Seniorzy z czterogwiazdkowego pensjonatu

Renata Radłowska, Małgorzata Wach
2007-09-14 , aktualizacja: 14.09.2007 00:00
A A A Drukuj
Domu Seniora Fot. Paweł Piotrowski / AG Domu Seniora "Na Wzgórzu" w Głogoczowie
- Ta kapliczka jest dla mnie dowodem na to, że w Głogoczowie naprawdę się starają. Przecież po naszej śmierci to mogliby już przestać, prawda? - mówi pani Helena, mieszkanka Domu Seniora ?Na Wzgórzu? w Głogoczowie
Dr Wojciech Dubiel
Fot. Paweł Piotrowski / AG
Dr Wojciech Dubiel
ZOBACZ TAKŻE
Pan doktor jest młody, przystojny i elegancki. Zna się na wielu rzeczach. Na przykład zna się na biznesie i starości - razem z żoną zainwestował w interes, o którym jeszcze parę lat temu ludzie powiedzieliby: ryzykowny. Małżeństwo lekarzy ryzyka się nie bało. Zbudowali w podkrakowskim Głogoczowie czterogwiazdkowy pensjonat dla staruszków - ale innych, niż ci statystyczni. Dla bogatych albo z bogatymi krewnymi.

Biznes okazał się celnym strzałem.

- Społeczeństwo się starzeje i osób po siedemdziesiątce szybko przybywa, a na starości można zarobić równie dobrze, co na młodości - mówi Wojciech Dubiel, lekarz, właściciel Domu "Na Wzgórzu" (zawsze w garniturze, zawsze z gładko przyczesanymi włosami, zawsze uśmiechnięty i z piękną polszczyzną na ustach). - Także na starości zagranicznej, bo Polacy z zagranicy coraz częściej wolą spędzać ostatnie lata życia w polskich pensjonatach, niż w tych amerykańskich albo nawet australijskich - dodaje.

Uśmiech to zasada

Głogoczów - niewielka wieś pod Krakowem, jakieś dwie minuty od zakopianki, ale w miejscu, do którego nie dociera ani hałas mknących samochodów, ani spaliny. Ludzie mieszkają tu raczej w starych domach, ale też sporo jest tych nowiutkich - ogrodzonych drogim płotem, z podjazdami. Kiedy doktor Dubiel budował pensjonat, ludzie się burzyli: że umieralnię im stawia, że po głównej drodze (tej samej, po której wożą chleb z piekarni) będą im jeździć karawany.

Ale doktor się uparł. Chodził, tłumaczył, przekonywał mieszkańców, że to dla nich będzie dobry interes, bo jakaś nowa inwestycja powstanie, bo pieniądze z podatków zostaną u nich. Dom postawił. Elegancko rozwiązał "pewne problemy" (i subtelnie, bo na jeżdżące po drodze karawany nikt we wsi nie narzeka).

W latach 70. i 80. nazwano by to domem spokojnej starości. Ale wtedy wyglądałby zupełnie inaczej. I żaden z podopiecznych nie miałby tyle frajdy z pomieszkiwania w nim.

- Bo to nie dom opieki, nie dom starców, nie dom spokojnej starości, ale pensjonat. Albo raczej czterogwiazdkowy hotel - mówią jego mieszkańcy. Są w nim luksusy, wygody, jest estetyka. Wszystko po europejsku. Gdzie jest ten luksus? Nie kapie ze ścian, bo w pensjonacie nie ma przepychu. Luksus to oferta, podejście do klienta, szacunek.

Dom, a właściwie willa (1700 m2, kilkadziesiąt pokoi, tyle samo łazienek, salon do masażu, siłownia, biblioteka, sala telewizyjna) ma olbrzymi taras, z którego widać panoramę gór (za taki widok w hotelach płaci się wielkie pieniądze). W recepcji, na wzór tych hotelowych, witają zawsze dwie panie - w wykrochmalonych uniformach, z profesjonalnym uśmiechem. Kolory na ścianach radosne, ale stonowane - dla jednych do wyciszenia, dla innych do pobudzenia. Przy recepcji jest świetlica, a właściwie salon z olbrzymim telewizorem, ze stołem, sofami.

W salonie zawsze ktoś jest - czasem dwadzieścia osób, czasem pięć. Staruszkowie rozsiadają się wygodnie, parkują wózkami przy stolikach. Milczą albo plotkują. Zdarza się taka cisza i senność, że nawet, kiedy na czerwonym pasku w TNV24 leci coś ważnego, w salonie nie rusza się powietrze. Tu się siedzi i tu się czeka. Tu przychodzi personel - stąd zabiera na badania, masaże, kąpiele, rehabilitację. Panie w uniformie tak białym, że aż kłuje w oczy, podchodzą do podopiecznych i pomagają wstać. Delikatnie, za łokieć. Podtrzymują aż złapie się pion. Coś poszepczą do ucha, pogłaszczą po policzku. I oczywiście się uśmiechają. Bo w Głogoczowie uśmiech to zasada.

Stołówka jak restauracja (stoły nakryte białymi obrusami, menu wisi na tablicy). Korytarze i klatki schodowe czyściutkie jak w biurowcach. Duża winda ze stali nierdzewnej. Biblioteka jak salonik bogatej cioci. Doktor Dubiel tak właśnie chciał: - Wszystko musi do siebie pasować. Nie razić przepychem, ale zachwycać elegancją i czystością.

Wyrzucona za "dziadka"

Nie było innej niszy na rynku, że Dubiel wziął się właśnie za taki pomysł?

Pewnie były.

Kilka lat temu jego rodzina szukała miejsca dla dziadka, oczywiście na odpowiednim poziomie. Dubiel studiował medycynę, dobrze wiedział, jakiej dziadek wymaga opieki i jakie miejsce mogło by mu się podobać. Nie znalazł go, więc postanowił je stworzyć. Razem z żoną (też studentką medycyny) objeżdżał w weekendy wioski w pobliżu Krakowa.

Dubiel: - Zależało nam na niedalekim sąsiedztwie miasta. Tak, żeby w każdej chwili sprawni mieszkańcy mogli się do niego wybrać. Zjeść ciastko na Rynku, pospacerować po Plantach.

Trafił się Głogoczów, idealny. Wzięli kredyt, zaczęli budowę (zajęło im to parę lat). Dom seniora "Na Wzgórzu" otwarto w lipcu ubiegłego roku. Na początek Dubielowie mieli pięciu klientów. Koledzy się śmiali, oni robili biznesplany. Teraz mówią, że interes będzie lepszy, jak tylko spłacą kredyty.

Ile zarabiają? Pan doktor nie chce o tym mówić, ale wszystko można policzyć. Mają 45 podopiecznych, część pokoi to apartamenty za 4,5 tysiąca zł miesięcznie, luksusowa "jedynka" to 3-4 tysiące, standardowa - 2 tysiące (w "dwójce" można zamieszkać już za 1800). U Dubielów nie zarabia się źle: np. pielęgniarki mają 15 złotych na godzinę. Płacą, ale też sporo wymagają. Do umowy o pracę pan doktor dołączył niepisany aneks: "najwyższy szacunek wobec mieszkańców domu". Kiedyś zwolnił opiekunkę, która o tym zapomniała - o starszym panu powiedziała "dziadek".

- Luksus kosztuje. Również luksus pracy w takim miejscu - podkreśla Dubiel.

Doktor właśnie robi specjalizację z medycyny rodzinnej (jego żona z interny, ale w planach ma również specjalizację z geriatrii, więc kiedy skończy, będą mieli na miejscu fachowca od starości). Dziś pan doktor ma 32 lata. Lubi dobre garnitury (ale tylko w pracy), ma słabość do drogich wód toaletowych. Dba o siebie: jeździ na rowerze, na rolkach.

Zamontują i plazmę

A więc "mieszkańcy domu". Nie "pensjonariusze", raczej nie "podopieczni". Nigdy nie "dziadkowie".

Kim są? Kombatanci, naukowcy, prawnicy, wykładowcy. Dwójka lokatorów przyjechała aż zza oceanu: Henryk z Australii, Maria z Kanady (oboje z problemami neurologicznymi, na pytania odpowiadają zwykle: "tak", "nie", "dobrze", "źle").

Średnia wieku mieszkańców domu to 80 lat. Najmłodszy lokator ma 77 lat, najstarszy 103. Prawie każdy ma swój pokój. Dwójki są mniej popularne, ale niektórzy chętnie się na nie godzą, żeby tu tylko zostać.

- Mówi się, że na starość wszyscy jesteśmy równi w obliczu chorób i śmierci, to prawda, ale nie wobec cen - mówi z uśmiechem jeden z mieszkańców (sam ma jedynkę, ale "standardową").

Pokoje są przestronne. I można mieć w nich wszystko, co się chce. Antyki? Proszę bardzo - można się sprowadzić z własnym, zabytkowym łóżkiem. Wielka plazma, taka na pół ściany? Czemu nie? Zamontują i plazmę. A jak się nie ma telewizora, to doktor udostępni sprzęt (taki ze standardowego wyposażenia). Z internetem też nie ma problemu. Komody, sekretarzyki, lustra, obrazy, zdjęcia bliskich, ukochane kwiaty w doniczkach... Pokoje mają balkony i łazienki z kabinami prysznicowymi.

Do pokoju się puka.

Każdy robi w pokoju, co chce.

Na przykład można w nim urządzać przyjęcia urodzinowe dla bliskich.

Można też pokój przemeblowywać.

Albo zamawiać do niego śniadanie. Personel przyniesie wszystkie pięć posiłków - zróżnicowanych, opracowanych przez dietetyka (w dodatku w ulubionych miseczkach i na ulubionych talerzykach).

Z apartamentów, jedynek i dwójek idzie się w poniedziałek na rehabilitację, we wtorek na biblioterapię, w środę na masaże i ćwiczenie pamięci, w czwartek znów na rehabilitację, a w piątek to już jak kto chce - przed południem jest msza święta, po południu oglądanie filmów albo muzykoterapia.

Doktor Dubiel traktuje poważnie nie tylko swoich klientów, ale również ich rodziny. Personel kontaktuje się z rodzinami mejlowo, a jak jest sytuacja alarmowa - po prostu dzwoni.

W pokojach mieszkańców stoją na gustownych biureczkach ładowarki do prywatnych komórek, a obok nich leżą notesy z numerami telefonów. Można zadzwonić do rodziny i się poskarżyć.

Inne wygody? Wystarczy zgłosić doktorowi, czego się potrzebuje. Jak np. pani Helena: potrzebuje interkomu, żeby porozmawiać z panią Janiną - pani Janina mieszka obok pani Heleny, obie we własnych apartamentach - to pan doktor też zamontuje. Bo tu mieszkańcom ma być dobrze.

"Płacę, to wymagam, żeby nikt nie chlipał"

Pani Helena, dystyngowana dama po osiemdziesiątce, wie za co płaci te parę tysięcy miesięcznie. Za apartament, za lśniącą łazienkę, za to, że nikt jej nie przeszkadza, nikt nie traktuje jej jak śmiecia. I za lekarza, masażystę, pielęgniarki, rehabilitanta - wszyscy są do jej usług.

Nie wyjdzie ze swojego pokoju bez ułożenia włosów, bez pociągnięcia ust różową szminką. Musi pasować do eleganckiego otoczenia. Zawsze była żoną dyrektora (zawsze, bo często zmieniał posady - oczywiście dyrektorował), zawsze była kierowniczką. Odchowała dzieci, odchowała wnuki i któregoś dnia pomyślała, że w tej jej willi na Woli Justowskiej to już nie będzie bezpieczna.

- Zaczęłam się sypać - opowiada. - A to biodro, a to wzrok. Córka mieszka niedaleko, ale nie chciałam jej fatygować za każdym razem. Zaczęłam szukać jakiegoś miejsca dla siebie, w którym miałabym opiekę 24 godziny na dobę. Takiego, jak pokazują na amerykańskich filmach.

Córka wyszukała ofertę w internecie - to był Głogoczów. Kiedy przyjechała tu po raz pierwszy, była pod wrażeniem - cały czas ktoś koło niej biegał, mówił coś miłego. Zdecydowała, że zostaje. Zażyczyła sobie jedynkę. Córce tłumaczyła: "Bo ja z innymi mieszkać nie chcę. Nie wiem przecież, czy trafię na kogoś na poziomie, czy nie. A jak mi dadzą kogoś, kto chlipie przy jedzeniu?".

Pan Antoni, kombatant (podporucznik AK, pseudonim "Kajtek", z wykształcenia inżynier elektryk), też długo się nie zastanawiał. Przyjechał do Głogoczowa (z małego, drewnianego domku gdzieś między Wadowicami a Krakowem), obejrzał okolicę, a potem powiedział: "Biorę!". I wziął jedynkę. Dziś ma w niej obraz Matki Boskiej w stylu picassowskim, fotografie trzech kobiet swojego życia: matki, żony, córki. Radio, własny telewizor (czasem ogląda "Klan", żeby wiedzieć co się dzieje w mieście), szafkę pod ten telewizor, DVD, które działa jak chce, i ulubioną pościel w motyle.

Personel pamięta: nie lubi kompotu do obiadu, a po obiedzie pasuje mu herbata. Szczególnie lubi poniedziałki i czwartki, bo wtedy jest rehabilitacja, a to oznacza, że do pensjonatu przyjeżdża pani Beatka, która łapie jego dowcipy.

Budzi się o szóstej, ale w łóżku leży do ósmej i nic nie musi. Na miejscu ma drugiego Antoniego, z którym gra w szachy.

Tęskni za dziećmi i wnukami (szczególnie za córką, bo syn mieszka blisko), ale nie chciał nikomu robić kłopotu. Sobie zresztą też. W zeszłym roku w czerwcu pojechał na próbę do córki do Kanady - wrócił, bo z nikim nie mógł sobie pogadać. On do nich po polsku, oni do niego po angielsku (po polsku było tylko: "Dziadek chodź. Obiad!").

Głogoczów jest lepszy niż Kanada.

Tu nikomu nie przeszkadza. Nikt nie przeszkadza jemu. Wszyscy mówią po polsku.

To go kosztuje 2 tysiące.

Niedługo Dubiel będzie miał konkurencję: pod Krakowem powstaje podobny pensjonat. Inwestor liczy na klientów zagranicznych. Zrobił już nawet badania wśród Polonii. Wyszło z nich, że sporo Polaków na stare lata chce wrócić do ojczyzny. Sentyment? Patriotyzm? Nie, pieniądze. - U Dubiela apartament to 4,5 tysiąca, na Zachodzie - tyle samo, ale... w euro - podkreślają rodziny tych, co wracają.

Kapliczka

Najbardziej zadziwiającym miejscem w Głogoczowie (tak mówi pani Helena) jest kapliczka. W ciągu dnia wpada do niej dużo światła. Nocą światło można zapalić. W każdej chwili. I zostać, ile się chce. Jeśli ktoś z mieszkańców umiera, natychmiast pojawia się tam katafalk, ale wygląda jak łóżko (z seledynowym kocem). Obok personel stawia świece. Jest cicho i dostojnie.

Pani Helena: - Ta kapliczka jest dla mnie dowodem na to, że w Głogoczowie naprawdę się starają. Przecież po naszej śmierci to mogliby już przestać, prawda?

* Imiona mieszkańców Domu Seniora "Na Wzgórzu" zostały zmienione.

Podziel się

  • 36 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów