Kraków stoi, bo ma za mało lawet
16.07.2009
, aktualizacja: 17.07.2009 10:27
Zły system podejmowania decyzji o odholowaniu auta oraz za mała liczba lawet to przyczyny środowego paraliżu linii tramwajowej na Bronowice. Laweciarze nie muszą też konkurować z nikim pod względem czasu dojazdu po wezwaniu służb
W środę na półtorej godziny stanęła komunikacja tramwajowa łącząca Bronowice ze starym miastem. Torowisko zablokował źle zaparkowany samochód. Według motorniczych takie sytuacje zdarzają się przeciętnie trzy razy w tygodniu. Dlaczego więc udrożnienie jednego z najważniejszych torowisk w mieście zajęło aż tyle czasu?
Kiedy torowisko jest zablokowane, motorniczy informuje dyspozytornię Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. Dyspozytor wzywa straż miejską lub policję. W tym czasie motorniczy używa tramwajowego dzwonka i liczy, że kierowca źle zaparkowanego auta wróci. Przez cały czas nikt nie wzywa lawety, by odholować pojazd.
Policjanci lub strażnicy miejscy przyjeżdżają i najpierw zajmują się szukaniem kierowcy. Chodzą po okolicznych sklepach, pytają przechodniów. - Trzeba mieć zaufanie do strażników. Na miejscu są w stanie ocenić, czy zachodzi potrzeba wzywania lawety - twierdzi Marcin Jurczenko ze straży miejskiej. - W większości przypadków kierowca pojawia się do siedmiu minut. Czasem nawet przed przyjazdem straży miejskiej.
Dopiero gdy mija 10 minut, czasem kwadrans, a poszukiwania nic nie dają, wzywana jest laweta. Dlaczego straż miejska nie wzywa lawety od razu po otrzymania zgłoszenia? - Zbyt często udaje się znaleźć kierowcę, nim przyjedzie laweta. Wtedy kierowca dostaje mandat, ale pozwalamy mu odjechać - przyznaje Jurczenko. - Laweciarze zbyt często wykonywaliby martwe kursy, bo na takim wezwaniu nie zarabiają.
Cenne minuty mijają, ludzie czekają na przystankach, aż komunikacja miejska ruszy. Kierowca się nie znalazł. Funkcjonariusze wzywają więc lawetę. Nie ma niestety żadnej gwarancji, że przyjedzie w kilkanaście minut.
- Mamy 20 lawet - mówi szef Stowarzyszenia Małopolskich Transportowców, które podpisało z miastem i drogówką umowę na obsługę Krakowa. - Ale nasi ludzie nie siedzą w autach w oczekiwaniu na wezwanie, tylko szukają innych zamówień. Więc kiedy się zdarzy, że jest wezwanie od służb, to nasze auta często właśnie jadą z innym pojazdem. Dopiero kiedy go wyładują, jadą do wezwania.
Zapewnia, że dojazd na miejsce zablokowania torów trwa zwykle do pół godziny. Szef stowarzyszenia tłumaczy, że z samych zamówień miasta i policji nie da się utrzymać. Dlatego lawety szukają innego zajęcia. Jego zdaniem 20 lawet zupełnie jednak wystarczy do interwencji w Krakowie.
Na pytanie, jak się zapisać do stowarzyszenia, by korzystać z prawa do obsługi miasta, jego szef się oburza: - Jest taka firma, która próbuje odebrać nam część tych zamówień. Pewnie oni namówili was do rozmowy ze mną. Myślę, że na tym skończymy rozmowę - rzuca słuchawką i odsyła do zarządzeń prezydenta Krakowa.
Szans na konkurencję i poprawę czasu dojazdu lawety na miejsce zablokowania torów zatem nie ma. W 2003 roku stowarzyszenie transportowców podpisało umowę z gminą Kraków i od tego czasu zasady współpracy z laweciarzami się nie zmieniły. W magistracie nikt nie potrafił ustalić, kto odpowiada za kształt umowy i jakie są szanse na poprawę sytuacji.
- Za kilka dni MPK oszacuje koszty, jakie poniosło przez środowe zatrzymanie. Zapłacimy im i zastanowimy się, czy straty są na tyle duże, że warto tego kierowcę pozwać do sądu o zwrot kosztów - mówi Michał Pyclik z Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu.
Kiedy torowisko jest zablokowane, motorniczy informuje dyspozytornię Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego. Dyspozytor wzywa straż miejską lub policję. W tym czasie motorniczy używa tramwajowego dzwonka i liczy, że kierowca źle zaparkowanego auta wróci. Przez cały czas nikt nie wzywa lawety, by odholować pojazd.
Policjanci lub strażnicy miejscy przyjeżdżają i najpierw zajmują się szukaniem kierowcy. Chodzą po okolicznych sklepach, pytają przechodniów. - Trzeba mieć zaufanie do strażników. Na miejscu są w stanie ocenić, czy zachodzi potrzeba wzywania lawety - twierdzi Marcin Jurczenko ze straży miejskiej. - W większości przypadków kierowca pojawia się do siedmiu minut. Czasem nawet przed przyjazdem straży miejskiej.
Dopiero gdy mija 10 minut, czasem kwadrans, a poszukiwania nic nie dają, wzywana jest laweta. Dlaczego straż miejska nie wzywa lawety od razu po otrzymania zgłoszenia? - Zbyt często udaje się znaleźć kierowcę, nim przyjedzie laweta. Wtedy kierowca dostaje mandat, ale pozwalamy mu odjechać - przyznaje Jurczenko. - Laweciarze zbyt często wykonywaliby martwe kursy, bo na takim wezwaniu nie zarabiają.
Cenne minuty mijają, ludzie czekają na przystankach, aż komunikacja miejska ruszy. Kierowca się nie znalazł. Funkcjonariusze wzywają więc lawetę. Nie ma niestety żadnej gwarancji, że przyjedzie w kilkanaście minut.
- Mamy 20 lawet - mówi szef Stowarzyszenia Małopolskich Transportowców, które podpisało z miastem i drogówką umowę na obsługę Krakowa. - Ale nasi ludzie nie siedzą w autach w oczekiwaniu na wezwanie, tylko szukają innych zamówień. Więc kiedy się zdarzy, że jest wezwanie od służb, to nasze auta często właśnie jadą z innym pojazdem. Dopiero kiedy go wyładują, jadą do wezwania.
Zapewnia, że dojazd na miejsce zablokowania torów trwa zwykle do pół godziny. Szef stowarzyszenia tłumaczy, że z samych zamówień miasta i policji nie da się utrzymać. Dlatego lawety szukają innego zajęcia. Jego zdaniem 20 lawet zupełnie jednak wystarczy do interwencji w Krakowie.
Na pytanie, jak się zapisać do stowarzyszenia, by korzystać z prawa do obsługi miasta, jego szef się oburza: - Jest taka firma, która próbuje odebrać nam część tych zamówień. Pewnie oni namówili was do rozmowy ze mną. Myślę, że na tym skończymy rozmowę - rzuca słuchawką i odsyła do zarządzeń prezydenta Krakowa.
Szans na konkurencję i poprawę czasu dojazdu lawety na miejsce zablokowania torów zatem nie ma. W 2003 roku stowarzyszenie transportowców podpisało umowę z gminą Kraków i od tego czasu zasady współpracy z laweciarzami się nie zmieniły. W magistracie nikt nie potrafił ustalić, kto odpowiada za kształt umowy i jakie są szanse na poprawę sytuacji.
- Za kilka dni MPK oszacuje koszty, jakie poniosło przez środowe zatrzymanie. Zapłacimy im i zastanowimy się, czy straty są na tyle duże, że warto tego kierowcę pozwać do sądu o zwrot kosztów - mówi Michał Pyclik z Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu.
- 57 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
-
laweciarze mogą sami podejmować decyzję
czerwony-ruski-pedal
16.07.09, 22:40
o odholowaniu, szuka taki źle zaparkowanego samochodu, robi zdjecia(dladokumentacji by nie było przekrętów) pakuje zawalidrogę na lawetę i odwozi naparking policyjnylaweciarze z takimi »
-
Dać Krakusowi samochód
poborowy102
16.07.09, 22:58
to tak jak dać małpie brzytwę.... :C»
Najczęściej czytane24 htydzień
Reklama

Lata 60. w Nowej Hucie - urbanistyka, architektura i wnętrza
Do 1 lipca 2012 w nowohuckim oddziale Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na os. Słonecznym 16 oglądać można wystawę Nowa przestrzeń. Modernizm w Nowej Hucie.







więcej zdjęć