Fotografie ocalałe z zagłady
2007-06-21
, aktualizacja: 21.06.2007 00:00
Andrzej Zeitz, dentysta z Nowego Sącza, nie ma w zwyczaju grzebać w ulicznych koszach na śmieci. Jednak wiosną sześć lat temu właśnie w koszu przed swoją przychodnią znalazł świadectwo świata, który przestał istnieć kilkadziesiąt lat temu


Zdjęcie nieznanego mężczyzny, zrobione w atelier J. Zacharskiego w Nowym Sączu

Ksiel Eisenbach - tylko jego rozpoznał na fotografiach Jakub Mueller

Podpis na odwrocie: "Koledze - koleżanka na wieczną pamiątkę, Rózia 3 V 1935"

Pierwszy z prawej klęczący mężczyzna to prawdopodobnie Uszer - domniemany właściciel albumu


"Na pamiątkę dla Uszera (nazwisko nieczytelne) od Lali Birmanowej 1 VII 1933"
ZOBACZ TAKŻE
- Photographs which survived Shoah (15-04-08, 12:27)
GALERIA ZDJĘĆ
- Fotografie - cz. 2 (Photographs - album 2) (17-04-08, 12:52)
- Fotografie - cz. 1 (15-04-08, 13:09)
Zaintrygowały go ramy. Bardzo stare, pożarte przez korniki. Ledwo mieściły się w koszu. Spomiędzy nich wystawał gruby zwitek papierów polepionych gliną. Kiedy po niego sięgnął, zaczął mu się kruszyć w rękach.
Ze starych fotografii spoglądały piękne żydowskie dziewczyny: Lala Birmanowa (zapisek na odwrocie: "Na pamiątkę dla Uszera, 1VII 1933"), Rózia ("Koledze - Koleżanka na wieczną pamiątkę, 3 V 1935"), Rachela ("Na pamiątkę ofiarowuje koledze, 21 V 1938"), Leika Gross otoczona gromadą prężących muskuły chłopaków ("wakacje w Krościenku, 1 VIII - 16 VIII 1937").
Pozujący do fotografii zbiorowych uśmiechali się niepewnie, przybrawszy wymuszone pozy. Większość zdjęć została niewyraźnie opisana ołówkiem: "Przed wyjazdem Leszka Luikiera do Włoch, 10 I 1938", "Kurs Instruktorski przed wyjazdem Majera Schwaira do Palestyny" (daty brak) , "Na stacji przed wyjazdem Rózi Rosenberg do Palestyny 16 X 1935".
Przeglądając rozsypujące się fotografie nowosądeckich i tarnowskich Żydów, Zeitz zdał sobie sprawę, że w rękach kruszy mu się świadectwo świata, który odszedł na zawsze. Nie mógł pozwolić, by przepadło w ulicznym koszu przed Rejonową Przychodnią Dentystyczną przy ul. Kazimierza Wielkiego w Nowym Sączu.
Wypłowiał już tamten obrazek*
Zeitz mówi o sobie, że ma duszę historyka, ale bardziej od ludzkich losów interesują go stare budowle i broń. Dlatego zniszczone fotografie przeleżały nietknięte w szufladzie dentysty przez kilka lat. Nie próbował dowiedzieć się, do kogo należały. Podejrzewa, że do kosza wyrzucił je ktoś, kto mieszka w kamienicy w okolicy rynku. - Może jakiś nowy lokator znalazł je na strychu podczas wiosennych porządków? - zastanawia się Zeitz.
Kiedyś pomyślał, że fotografie marnują się u niego. Nie miał serca i czasu, by samemu zgłębiać ich historię, ale czuł, że ktoś powinien to zrobić. Przekazał zbiór Bogdanowi Likusowi - koledze z Krakowa, malarzowi i rzeźbiarzowi, dzięki któremu w końcu trafił on w nasze ręce.
Zanim jednak tak się stało, Likus spędził wiele tygodnie na doprowadzaniu fotografii do porządku.
- Były polepione czymś brązowym. Jakby błotem, a może nawet zaschniętą krwią. Mam już taką wyobraźnię, że jak je zobaczyłem w takimi stanie, zaraz przed oczami stanął mi widok rozstrzeliwanych Żydów. A wśród nich jednego, który miał przy sobie te zdjęcia - mówi Likus.
Brązowawy nalot przez kilka dni ścierał delikatnie spirytusem. Opowiada o swoim wzruszeniu, kiedy spod osadu zaczęła wyłaniać się twarz. - To była twarz przepięknej dziewczyny, którą natychmiast zapragnąłem namalować - wspomina.
Z zapisu na odwrocie wiadomo, że dziewczyna miała na imię Rózia, a zdjęcie zrobiono 3 maja 1935 roku. Nazwiska nie było.
Dziś kiedy dym, to po prostu dym
Jakub Müller ma 87 lat, drobną, pooraną zmarszczkami twarz i jasnobłękitne prawie przeźroczyste oczy. Wiele czasu spędza w oknie na pierwszym piętrze domu przy ul. Rybackiej 3. Stąd najlepiej widać cmentarz żydowski w Nowym Sączu. Jakub tym cmentarzem się opiekuje. Chodzi drobnymi kroczkami, za to bardzo szybko. Nie lubi marnować czasu.
- Ortodoksyjnym Żydom, którzy swoje życie spędzają na modłach i oczekiwaniu na Mesjasza, powtarzam, że przed przyjściem Mesjasza też trzeba żyć - opowiada.
Pomimo swojego wieku Müller żyje bardzo intensywnie. Jeździ po całym świecie, zbierając pieniądze na remont nowosądeckiego cmentarza. Zaraz po wojnie wybudował wokół niego mur z macew. Tylko w ten sposób mógł ocalić je przez odbywającymi się na ul. Rybackiej targami bydła.
Świat przyjeżdża też do Jakuba. O historii nowosądeckich Żydów opowiada zagranicznym studentom i uczniom, wycieczkom zorganizowanym i indywidualnym turystom. To dla nich tuż przy cmentarzu stawia teraz dom, w którym mogliby wypocząć po podróży. Jest jedną z dwóch osób w mieście, które przyznają się do swojego żydowskiego pochodzenia (drugą jest urodzona w ukryciu w 1942 roku Anna Kępińska).
- Przed wojną było nas tu 14 tysięcy - wzdycha.
Kiedy pokazujemy mu album, długo, bardzo dokładnie ogląda go w milczeniu. Potem wyznaje, że miał nadzieję znaleźć wśród rozbawionych dziewcząt na fotografiach swoje trzy siostry. Ani one, ani rodzice i dwóch braci Jakuba Müllera nie przeżyli wojny. Niestety, na zdjęciach nie odnajduje najbliższych. Rozpoznaje za to swojego kolegę Ksiela Eisenbacha. Bardziej dzięki podpisowi na odwrocie niż samej fotografii, która przedstawia kilkunastoletniego chłopca stojącego na baczność w studiu fotograficznym na tle tapety w róże. Kilka lat później ten chłopiec został przełożonym Müllera - przewodniczącym grupy młodzieży syjonistycznej Freihit (Wolność) walczącej o powstanie państwa Izrael. Umrze w Palestynie po wojnie.
Feder, Linger, Bittner, Schimmel, Singer, Birmann, Luikier - to najczęściej pojawiające się w podpisach pod fotografiami nazwiska. Müller sprzed wojny pamięta je wszystkie: - Linger? Byli tacy. Bittner? Też, a jakże. Tyle czasu minęło... Twarze trudno rozpoznać...
Ze starych fotografii spoglądały piękne żydowskie dziewczyny: Lala Birmanowa (zapisek na odwrocie: "Na pamiątkę dla Uszera, 1VII 1933"), Rózia ("Koledze - Koleżanka na wieczną pamiątkę, 3 V 1935"), Rachela ("Na pamiątkę ofiarowuje koledze, 21 V 1938"), Leika Gross otoczona gromadą prężących muskuły chłopaków ("wakacje w Krościenku, 1 VIII - 16 VIII 1937").
Pozujący do fotografii zbiorowych uśmiechali się niepewnie, przybrawszy wymuszone pozy. Większość zdjęć została niewyraźnie opisana ołówkiem: "Przed wyjazdem Leszka Luikiera do Włoch, 10 I 1938", "Kurs Instruktorski przed wyjazdem Majera Schwaira do Palestyny" (daty brak) , "Na stacji przed wyjazdem Rózi Rosenberg do Palestyny 16 X 1935".
Przeglądając rozsypujące się fotografie nowosądeckich i tarnowskich Żydów, Zeitz zdał sobie sprawę, że w rękach kruszy mu się świadectwo świata, który odszedł na zawsze. Nie mógł pozwolić, by przepadło w ulicznym koszu przed Rejonową Przychodnią Dentystyczną przy ul. Kazimierza Wielkiego w Nowym Sączu.
Wypłowiał już tamten obrazek*
Zeitz mówi o sobie, że ma duszę historyka, ale bardziej od ludzkich losów interesują go stare budowle i broń. Dlatego zniszczone fotografie przeleżały nietknięte w szufladzie dentysty przez kilka lat. Nie próbował dowiedzieć się, do kogo należały. Podejrzewa, że do kosza wyrzucił je ktoś, kto mieszka w kamienicy w okolicy rynku. - Może jakiś nowy lokator znalazł je na strychu podczas wiosennych porządków? - zastanawia się Zeitz.
Kiedyś pomyślał, że fotografie marnują się u niego. Nie miał serca i czasu, by samemu zgłębiać ich historię, ale czuł, że ktoś powinien to zrobić. Przekazał zbiór Bogdanowi Likusowi - koledze z Krakowa, malarzowi i rzeźbiarzowi, dzięki któremu w końcu trafił on w nasze ręce.
Zanim jednak tak się stało, Likus spędził wiele tygodnie na doprowadzaniu fotografii do porządku.
- Były polepione czymś brązowym. Jakby błotem, a może nawet zaschniętą krwią. Mam już taką wyobraźnię, że jak je zobaczyłem w takimi stanie, zaraz przed oczami stanął mi widok rozstrzeliwanych Żydów. A wśród nich jednego, który miał przy sobie te zdjęcia - mówi Likus.
Brązowawy nalot przez kilka dni ścierał delikatnie spirytusem. Opowiada o swoim wzruszeniu, kiedy spod osadu zaczęła wyłaniać się twarz. - To była twarz przepięknej dziewczyny, którą natychmiast zapragnąłem namalować - wspomina.
Z zapisu na odwrocie wiadomo, że dziewczyna miała na imię Rózia, a zdjęcie zrobiono 3 maja 1935 roku. Nazwiska nie było.
Dziś kiedy dym, to po prostu dym
Jakub Müller ma 87 lat, drobną, pooraną zmarszczkami twarz i jasnobłękitne prawie przeźroczyste oczy. Wiele czasu spędza w oknie na pierwszym piętrze domu przy ul. Rybackiej 3. Stąd najlepiej widać cmentarz żydowski w Nowym Sączu. Jakub tym cmentarzem się opiekuje. Chodzi drobnymi kroczkami, za to bardzo szybko. Nie lubi marnować czasu.
- Ortodoksyjnym Żydom, którzy swoje życie spędzają na modłach i oczekiwaniu na Mesjasza, powtarzam, że przed przyjściem Mesjasza też trzeba żyć - opowiada.
Pomimo swojego wieku Müller żyje bardzo intensywnie. Jeździ po całym świecie, zbierając pieniądze na remont nowosądeckiego cmentarza. Zaraz po wojnie wybudował wokół niego mur z macew. Tylko w ten sposób mógł ocalić je przez odbywającymi się na ul. Rybackiej targami bydła.
Świat przyjeżdża też do Jakuba. O historii nowosądeckich Żydów opowiada zagranicznym studentom i uczniom, wycieczkom zorganizowanym i indywidualnym turystom. To dla nich tuż przy cmentarzu stawia teraz dom, w którym mogliby wypocząć po podróży. Jest jedną z dwóch osób w mieście, które przyznają się do swojego żydowskiego pochodzenia (drugą jest urodzona w ukryciu w 1942 roku Anna Kępińska).
- Przed wojną było nas tu 14 tysięcy - wzdycha.
Kiedy pokazujemy mu album, długo, bardzo dokładnie ogląda go w milczeniu. Potem wyznaje, że miał nadzieję znaleźć wśród rozbawionych dziewcząt na fotografiach swoje trzy siostry. Ani one, ani rodzice i dwóch braci Jakuba Müllera nie przeżyli wojny. Niestety, na zdjęciach nie odnajduje najbliższych. Rozpoznaje za to swojego kolegę Ksiela Eisenbacha. Bardziej dzięki podpisowi na odwrocie niż samej fotografii, która przedstawia kilkunastoletniego chłopca stojącego na baczność w studiu fotograficznym na tle tapety w róże. Kilka lat później ten chłopiec został przełożonym Müllera - przewodniczącym grupy młodzieży syjonistycznej Freihit (Wolność) walczącej o powstanie państwa Izrael. Umrze w Palestynie po wojnie.
Feder, Linger, Bittner, Schimmel, Singer, Birmann, Luikier - to najczęściej pojawiające się w podpisach pod fotografiami nazwiska. Müller sprzed wojny pamięta je wszystkie: - Linger? Byli tacy. Bittner? Też, a jakże. Tyle czasu minęło... Twarze trudno rozpoznać...
Już nie bój się nocy
We wrześniu 1939 roku Jakub Müller miał 19 lat i sześć miesięcy. Jego rodzina z dziada pradziada mieszkała w Nowym Sączu. Tu też młody żydowski chłopak ukrywał się przez całą wojnę. Z Polski wyjechał dopiero w 1969 roku. "Jeśli chcesz, zostań. Ja zabieram dzieci i uciekam stąd" - powiedziała mu żona, która czuła narastającą wokół, podsycaną przez oficjalną propagandę, niechęć do Żydów. Do końca lat 80. Müllerowie mieszkali w Szwecji. Potem wrócili do Nowego Sącza.
Wraca do lat okupacji. - Najpierw Niemcy zabronili Żydom chodzić po chodnikach. Ale to można było przeżyć. Gdy gestapowiec szedł ulicą, a Żyd zdejmował czapkę, by mu się ukłonić, ten wołał go do siebie: "Bezczelny Żydzie, uważasz się za mojego kolegę, żeby się ze mną witać?" - krzyczał Niemiec i bił po twarzy. Gdy Żyd się nie kłaniał, też dostawał w twarz, bo okazywał lekceważenie. Ale i to można było przeżyć - opowiada. Najgorsze przyszło, gdy utworzono getto. - To, co z nami zrobiono, to również nasza wina. Na początku wojny mieliśmy przecież pieniądze. Trzeba było kupić za nie broń i zorganizować partyzantkę, a nie iść potulnie na rzeź jak barany - irytuje się Jakub. - Ale strach, głód i zimno zżerały człowiekowi cały rozum. Zamieniały w zwierzę niezdolne do działania.
Kroki w sieni... nie drżyj tak
Jakub Müller co roku samotnie pali świeczki na sądeckim kirkucie. Przychodzi tam 29 kwietnia, w rocznicę rozstrzelania 400 Żydów z Nowego Sącza w 1942 roku. Pretekstem było oskarżenie o sympatyzowanie z organizacjami lewicowymi.
Ludzi na śmierć osobiście wytypował szef nowosądeckiej policji Heinrich Hamann. Posłużył się listą osób korzystających z Biblioteki im. Maksa Rosenfelda. Kazał żydowskiej policji znaleźć wszystkich i przyprowadzić na gestapo. Przed rozstrzelaniem Hamann kazał im tańczyć. Orkiestra grała całą noc. Podobno wszystko oglądały żony i dzieci esesmanów. "To wasz taniec śmierci!" - miał wołać Hamann.
Po zamordowaniu Żydów rozochoceni esesmani upili się i ze śpiewem na ustach przeszli do getta (była to część miasta od ul. Kazimierza Wielkiego do ul. Pijarskiej i Piotra Skargi). Wyważali drzwi domów, wybijali okna, wchodzili do środka i strzelali jak popadło. "Ciała znajdowaliśmy rankiem następnego dnia w mieszkaniach. Zastrzelono ich we własnych łóżkach. Matki z dziećmi..." - pisała we wspomnieniach Reny Anisfeld, córka nowosądeckiego kupca Mojżesza Guttereicha.
Naliczono wtedy 80 ofiar. Getto zlikwidowano w tym samym roku.
"Wpadali prawie co noc pijani gestapowcy, torturowali i dręczyli, męczyli Żydów biciem lub rozstrzeliwali na miejscu. Były też i takie sceny, że gestapowcy chwytali za nóżki niemowlęta żydowskie i rozbijali im główki. Bardzo często sam Hamann osobiście brał udział w tych nocnych wypadach do getta, maltretując i zabijając z pistoletu (...). Codziennie ubywało ludzi, którzy byli zamęczani lub rozstrzeliwani. Wszystko działo się za akceptacją, a najczęściej przy udziale Hamanna, który był zmorą i postrachem" - czytamy w relacjach mieszkańców Nowego Sącza opublikowanych w wydawnictwie "Okupacja hitlerowska w Nowym Sączu i w Sądecczyźnie w latach 1939-1945".
W czasie likwidacji getta na cmentarzu przy ul. Rybackiej zamordowano wszystkich chorych oraz cały niższy personel żydowskiego szpitala. Lekarzy i średni personel wysłano do obozów koncentracyjnych. Nielicznych mieszkańców getta przeniesiono do drugiego tzw. otwartego getta w rejonie osiedla Kochanowskiego. Zlikwidowano je latem 1943 roku.
Żydów ocalałych z pogromu wywieziono do obozu w Bełżcu. Wśród nich byli rodzice Jakuba Müllera. Nigdy więcej ich nie zobaczył.
Podczas II wojny światowej zamordowanych zostało około 17 tys. Żydów z Nowego Sącza i okolic.
Minęło tyle lat
Na wielu ze znalezionych fotografii widać młodego, szczupłego chłopaka z burzą ciemnych włosów na głowie. W wakacje 1936 roku jeździ wspaniałym rowerem kolarskim po Nowym Targu; w sierpniowy poranek 1937 roku, na wakacjach w Krościenku, przytula się do Leiki Gross. Dokładnie rok później fotografuje się z kolegami na słynnej wówczas nowosądeckiej plaży pod mostem kolejowym (15 sierpnia 1938 roku). 10 stycznia 1938 roku pozuje do pożegnalnej fotografii przed wyjazdem Leszka Luikiera do Włoch. Widzimy go też na zdjęciach z kolonii instruktorskich przez wyjazdem do Palestyny.
Dziewczyny na swoich podobiznach piszą dedykacje: "Dla Uszera".
Czy to możliwe, że zdjęcia, które dentysta z Nowego Sącza znalazł w koszu na śmieci, należały do tego chłopaka z zawadiackim uśmiechem, któremu podbijanie serc kobiecych przychodziło z łatwością?
Czy jest szansa, żeby dziś znaleźć odpowiedź na to pytanie?
- Był świat, nie ma świata - mówi Jakub Müller. I zamyka album.
* Śródtytuły pochodzą z piosenki Agnieszki Osieckiej "Miasteczko Bełz".
We wrześniu 1939 roku Jakub Müller miał 19 lat i sześć miesięcy. Jego rodzina z dziada pradziada mieszkała w Nowym Sączu. Tu też młody żydowski chłopak ukrywał się przez całą wojnę. Z Polski wyjechał dopiero w 1969 roku. "Jeśli chcesz, zostań. Ja zabieram dzieci i uciekam stąd" - powiedziała mu żona, która czuła narastającą wokół, podsycaną przez oficjalną propagandę, niechęć do Żydów. Do końca lat 80. Müllerowie mieszkali w Szwecji. Potem wrócili do Nowego Sącza.
Wraca do lat okupacji. - Najpierw Niemcy zabronili Żydom chodzić po chodnikach. Ale to można było przeżyć. Gdy gestapowiec szedł ulicą, a Żyd zdejmował czapkę, by mu się ukłonić, ten wołał go do siebie: "Bezczelny Żydzie, uważasz się za mojego kolegę, żeby się ze mną witać?" - krzyczał Niemiec i bił po twarzy. Gdy Żyd się nie kłaniał, też dostawał w twarz, bo okazywał lekceważenie. Ale i to można było przeżyć - opowiada. Najgorsze przyszło, gdy utworzono getto. - To, co z nami zrobiono, to również nasza wina. Na początku wojny mieliśmy przecież pieniądze. Trzeba było kupić za nie broń i zorganizować partyzantkę, a nie iść potulnie na rzeź jak barany - irytuje się Jakub. - Ale strach, głód i zimno zżerały człowiekowi cały rozum. Zamieniały w zwierzę niezdolne do działania.
Kroki w sieni... nie drżyj tak
Jakub Müller co roku samotnie pali świeczki na sądeckim kirkucie. Przychodzi tam 29 kwietnia, w rocznicę rozstrzelania 400 Żydów z Nowego Sącza w 1942 roku. Pretekstem było oskarżenie o sympatyzowanie z organizacjami lewicowymi.
Ludzi na śmierć osobiście wytypował szef nowosądeckiej policji Heinrich Hamann. Posłużył się listą osób korzystających z Biblioteki im. Maksa Rosenfelda. Kazał żydowskiej policji znaleźć wszystkich i przyprowadzić na gestapo. Przed rozstrzelaniem Hamann kazał im tańczyć. Orkiestra grała całą noc. Podobno wszystko oglądały żony i dzieci esesmanów. "To wasz taniec śmierci!" - miał wołać Hamann.
Po zamordowaniu Żydów rozochoceni esesmani upili się i ze śpiewem na ustach przeszli do getta (była to część miasta od ul. Kazimierza Wielkiego do ul. Pijarskiej i Piotra Skargi). Wyważali drzwi domów, wybijali okna, wchodzili do środka i strzelali jak popadło. "Ciała znajdowaliśmy rankiem następnego dnia w mieszkaniach. Zastrzelono ich we własnych łóżkach. Matki z dziećmi..." - pisała we wspomnieniach Reny Anisfeld, córka nowosądeckiego kupca Mojżesza Guttereicha.
Naliczono wtedy 80 ofiar. Getto zlikwidowano w tym samym roku.
"Wpadali prawie co noc pijani gestapowcy, torturowali i dręczyli, męczyli Żydów biciem lub rozstrzeliwali na miejscu. Były też i takie sceny, że gestapowcy chwytali za nóżki niemowlęta żydowskie i rozbijali im główki. Bardzo często sam Hamann osobiście brał udział w tych nocnych wypadach do getta, maltretując i zabijając z pistoletu (...). Codziennie ubywało ludzi, którzy byli zamęczani lub rozstrzeliwani. Wszystko działo się za akceptacją, a najczęściej przy udziale Hamanna, który był zmorą i postrachem" - czytamy w relacjach mieszkańców Nowego Sącza opublikowanych w wydawnictwie "Okupacja hitlerowska w Nowym Sączu i w Sądecczyźnie w latach 1939-1945".
W czasie likwidacji getta na cmentarzu przy ul. Rybackiej zamordowano wszystkich chorych oraz cały niższy personel żydowskiego szpitala. Lekarzy i średni personel wysłano do obozów koncentracyjnych. Nielicznych mieszkańców getta przeniesiono do drugiego tzw. otwartego getta w rejonie osiedla Kochanowskiego. Zlikwidowano je latem 1943 roku.
Żydów ocalałych z pogromu wywieziono do obozu w Bełżcu. Wśród nich byli rodzice Jakuba Müllera. Nigdy więcej ich nie zobaczył.
Podczas II wojny światowej zamordowanych zostało około 17 tys. Żydów z Nowego Sącza i okolic.
Minęło tyle lat
Na wielu ze znalezionych fotografii widać młodego, szczupłego chłopaka z burzą ciemnych włosów na głowie. W wakacje 1936 roku jeździ wspaniałym rowerem kolarskim po Nowym Targu; w sierpniowy poranek 1937 roku, na wakacjach w Krościenku, przytula się do Leiki Gross. Dokładnie rok później fotografuje się z kolegami na słynnej wówczas nowosądeckiej plaży pod mostem kolejowym (15 sierpnia 1938 roku). 10 stycznia 1938 roku pozuje do pożegnalnej fotografii przed wyjazdem Leszka Luikiera do Włoch. Widzimy go też na zdjęciach z kolonii instruktorskich przez wyjazdem do Palestyny.
Dziewczyny na swoich podobiznach piszą dedykacje: "Dla Uszera".
Czy to możliwe, że zdjęcia, które dentysta z Nowego Sącza znalazł w koszu na śmieci, należały do tego chłopaka z zawadiackim uśmiechem, któremu podbijanie serc kobiecych przychodziło z łatwością?
Czy jest szansa, żeby dziś znaleźć odpowiedź na to pytanie?
- Był świat, nie ma świata - mówi Jakub Müller. I zamyka album.
* Śródtytuły pochodzą z piosenki Agnieszki Osieckiej "Miasteczko Bełz".
Ktokolwiek wie...
Wszystkich, którzy mogą cokolwiek powiedzieć na temat opisanego tu zbioru fotografii nowosądeckich i tarnowskich Żydów, prosimy o kontakt z redakcją.
Wszystkich, którzy mogą cokolwiek powiedzieć na temat opisanego tu zbioru fotografii nowosądeckich i tarnowskich Żydów, prosimy o kontakt z redakcją.
- 6 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień





