne, naruszone zostały ważne dla nas standardy. Rodzice proponowali nauczycielowi, którego to dotyczyło, by na czas rozwiązania swoich problemów wziął urlop, zapewniali, że jak wróci, będzie na niego czekać wolne miejsce. Ale ten nauczyciel nie chciał odejść, więc my odeszliśmy - wspomina.
Rok później Jeziorna występuje z STO. Znów chodzi o konflikty personalne. Zarząd stowarzyszenia postanawia usunąć z jednej ze swoich szkół dyrektorkę, która nieodpowiedzialnie zarządza finansami. Jeziorna jedzie na spotkanie z rodzicami, którzy murem stają za dyrektorką. Słyszy nieprzychylne słowa pod swoim adresem. Ma tego dosyć. Rezygnuje. - Dla wielu ludzi byłam symbolem idei naprawdę dobrych szkół. Nie mogłam dłużej firmować swoim nazwiskiem rzeczy, które w tych szkołach zaczynały się dziać - tłumaczy. - Żałuję, że nie miałam siły, by łatać to, co zaczęło się psuć. Ale ja zawsze byłam w opozycji. Nie dla mnie był zgniły kompromis. Tak jest do dziś.
Rodzice, którzy zmieszali ją z błotem za próbę zwolnienia dyrektorki, po kilku miesiącach zapukali do drzwi mieszkania Jeziornej. Powiedzieli, że dopiero teraz zorientowali się, kto miał rację. Na zgodę przynieśli bursztynowe jabłko oprawione w srebro. Przeprosiny przyjęła, ale o powrocie do pracy w stowarzyszeniu nie chciała słyszeć.
Jej córki "wróciły" do społecznej szkoły. Madzia i Zosia zdały maturę w liceum na krakowskim Stradomiu. - Lubiły tam chodzić - wspomina Jeziorna. Najmłodsza Natalia wciąż lubi. Matura jeszcze przed nią.
Więzień w wolnym kraju
Steven Spielberg jedzący pierogi palcami, wódka z Czesławem Miłoszem i pierwszy występ Świetlików na jego 80. urodzinach, śniadanie na werandzie szefów Amerykańskiej Akademii Filmowej i nocna kolacja z Peterem Brookiem, kolędowanie z Aną Szałapak, Agnieszką Osiecką i Jerzym Turowiczem, Krzysztof Gierat z Alanem Parkerem, Jan Peszek tańczący w natchnieniu z żoną, duet Bena Kingsleya z Martą Bizoń, czerwona koszula Ralpha Fiennesa i czterech młodych muzyków, którzy mówią: "właśnie założyliśmy zespół Kroke"... - te "żywe obrazy" zostaną Jeziornej w pamięci na zawsze.
W latach 90. kawiarnia Pałacu Pugetów jest jedną z bardziej znanych w Krakowie. W stylowych wnętrzach przy ul. Starowiślnej spotyka się cała śmietanka artystyczna miasta. A ona jest gospodynią tego miejsca.
Wygrywa: zakłada - nie licząc zakonnych - pierwszą po II wojnie światowej niepubliczną szkołę podstawową w Polsce.
Kilka miesięcy przed zwycięstwem Jeziornej rodzice z Ursynowa, walczący o społeczną edukację dla swoich dzieci, próbują zarejestrować Społeczne Towarzystwo Oświatowe. Nic z tego. Nie pomaga nawet to, że pod wnioskiem, z obawy przed odmową, nie podpisują się opozycjoniści - najwięksi entuzjaści pomysłu. Państwo tak bardzo broni monopolu na prowadzenie szkół w kraju.
STO zostaje zarejestrowane dwa miesiące po założeniu przez Jeziorną szkoły. Natychmiast zapisuje swoją podstawówkę do Stowarzyszenia (dziś wokół STO skupionych jest 160 szkół). Sama zostaje jego wiceprezesem. Przez dwa lata jeździła po Polsce i pomagała ludziom zakładać społeczne szkoły. W domu telefon się urywał. Ludzie dzwonili, pytali, zapraszali do siebie.
W kuchni małego mieszkania w bloku prowadziła biuro. Noże i widelce ginęły pod stosem dokumentów. Obiady się przypalały, bo gospodyni właśnie radziła przez telefon kolejnym zainteresowanym założeniem społecznej szkoły. Dziś mówi: - Jestem wdzięczna mężowi, że to wszystko wytrzymał i finansował moją działalność.
Bursztynowe jabłko na zgodę
Najstarsza córka Anny Jeziornej Madzia ma cztery lata, gdy pisze kredą na murze: "Mamo, zrób mi szkołę".
Hasło pojawia się na ścianie baraku w Borku Fałęckim, który Jeziorna planuje wynająć na przyszłą podstawówkę, i robi ogólnopolską karierę. Piszą o nim w prasie, pokazują w telewizji. Po ponad 20 latach od tamtego wydarzenia Jeziorna zauważa: - Dziś jakieś dziecko powinno wypisać na murze apel: "Mamo, zmień mi szkołę".
O tym za chwilę... Na razie sześcioletnia Madzia zaczyna zerówkę w Społecznej Szkole Podstawowej nr 1 w Krakowie. - Walczyć o szkołę nie było łatwo. Jeszcze trudniej było ją tworzyć. Wiedzieliśmy, jaka nie może być, ale dojście do wspólnego wniosku, jaka być powinna, okupione było godzinami sporów i kłótniami - wspomina matka Madzi.
Nauczyciele zgłaszali się do niej sami. To byli entuzjaści pomysłu, których nie przerażało rzucenie posady w państwowej instytucji i utrata przywilejów wynikających z Karty nauczyciela.
Jeziorna nie została dyrektorką szkoły. - Nie miałam takich ambicji ani kompetencji - mówi. - Wywalczyłam coś, a potem postanowiłam zostawić to mądrzejszym od siebie.
Po chwili milczenia dodaje: - Tak mi się wtedy przynajmniej wydawało, że mądrzejszym.
Dziś czasem żałuję tej decyzji.
Po roku przepisuje Madzię do osiedlowej państwowej podstawówki. To jej gest solidarności z częścią rodziców, którzy robią to samo. Nie zgadza się, by napisać wprost o powodzie. - Zadecydowały względy personalne, naruszone zostały ważne dla nas standardy. Rodzice proponowali nauczycielowi, którego to dotyczyło, by na czas rozwiązania swoich problemów wziął urlop, zapewniali, że jak wróci, będzie na niego czekać wolne miejsce. Ale ten nauczyciel nie chciał odejść, więc my odeszliśmy - wspomina.
Rok później Jeziorna występuje z STO. Znów chodzi o konflikty personalne. Zarząd stowarzyszenia postanawia usunąć z jednej ze swoich szkół dyrektorkę, która nieodpowiedzialnie zarządza finansami. Jeziorna jedzie na spotkanie z rodzicami, którzy murem stają za dyrektorką. Słyszy nieprzychylne słowa pod swoim adresem. Ma tego dosyć. Rezygnuje. - Dla wielu ludzi byłam symbolem idei naprawdę dobrych szkół. Nie mogłam dłużej firmować swoim nazwiskiem rzeczy, które w tych szkołach zaczynały się dziać - tłumaczy. - Żałuję, że nie miałam siły, by łatać to, co zaczęło się psuć. Ale ja zawsze byłam w opozycji. Nie dla mnie był zgniły kompromis. Tak jest do dziś.
Rodzice, którzy zmieszali ją z błotem za próbę zwolnienia dyrektorki, po kilku miesiącach zapukali do drzwi mieszkania Jeziornej. Powiedzieli, że dopiero teraz zorientowali się, kto miał rację. Na zgodę przynieśli bursztynowe jabłko oprawione w srebro. Przeprosiny przyjęła, ale o powrocie do pracy w stowarzyszeniu nie chciała słyszeć.
Jej córki "wróciły" do społecznej szkoły. Madzia i Zosia zdały maturę w liceum na krakowskim Stradomiu. - Lubiły tam chodzić - wspomina Jeziorna. Najmłodsza Natalia wciąż lubi. Matura jeszcze przed nią.
Więzień w wolnym kraju
Steven Spielberg jedzący pierogi palcami, wódka z Czesławem Miłoszem i pierwszy występ Świetlików na jego 80. urodzinach, śniadanie na werandzie szefów Amerykańskiej Akademii Filmowej i nocna kolacja z Peterem Brookiem, kolędowanie z Aną Szałapak, Agnieszką Osiecką i Jerzym Turowiczem, Krzysztof Gierat z Alanem Parkerem, Jan Peszek tańczący w natchnieniu z żoną, duet Bena Kingsleya z Martą Bizoń, czerwona koszula Ralpha Fiennesa i czterech młodych muzyków, którzy mówią: "właśnie założyliśmy zespół Kroke"... - te "żywe obrazy" zostaną Jeziornej w pamięci na zawsze.
W latach 90. kawiarnia Pałacu Pugetów jest jedną z bardziej znanych w Krakowie. W stylowych wnętrzach przy ul. Starowiślnej spotyka się cała śmietanka artystyczna miasta. A ona jest gospodynią tego miejsca.
Jego "restauracyjność" to tylko pretekst do długich rozmów i sporów ideologicznych. Ludziom, którzy tu bywali, Jeziorna stara się nie przeszkadzać. Nie podchodzi nachalnie do stolików, sugerując, by podczas kilkugodzinnego spotkania zamówili coś więcej niż małą kawę. Dzięki swojej gościnności i znakomitym współpracownikom udaje jej się stworzyć prawdziwy salon polityczno-artystyczny.
Przygoda z Pałacem trwa trzy lata. - A potem rodzę córkę Natalię, która wynagradza mi moje wszystkie dotychczasowe straty i porażki - mówi Jeziorna.
Ale najgorsze doświadczenie jest dopiero przed nią.
- Kiedy ktoś pyta mnie o moje 20 lat wolności, przed oczyma stają mi moje trzy córki stojące przed więzieniem w Tarnowie. Wyglądają pięknie i dumnie, jak dziewczyny z obrazów Wyspiańskiego. Są za młode, by mieć dowody osobiste, dlatego w rękach trzymają paszporty, dla mojego pokolenia niezaprzeczalny symbol wolności. Pokazują je strażnikowi, bo chcą się widzieć z ojcem, który siedzi w celi z najgorszymi przestępcami - opowiada.
Lech Jeziorny spędził dziewięć miesięcy w więzieniu, z tego trzy bez widzeń. Żeby mógł patrzeć na dzieci z okna, żona jeździła z córkami do Tarnowa i wystawała godzinami na ulicy.
Z przedstawionej Jeziornemu w dniu aresztowania we wrześniu 2003 roku listy zarzutów wynikało, że jest największym szkodnikiem gospodarczym w Polsce, szefem grupy przestępczej, że prał brudne pieniądze. Był jednym z krakowskich menedżerów, którzy wykupili sprywatyzowane przez wejście do programu Narodowych Funduszy Inwestycyjnych Krakowskie Zakłady Mięsne. Zaciągnęli na ten cel 15 mln zł kredytu. Dzięki sprzedaży terenu, na którym stały zakłady (dziś znajduje się tam Galeria Kazimierz), wybudowali supernowoczesny zakład na peryferiach miasta. Produkcja w nowej siedzibie ruszyła w kwietniu 2003 roku, a zaraz potem do firmy wkroczyli urzędnicy skarbowi, a po nich funkcjonariusze CBŚ i prokuratorzy. W wyniku kontroli nałożyli na KZM 3,5 mln zł kary za niezapłacone podatki. Właściciele spółki zostali aresztowani, pracę straciło kilkaset osób. Zakłady upadły. Dopiero w czerwcu ubiegłego roku Naczelny Sąd Administracyjny uznał naliczone podatki za bezpodstawne, a całą sprawę przekazał do ponownego rozpatrzenia Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu. Aktu oskarżenia nie ma do dziś.
- Po upadku komuny działalność gospodarcza i społeczna była naszym sposobem na patriotyzm. Poprzez stworzenie nowoczesnego przedsiębiorstwa i tworzenie miejsc pracy rozumieliśmy budowanie gospodarki kraju i jego siły. Mąż dwa razy siedział w więzieniu. Raz był internowany 13 grudnia 1981 roku. Drugi raz do więzienia wsadziła go wolna Polska. Dla mnie to tragiczna ironia - opowiada Jeziorna. - Ale mimo kłopotów, które nas dopadły, jest moim wielkim szczęściem i spełnieniem marzeń z młodości, że moje dzieci żyją jak wolni ludzie, mogą myśleć i postępować jak wolni ludzie i studiować na dowolnych uczelniach świata.
Madzia wraca właśnie ze stypendium w Chinach, Zosia będzie się uczyła języka arabskiego w Jemenie, obie są studentkami Uniwersytetu Jagiellońskiego.
A Anna Jeziorna nie zamierza przestać marzyć.
Pani hrabino! Czekam!
- Od 20 lat, mówiąc o edukacji w Polsce, mówię ciągle to samo. Niestety, nie zrealizowałam swojego pomysłu na szkołę naprawdę alternatywną. Nie udało mi się wyrwać z zaklętego kręgu systemu i złamać określonej formuły kształcenia, której zdecydowanie się sprzeciwiam - opowiada. Szkoła, którą znam, jest archaiczna i schematyczna. Zbyt często marnuje czas i talenty uczniów, niszczy wspólnotę i koleżeństwo, zbyt często uczy tylko rywalizacji, a nie współpracy.
- Jedyną moją nadzieją są wybitni nauczyciele, których ciągle spotykam i w społecznych, i w publicznych szkołach - dodaje.
Kiedy zakładała szkołę, była zbuntowana nie tylko przeciw ideologii, którą w PRL-u nauczyciele mieli obowiązek wtłaczania do głowy uczniom, ale też przeciwko sposobowi myślenia o edukacji. Miała nadzieję, że uda jej się stworzyć miejsce, w którym edukując dzieci, nie będzie się jednocześnie zabijało w nich ciekawości świata.
Często mówiła swoim córkom: "Nie uczcie się już dzisiaj, spotkajcie się z przyjaciółmi, posłuchajcie dobrej muzyki, kupcie bilet do kina, poczytajcie książkę". Uważała, że to ważniejsze niż ślęczenie nad podręcznikiem. Nie obchodziło jej, jak zostaną ocenione przez nauczyciela. Chciała, żeby były zdrowe, silne, niezależne i szczęśliwe. I żeby im się chciało żyć!
Wciąż jest w opozycji. I wciąż marzy o szkole, której nie udało jej się stworzyć.
Ale nie tylko o szkole - również o fundacji oświatowej. Bogatej fundacji. Takiej, która pomagałaby rodzicom udźwignąć ciężar prywatnego kształcenia dziecka. Według Jeziornej czesne w krakowskich szkołach społecznych jest za wysokie. W ten sposób zamyka się na biedniejszych, którym zależy za dobrej edukacji, ale którzy nie mogą udźwignąć na swoich barkach czesnego rzędu 800 zł miesięcznie. Tymczasem - przekonuje - dobra szkoła nie musi być droga.
Realne szanse Jeziornej na założenie fundacji oświatowej runęły wraz z firmą męża.
- Dlatego czekam na rodziców, którzy myślą podobnie jak ja. Czekam na tamte "sto dolarów", które dostałam 20 lat temu w osiedlowym klubie Borsuczek. Jeśli rodzice mi zaufają, nie popełnię starych błędów, a szkołę poprowadzę wspólnie z najlepszymi nauczycielami, jakich poznałam. Zgodnie z moimi ideami i wyobrażeniami. Być może ta moja deklaracja trafi w ręce jakiejś szlachetnej damy z ogromnym majątkiem w Szwajcarii? Zamyśli się, popijając poranną kawę, a w końcu uzna, że warto zainwestować w moje marzenie. Pani hrabino! Czekam na panią! - marzy Anna Jeziorna.
Przygoda z Pałacem trwa trzy lata. - A potem rodzę córkę Natalię, która wynagradza mi moje wszystkie dotychczasowe straty i porażki - mówi Jeziorna.
Ale najgorsze doświadczenie jest dopiero przed nią.
- Kiedy ktoś pyta mnie o moje 20 lat wolności, przed oczyma stają mi moje trzy córki stojące przed więzieniem w Tarnowie. Wyglądają pięknie i dumnie, jak dziewczyny z obrazów Wyspiańskiego. Są za młode, by mieć dowody osobiste, dlatego w rękach trzymają paszporty, dla mojego pokolenia niezaprzeczalny symbol wolności. Pokazują je strażnikowi, bo chcą się widzieć z ojcem, który siedzi w celi z najgorszymi przestępcami - opowiada.
Lech Jeziorny spędził dziewięć miesięcy w więzieniu, z tego trzy bez widzeń. Żeby mógł patrzeć na dzieci z okna, żona jeździła z córkami do Tarnowa i wystawała godzinami na ulicy.
Z przedstawionej Jeziornemu w dniu aresztowania we wrześniu 2003 roku listy zarzutów wynikało, że jest największym szkodnikiem gospodarczym w Polsce, szefem grupy przestępczej, że prał brudne pieniądze. Był jednym z krakowskich menedżerów, którzy wykupili sprywatyzowane przez wejście do programu Narodowych Funduszy Inwestycyjnych Krakowskie Zakłady Mięsne. Zaciągnęli na ten cel 15 mln zł kredytu. Dzięki sprzedaży terenu, na którym stały zakłady (dziś znajduje się tam Galeria Kazimierz), wybudowali supernowoczesny zakład na peryferiach miasta. Produkcja w nowej siedzibie ruszyła w kwietniu 2003 roku, a zaraz potem do firmy wkroczyli urzędnicy skarbowi, a po nich funkcjonariusze CBŚ i prokuratorzy. W wyniku kontroli nałożyli na KZM 3,5 mln zł kary za niezapłacone podatki. Właściciele spółki zostali aresztowani, pracę straciło kilkaset osób. Zakłady upadły. Dopiero w czerwcu ubiegłego roku Naczelny Sąd Administracyjny uznał naliczone podatki za bezpodstawne, a całą sprawę przekazał do ponownego rozpatrzenia Wojewódzkiemu Sądowi Administracyjnemu. Aktu oskarżenia nie ma do dziś.
- Po upadku komuny działalność gospodarcza i społeczna była naszym sposobem na patriotyzm. Poprzez stworzenie nowoczesnego przedsiębiorstwa i tworzenie miejsc pracy rozumieliśmy budowanie gospodarki kraju i jego siły. Mąż dwa razy siedział w więzieniu. Raz był internowany 13 grudnia 1981 roku. Drugi raz do więzienia wsadziła go wolna Polska. Dla mnie to tragiczna ironia - opowiada Jeziorna. - Ale mimo kłopotów, które nas dopadły, jest moim wielkim szczęściem i spełnieniem marzeń z młodości, że moje dzieci żyją jak wolni ludzie, mogą myśleć i postępować jak wolni ludzie i studiować na dowolnych uczelniach świata.
Madzia wraca właśnie ze stypendium w Chinach, Zosia będzie się uczyła języka arabskiego w Jemenie, obie są studentkami Uniwersytetu Jagiellońskiego.
A Anna Jeziorna nie zamierza przestać marzyć.
Pani hrabino! Czekam!
- Od 20 lat, mówiąc o edukacji w Polsce, mówię ciągle to samo. Niestety, nie zrealizowałam swojego pomysłu na szkołę naprawdę alternatywną. Nie udało mi się wyrwać z zaklętego kręgu systemu i złamać określonej formuły kształcenia, której zdecydowanie się sprzeciwiam - opowiada. Szkoła, którą znam, jest archaiczna i schematyczna. Zbyt często marnuje czas i talenty uczniów, niszczy wspólnotę i koleżeństwo, zbyt często uczy tylko rywalizacji, a nie współpracy.
- Jedyną moją nadzieją są wybitni nauczyciele, których ciągle spotykam i w społecznych, i w publicznych szkołach - dodaje.
Kiedy zakładała szkołę, była zbuntowana nie tylko przeciw ideologii, którą w PRL-u nauczyciele mieli obowiązek wtłaczania do głowy uczniom, ale też przeciwko sposobowi myślenia o edukacji. Miała nadzieję, że uda jej się stworzyć miejsce, w którym edukując dzieci, nie będzie się jednocześnie zabijało w nich ciekawości świata.
Często mówiła swoim córkom: "Nie uczcie się już dzisiaj, spotkajcie się z przyjaciółmi, posłuchajcie dobrej muzyki, kupcie bilet do kina, poczytajcie książkę". Uważała, że to ważniejsze niż ślęczenie nad podręcznikiem. Nie obchodziło jej, jak zostaną ocenione przez nauczyciela. Chciała, żeby były zdrowe, silne, niezależne i szczęśliwe. I żeby im się chciało żyć!
Wciąż jest w opozycji. I wciąż marzy o szkole, której nie udało jej się stworzyć.
Ale nie tylko o szkole - również o fundacji oświatowej. Bogatej fundacji. Takiej, która pomagałaby rodzicom udźwignąć ciężar prywatnego kształcenia dziecka. Według Jeziornej czesne w krakowskich szkołach społecznych jest za wysokie. W ten sposób zamyka się na biedniejszych, którym zależy za dobrej edukacji, ale którzy nie mogą udźwignąć na swoich barkach czesnego rzędu 800 zł miesięcznie. Tymczasem - przekonuje - dobra szkoła nie musi być droga.
Realne szanse Jeziornej na założenie fundacji oświatowej runęły wraz z firmą męża.
- Dlatego czekam na rodziców, którzy myślą podobnie jak ja. Czekam na tamte "sto dolarów", które dostałam 20 lat temu w osiedlowym klubie Borsuczek. Jeśli rodzice mi zaufają, nie popełnię starych błędów, a szkołę poprowadzę wspólnie z najlepszymi nauczycielami, jakich poznałam. Zgodnie z moimi ideami i wyobrażeniami. Być może ta moja deklaracja trafi w ręce jakiejś szlachetnej damy z ogromnym majątkiem w Szwajcarii? Zamyśli się, popijając poranną kawę, a w końcu uzna, że warto zainwestować w moje marzenie. Pani hrabino! Czekam na panią! - marzy Anna Jeziorna.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień





