Leokadia Wyspiańska - bo o nią chodzi w tej sprawie - ponad pół wieku pracowała jako sekretarka w Szpitalu Psychiatrycznym im. Babińskiego w Krakowie. Była świadkiem, jak Niemcy zagłodzili niemal połowę pacjentów jej szpitala, widziała jak resztę - 500 osób - wywieźli do obozu Auschwitz, gdzie zostali zgładzeni.
Leokadia Wyspiańska, synowa Stanisława Wyspiańskiego, zajmuje mieszkanie w bloku sąsiadującym z lecznicą. małopolski urząd marszałkowski, któremu lokal podlega jako mienie samorządowe, od kilku lat stara się uregulować status prawny budynku. W 2006 roku zaproponował lokatorce kupno mieszkania za jedną czwartą wartości, czyli za ok. 21 tys. zł. Nie zgodziła się.
Potem ceny mieszkań w Krakowie poszybowały w górę. Gdy rok później córka pani Leokadii zapytała o cenę kawalerki, usłyszała: 83,5 tys. zł. Nie przyjęła oferty. Urzędnicy poinformowali wobec tego, że wszczynają procedurę eksmisji kobiety z lokalu. - Nie na bruk, oczywiście - zarzeka się Zdobysław Milewski, rzecznik prasowy urzędu. - Otrzymałaby lokal socjalny z zasobu gminy. Do momentu zapewnienia tego lokalu pozostałaby tam, gdzie mieszka. Orzeczenie o eksmisji nie oznacza przecież automatycznej przeprowadzki.
Wokół sprawy zrobiło się jednak głośno w całym kraju. Już ponad 200 osób podpisało się pod petycją w obronie Wyspiańskiej. - Wiek jest wystarczającym powodem, aby dać tej pani spokój - twierdzą osoby popierające petycję broniącą kobiety, przygotowaną przez Remigiusza Grzelę, kierownika literackiego warszawskiego Teatru na Woli.
"Tej doświadczonej przez życie i los kobiecie, synowej jednego z największych polskich twórców, należy się godna i spokojna starość. Nie umiemy sobie wyobrazić, że urząd marszałkowski, kierując się jedynie paragrafami, eksmituje prawie 90-letnią kobietę na bruk. Żądamy natychmiastowej pomocy dla pani Leokadii Wyspiańskiej" i "synowej wielkiego polskiego twórcy, Stanisława Wyspiańskiego, która przez wiele dziesięcioleci była fenomenalną propagatorką dzieła i postaci swojego wielkiego teścia" - czytamy.
Petycję popiera wiele bardzo znanych osób. Joanna Szczepkowska napisała: "Nieludzkie. Takich decyzji jest pewnie wiele. Stwórzmy precedens odwoławczy. Środowiska powinny bronić bliskich sobie ludzi".
Krystyna Janda: "Nie znam sprawy, ale uważam, że jeśli ktoś ma tyle lat i takie nazwisko, należy pomóc".
W jakim wymiarze powinno się roztrząsać ten przypadek? Co brać pod uwagę? Wiek i stan zdrowia kobiety? Nazwisko? Przepisy i paragrafy? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.
- Chcemy mieć wyjaśnioną sytuację prawną lokalu. Kierujemy sprawę do sądu, bo dowiedzieliśmy się, że od ponad roku pani Leokadia zameldowała się na pobyt czasowy u córki w Lublinie. Podobną procedurę zastosowaliśmy w przypadku trzech innych lokatorów tego bloku - tłumaczy rzecznik Milewski. - Jako właściciel tej nieruchomości urząd podjął kroki w celu uregulowania statusu prawnego mieszkania, inaczej narazilibyśmy się na zarzut niegospodarności.
- Formalnie urząd miał prawo to zrobić, ale to, że jest takie prawo, nie oznacza, że trzeba z niego korzystać czy nadużywać - twierdzi mecenas Stanisław Kłys, który reprezentuje panią Leokadię. - Przecież chodzi tu o synową Wyspiańskiego - podkreśla kilka razy podczas rozmowy.
Czy urzędnik powinien traktować sprawę obywatela w sposób szczególny dlatego, że nosi on znane nazwisko? - Nie, urzędnik każdy przypadek powinien traktować z równą wnikliwością - uważa prof. Zbigniew Ćwiąkalski, uznany krakowski adwokat, były minister sprawiedliwości. - Są oczywiście ludzie bardziej zasłużeni, ale formą docenienia ich wysiłku są np. medale i nagrody. W czysto administracyjnych sprawach pochodzenie nie może decydować, czy się komuś należy mieszkanie, czy nie.
- Gdyby chodziło o osobę z innym nazwiskiem, też bym się za nią ujął - zapewnia tymczasem Remigiusz Grzela. - Bez względu na to, kogo rzecz dotyczy, nieludzkie wydaje mi się ciąganie po sądach osoby w takim wieku i grożenie jej eksmisją. Dodatkowym elementem zachęcającym nas do zabrania głosu w tej sprawie, jest osoba pani Wyspiańskiej, to przejaw solidarności środowiskowej. Urzędnicy tłumaczą swoje postępowanie "dbałością o mienie", ale to mienie to zaledwie 34 m kw.! W tej sprawie powinny paść już tylko słowa przeprosin - dodaje.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków