Co Jerzy Panek zobaczył w lustrze

Katarzyna Bik
2006-09-21 , aktualizacja: 21.09.2006 00:00
A A A Drukuj
W roku 1956 przeżył największy wstrząs. W ramach wymiany kulturalnej pojechał do Chin. Na dwa miesiące, z paczką papierosów tylko i szczoteczką do zębów. Kiedy w Polsce kotłowało się, on w Pekinie haratał deski. Portret krakowskiego artysty Jerzego Panka przedstawia
Jerzy Panek w pracowni przy ul. Szerokiej
Fot. Konrad K.Pollesch
Jerzy Panek w pracowni przy ul. Szerokiej
Autoportret III, 1956
Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
Autoportret III, 1956
?Autoportret w kapeluszu?, 1956
Fot. Muzeum Narodowe w Krakowie
?Autoportret w kapeluszu?, 1956
Jerzy Panek umarł pięć lat temu, 4 stycznia, w wieku 82 lat. - Na życzenie rodziny zrobiono mu po śmierci maskę. Wygląda tam identycznie jak staruszka na tym drzeworycie. - Krystyna Kulig-Janarek, kierownik Działu Rycin, Rysunków i Akwarel Muzeum Narodowego w Krakowie, pokazuje jedną z desek drzeworytniczych na pierwszej, monograficznej wystawie artysty w Nowym Gmachu, której jest kuratorem. Przeistoczenie? W końcu dla Panka życie to była sztuka. Zostawił: 600 drzeworytów, ponad 200 obrazów, może nawet kilka tysięcy rysunków (samych szkicowników - 80) i pasteli, ciekawość młodych, sporą bibliotekę, kolekcję sztuki i legendy o sobie. Był jednym z najwybitniejszych polskich artystów, wielką osobowością, mistrzem drzeworytu w skali światowej. - Należy do tych, którzy - jak Picasso, Witkacy i Bacon - wiązali fascynację człowiekiem z jego degradacją, widząc go zawsze w stanie poniżenia i nie stawiając mu przy tym zbyt wysokich wymagań. - uważał Marek Rostworowski, historyk sztuki, autor sławnej wystawy "Polaków portret własny.

Widzieć czerń i biel

Panek kiedyś przyznał, że szczęścia nie miał za dużo. Lekcje rysunku w dzieciństwie okupił laniem. Za papranie węglem drzewnym z żelazek - dziadek jego był krawcem - po ścianach chałupy w Tarnowie. Jak miał siedem lat, mieszkał już w Krakowie. W jednopokojowym mieszkaniu w Prokocimiu przeżył 37 lat. Przed wojną zaczął naukę w Instytucie Sztuk Plastycznych. Zmobilizowany, dostał się do niewoli niemieckiej. Uciekł. Wrócił do Krakowa, w Kunstgewerbeschule uczył się trzy lata. Przed wywózką na roboty do Niemiec ukrył się w prosektorium, gdzie rysował zwłoki. Złapany po godzinie policyjnej, trafił do obozu w Płaszowie. Po dwóch miesiącach został zwolniony - zakażenie palca. Po wojnie przez trzy lata studiował na ASP. Malował, próbował robić grafiki. Nie mógł znaleźć roboty. Pracował w Ognisku Kultury Plastycznej w Białymstoku, potem uczył w Liceum Plastycznym w Sędziszowie. Za krytykowanie Bieruta na plenum PZPR usunęli go ze stanowiska sekretarza POP w liceum. Rzucił Sędziszów i oddał się uczeniu rysunku aktu w Domu Kultury Budowlanych w Nowej Hucie. Z powodu ciasnoty w mieszkaniu zaczął zajmować się drzeworytem - potrzebował tylko deski i dłutka. W 1956 roku przeżył największy wstrząs. W ramach wymiany kulturalnej pojechał do Chin. Na dwa miesiące, z paczką papierosów tylko i szczoteczką do zębów. Kiedy w Polsce kotłowało się, on w Pekinie haratał deski.

"Spotkałem tam największy kult drewna. Tam też nauczyłem się głęboko widzieć czerń i biel." - powie.

Tam zrobił portret staruszki, do którego tak będzie podobny po śmierci.

Wolałem ruszaną babę

To był ważny rok z jeszcze jednego powodu. Wtedy Panek poznał "Rysię". Pierwszą wielką miłość, długoletnią towarzyszkę - Marię Blumenfeld-Czekańską.

Panek: "Powiem szczerze: - Kiedy miałem 20-21 lat, chodziłem do lekko starszych pań, czasami lekkich też obyczajów. I do modelek... Nigdy nie byłem romantyczny, zakochany. Jak baba mi się podobała, to nie zastanawiałem się; jak zwierzę, jak ptak. I zostawiałem ją. Wolałem ruszaną babę, taką z życiem, nie jakąś dziewicę. (...) Ryśka była ode mnie jakieś 10 lat młodsza. Poznałem ją przez kumpla, przyszliśmy do domu na pijaństwo i we dwóch dobraliśmy się do niej. Z czasem jednak wkradła się zazdrość.(...) Erotyka to wstydliwa sprawa, ale to najgłębsze, co ma człowiek w stosunku do drugiego człowieka". - powie Elżbiecie Dzikowskiej.

Rysia: - Po ośmiu latach zrozumiałem, że on potrzebuje czegoś więcej prócz... Dzielił kobiety na takie, od których nic nie wymagał, i od których wymagał.

Drugą wielką miłością, która przetrwała do końca życia artysty, była Barbara Jastrzębiec-Myszkowska. "Barbareczka". Poznali się w 1963 roku. Ona wspomina: - Przyczyna naszego rozstania była typowa: kobieca zazdrość o to, kto ważniejszy - ja czy sztuka. Byłam na niego zachłanna, zachłanna na czas mi poświęcony. A on chciał tworzyć".

Rozeszli się po kilku latach, ale w ostatnim roku przed śmiercią prawie u niego mieszkała.

Już pod koniec życia, kiedy Panek był unieruchomiony w domu po wylewie, jego wyobraźnia wygenerowała przejmujący cykl grafik - "Niewidomi erotomani". Niewidomego erotomana Panek spotkał naprawdę. Żebrał na ulicy, od jakiejś prostytutki zaraził się syfilisem. Panek mówił, że miał ten człowiek miał niezwykłe czucie. Czuł wszystko dokoła. Twierdził, że czuje także kobiety. Jan Fejkiel dostrzegł w tych grafikach głęboką symbolikę erotyczną.

Wyrwałem zęby, potrzebowałem bólu

Po powrocie z Chin Panek otrzymał propozycję współpracy z Teatrem Cricot 2. Skończyło się na kilku próbach do "Cyrku".

Jan Fejkiel, właściciel galerii: - Grupa Krakowska to był klub artystyczny, gdzie prym wiódł Kantor, a Panek nie znosił prymatów. Tylko sztuka. Jak się zaczynało stabilizować, wywracał do góry nogami. Cykl jego grafik pt. "Oszust matrymonialny" to była obrona tej wolności. Szukał emocji. Opowiadał mi raz Ryszard Otręba, jak go spotkał wracającego od dentysty. Otręba: - Chorujesz? Panek: - Nie, wyrwałem dwa zęby. Otręba: - Dlaczego? Panek: - Potrzebowałem bólu.

Czołem konfidenci!

Panek umiał też obrazić. Później żałował, jak tego, co się stało w Jamie Michalika.

Kiedy był już znany, miał kilka propozycji pracy na uczelniach. Wybrał krakowską ASP. Uczył zaledwie kilka miesięcy w roku akademickim 1967/1968. Wylali go. Tadeusz Jackowski, grafik, zapamiętał tamto popołudnie. Bankiet w Jamie Michalikowej z władzami aż z Warszawy i szampanem. Nagle wszedł Panek. Wystrojony, żeby było elegancko. Ale przedawkował. Otworzył drzwi i krzyknął gromko: "Czołem konfidenci!".

Po wielu latach niesfornego nauczyciela uczelnia mianowała "honorowym profesorem".

Choć wódka (wina nie pił) jeszcze nie raz napytała mu biedy, to ją uwielbiał. "Wódka rozmiękcza, wódka daje życie, wódka to jest cudo" - twierdził.

Nieżyjący już Igol Trybowski, historyk sztuki, opowiadał pewne zdarzenie z 1968 roku: "Wracałem do domu ulicą Reformacką, późnym wieczorem, a właściwie już nocą. Patrzę, a tu na ulicy leży Jurek Panek i smacznie sobie śpi. Listki z drzew ogrodów oo. reformatów złote obok niego padają, bo to jesień, pies Pimpek go pilnuje, a nad Jurkiem stoi znajomy sierżant milicji i drugiego milicjanta w plecy wali. Pytam się więc: - Panie sierżancie, co pan tutaj tak swego kolegę bije? - Panie Igolu - on mi na to - pan Panek tu sobie śpi, a ten, z Nowego Sącza przysłany, chciał go ruszać, krzyczeć zaczął i już pałę na pana Panka wyciągał. Szczęściem ten krzyk usłyszał, z komendy wybiegłem i teraz go tu uczę".

Stosunki artysty z milicją, tą dzielnicową, układały się dobrze i później. Jacek Sroka, malarz i grafik, kupił w 1988 roku obraz starszego kolegi - "Dziesięć krów". Autor postanowił uczcić to biesiadą w pracowni Sroki w Nowej Hucie. Pili (był jeszcze Dominik Rostworowski) i śpiewali m.in. "Pieśń Feliksa" z "Dziadów". Niosło się nad ranem po robotniczej dzielnicy: "Nie dbam, jaka spadnie kara / Mina, Sybir czy kajdany / Zawsze ja wierny poddany / Pracować będę dla cara".

Nastrój popsuła milicja. Jacek Sroka: - Zawezwali "sukę", żeby odwieźć nas w wiadome miejsce. Wtedy zacząłem tłumaczyć, że ja i Dominik pojedziemy, ale Panka muszą uwolnić, bo to jeden z największych polskich artystów. Wygląd Jurka przeczył temu, ale pieczątka ASP w moim dowodzie pomogła przekonać szlachetnych milicjantów. Odesłali nas na najbliższa ławkę, dla zastanowienia.

Kiedy Panek nie pił, wcierał sobie wódkę w głowę. Uwielbiał zapach alkoholu. Raz przyszedł do pracowni Konrada Pollescha, fotografa, który akurat umył spirytusem szyby. - Ładnie pachniesz, co piłeś? - spytał Panek.

Kazimierz Zastawnik, ekonomista, kolekcjoner: - W ostatnich latach, już po wylewie, w zasadzie nie pił. Tylko balsam kapucyński. Naparsteczek. Resztę z kieliszka wcierał sobie w dłonie. Wierzył, że to mu pomaga. Ale nie był nałogowcem. Mógł pić przez rok, a potem przez kolejny - nie. To picie zresztą nie było duże, jak pracował, to drzwi zamykał i odstawiał wódkę - broni Panka.

Tam, gdzie wódka smakowała najlepiej

W 1962 roku dostał pracownię w tzw. PALMIE (skrót od Polskich Artystów, Literatów, Muzyków i Aktorów, bo mieszkali tam m.in. Mikulscy - malarz i muzyk, Penderecki czy Józef Jarema) przy Szerokiej, pod numerem 26, na Kazimierzu. To był jego dom do śmierci. Bez domofonu, pralki, lodówki, telewizora, telefonu.

Dominik Rostworowski, właściciel galerii: - Tam czas cudownie płynął, a wódka smakowała najlepiej na świecie. Melina była w sąsiedztwie, można było pić do woli. Dla mnie było ważne to, że jestem w towarzystwie człowieka, który jest autentyczny. Może kanciasty, ale poczciwy. Była taka Joasia, której pomagał. Udostępnił jej mieszkanie w Bieżanowie, wspierał finansowo. Była studentką ASP.

Mieczysław Górowski, grafik: - Poznałem Jurka, jak się urodził mój syn, 23 lata temu. Wiadomo, na chrzciny ludzie dają pieniądze. Uzbierało się trochę, więc pomyślałem, że trzeba by kupić jakąś pamiątkę dla Maćka. Ceniłem Panka, poszedłem. Tak go wzruszyło, że w takim momencie pomyślałem o nim, że dał mi od razu dwa obrazy. Mam je do dziś.

Siadłem przed złym lustrem

Mieszkanie Panka jak cela mnicha, ale i muzeum. Obrazy Makowskiego, Muchy, Blondera, szkic Renoira, Legera, grafika Rembrandta, "Kaprysy" Goi, ryciny francuskie i niemieckie, m.in. Beckmanna. Mieszkanie jak cela mnicha, na środku stół stolarski, wszędzie sztuka i książki. Dużo prac outsiderów i artystów ludowych. Nikifory, Janasy, Miki, Heródki i Więcki.

Leszek Macak, kolekcjoner i właściciel galerii: - Pojechałem raz z Pankiem do Wilczysk, do Ludwika Więcka. To był artysta jak dziecko - infantylny, przyjazny i ciepły. Panek był nim zachwycony, zwłaszcza, że Więcek lubił winko. Panek mu powiedział, że musi się podpisywać i on od tej chwili sygnował swoje obrazki "L. Wiecek". Ludwik spytał Panka, co mu namalować. - Babę. - mówi Panek. On mu namalował babę z piersiami, które były wypukłe.

Najważniejszym sprzętem na Szerokiej był lustro (dostał je od rodziny Pugetów). Bo właściwie Panek to autoportret. Jego rysy mają bohaterowie grafik i obrazów: pastuchy, wariatki, kurwy, świdrowaci, potępieńcy, źli urzędnicy, aktorki, starcy. I zwierzęta - kozy, krowy, konie i psy - też mają coś z artysty.

"Blaszany gwizdek wziąłem w zęby, ubrałem kapelusz z odpustu, siadłem przed złym lustrem. Podrapałem się w plecy. W lustro nie spojrzałem. Nie do wiary, co zobaczyłbym w lustrze. Nakreśliłem koło kredą na brudnej ścianie. Naprzeciw wbiłem hak. Zawiesiłem lustro. Zimnego barszczu łyknąłem, oblizałem się i jest autoportret".

Siebie znał najlepiej.

Kochał psy

Pimpek, biały szpic, był z nim od małego. W 1964 roku uratowała go Barbara Jastrzębiec-Myszkowska. Wzięła psa jakiemuś facetowi, bo go chciał utopić w Wiśle i przyniosła na Szeroką.

Panek: "Kiedyś prowadzę tego psinę i spotykam staruszkę, która schyla się nad nim i wykonuje jakieś ruchy. Co pani robi, pytam. A ona na to: ja go chrzczę. Na wszelki wypadek.(...) Umarł w 1982 roku. Przeziębił się, bo za dużo z nim chodziłem na spacery, popiłem i go nie dopatrzyłem. A jeszcze trochę by pociągnął. (...) Pimpek to był swój pies, a Dudek - pies służbista. Złapała go rzeźbiarka Bursowa na Plantach i zatrzymała w swojej pracowni. Dzwoni do mnie, niech pan przyjedzie i go zobaczy bo inaczej oddam go do azylu. Nie chciałem już nowego psa, ale poszedłem. (...) potem przyprowadziłem psa do domu, kupiłem mu obrożę, numerek, zameldowałem w radzie narodowej i już wszyscy przyjaciele mówili, że Panek ma psa. I że pies gryzie. (...) Kiedyś w kwietniu położyłem się i go pogłaskałem. A on mnie ugryzł! Powiedziałem: ty draniu, wyciągnąłem cię z niewoli, a ty taki - won. Wyszedłem z nim, może druga, trzecia w nocy, ciemno, jak go odganiam a pies idzie za mną i idzie. Więc w końcu zmiękłem. Wróciliśmy do domu. Już go nigdy nie głaskałem, ale szanowałem i bardzo kochałem."

Nie zgodził się go uśpić

Górowski mówi, że jak umarł Pimpek, to Panek przez miesiąc nie wracał do domu, łaził po ludziach. Dudka - piaskowego kundla - wszyscy się bali. Nie wiadomo, jaką traumę musiał przejść, bo był agresywny. - Mnie pogryzł trzy razy, raz nawet tak potarmosił mi rękę, że przez tydzień nie mogłem nią ruszać. A powodem było na przykład wyciągnięcie ręki do Jurka na powitanie. Raz przyjechała wystawa Jurka prac z Sopotu. Wchodzi kurator galerii z uśmiechem. W lewej ręce ma teczkę ze spisem prac. Facet wita się prawą ręką z Pankiem, a pies wgryza się w lewą, ściskającą teczkę. Krew, facet w szoku. Innym razem przyszedł ksiądz z opłatkami. Dudek nie cierpiał czarnego, a ksiądz cały na czarno. Nawet teczkę miał w tym kolorze. Pies rzucił się tak gwałtownie, że ksiądz ledwie zdążył uciec. Jurek wyszedł za nim, zaczął przepraszać, ale ksiądz nie chciał wrócić, dał opłatki za drzwiami.

Dudka kochał tak bardzo, że chciał go uszczęśliwić. Koledzy opowiadają, że na spacerze z Dudkiem spotkał jakąś nieznajomą z suczką. Wyjął z kieszeni pięć dolarów i zaproponował, by pozwoliła Dudkowi pobzykać się z jej podopieczną. Kobieta ponoć wezwała milicję.

Umarł przed północą

Pod koniec życia Panek był nieufny wobec ludzi. Przykuty do łóżka - miał zwyrodniałe stawy biodrowe - mniej pracował. Przez wylew krwi do mózgu gorzej widział, słyszał, miał niedowład. Przestał pić, nie spał.

Barbara Jastrzębiec-Myszkowska: - Na wigilię przyniosłam mu pierogi. (...) W pewnym momencie Jerzy popatrzył na mnie intensywnie, wiedziałam, że chce mi coś powiedzieć. Zapytał: Basiu, jesteś wolna? Odpowiedziałam, że zostanę, że nie wychodzę. A on na to: Pytam, co masz napisane w dowodzie? Zrozumiałam i mówię, że moje sprawy są uregulowane. Wtedy Jerzy: Basiu, no to ślub, nie? Nawet się nie zastanawiałam (...) Ślub miał być w czwartek 4 stycznia, ale urzędniczka z urzędu nie miała czasu. Musiałam się zgodzić na piątek, chociaż mnie niepokoił jako dzień cierpienia. Jednak w czwartek Jerzy poczuł się bardzo źle. Mówił: Basiu, ja odchodzę. Miał bardzo zimne ręce, masowałam je. Zaczęły mu sztywnieć, cały czas pytał: Co będzie z moimi rękami? Bał się, że nie będzie mógł pracować.

Umarł przed północą. Kazimierz Zastawnik mówi, że jak chce go przywołać, to bierze do ręki jego dłutko.



Wystawa "Jerzy Panek (1918-2001)" w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie, potrwa do 5 listopada. Pisząc tekst, korzystałam m.in. z materiałów filmowych Konrada Pollescha i Franciszka Palowskiego oraz nowo wydanej przez Bibliotekę Narodową książki "Panek Gielniak" opracowanej przez Elżbietę Dzikowską i Wiesławę Wierzchowską

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów