Zapiski na biletach. Zrzutka na jeże
02.10.2009
, aktualizacja: 02.10.2009 11:31
Trudno mi jeszcze w to uwierzyć, choć podobno klamka zapadła. Czy to naprawdę koniec Salwatora? Koniec Wzgórza św. Bronisławy? Koniec pustki i chaszczy?
Czytam o wyroku wojewódzkiego sądu administracyjnego, który przychylił się do żądań inwestorów i uchylił plany zagospodarowania przestrzennego dla jednego z najpiękniejszych zakątków Krakowa. Czytam i, jak to zazwyczaj bywa, mam mieszane uczucia.
Z jednej strony potrafię zrekonstruować sposób myślenia właścicieli położonych na Wzgórzu działek, którzy mają w głębokim poważaniu korytarze ekologiczne, zielone płuca, założenia architektoniczne i wartość kulturową. Co więcej, mogę nad nim utyskiwać, ale muszę go zaakceptować, mieści się bowiem w ramach społecznych, jakie sobie zmajstrowaliśmy 20 lat temu. Ludzie chcą zarabiać na wszystkim, i co im pan zrobisz? Jest właściciel drogocennej działki, po której hulają dzierzby, jeże, szczygły i inna bezużyteczna gadzina, kraje mu się serce, bo rosną tam nawłoć pospolita i dziurawiec, choć powinny rosnąć ściany eleganckich willi i bloków, zwanych apartamentowcami. Właściciel działki chce sprzedać ją po korzystnej cenie i zlekceważyć los jeży. Ponieważ marzą mu się domek z ogródkiem, i garaż, i auto, spokojna przyszłość, zabezpieczony los jego dzieci oraz wczasy na Krecie. Taki - przypomnę - jest społeczny konsensus.
Z drugiej strony rozumiem rozpaczliwe wysiłki planistów miejskich, którzy całymi latami sporządzają plany zagospodarowania przestrzennego, plany skazane na porażkę. Ustawa o planowaniu przestrzennym jest słaba, wystarczy więc, jak się okazuje, bystry prawnik, by plan uchylić i pracę urbanistów wyrzucić do kosza. Dlatego praca krakowskiego Biura Planowania Przestrzennego okazuje się pracą syzyfową. Planuje się po to, żeby później iść do sądu i przegrać.
Jeśli więc uznajemy, że dzierzby, łasice, raniuszki i inne tałatajstwo powinny w danym miejscu pozostać, powinniśmy zapytać właściciela, czy po rozsądnej cenie nie sprzedałby ziemi jednostce miejskiej bądź fundacji, która w nieużytkach znajduje sens. Są takie przykłady w świecie, w nowej Polsce zdarzają się niezwykle rzadko, jedyny, o jakim ostatnio słyszałem, to wykup fragmentów otuliny Biebrzańskiego Parku Narodowego przez Brytyjczyków, którzy postanowili ochronić ptaka wodniczkę. Dzięki takiej interwencji magistratu w 1917 roku powstał też Las Wolski. W "Dzienniku Polskim" z 29 września przeczytałem natomiast, że miasto takich wykupów w najbliższym czasie nie będzie prowadzić. Co prowadzi do następującego splotu okoliczności: władze chcą chronić wartościowe tereny, ale nie mają do tego skutecznych narzędzi ani pieniędzy. Inwestorzy mają i jedno i drugie.
Czy to oznacza, że los Wzgórza św. Bronisławy jest przesądzony, a za kilka lat zamiast dzikich łąk będziemy oglądać rezydencje "King George V" i zespoły bloków o miłych nazwach, typu "Wrzosowa dolina"? Nie, nie, nie. Nie rezygnujmy zbyt szybko. Jeśli planów brakuje, a prawo jest kulawe, pozostaje oręż najtwardszy, czyli finansowy. Widzi mi się wielka społeczna akcja, powołanie fundacji, zbiórka na rzecz tych terenów, wykup działek i przekształcenie ich w zieleń miejską. Mówiąc wprost: w tak dramatycznej sytuacji magistrat i krakowianie powinni złożyć się na wykup tych terenów, o ile oczywiście uznają, że warto je chronić. I nie mówmy od razu, że taka akcja skazana jest na niepowodzenie.
Na razie nawet nie spróbowaliśmy.
Z jednej strony potrafię zrekonstruować sposób myślenia właścicieli położonych na Wzgórzu działek, którzy mają w głębokim poważaniu korytarze ekologiczne, zielone płuca, założenia architektoniczne i wartość kulturową. Co więcej, mogę nad nim utyskiwać, ale muszę go zaakceptować, mieści się bowiem w ramach społecznych, jakie sobie zmajstrowaliśmy 20 lat temu. Ludzie chcą zarabiać na wszystkim, i co im pan zrobisz? Jest właściciel drogocennej działki, po której hulają dzierzby, jeże, szczygły i inna bezużyteczna gadzina, kraje mu się serce, bo rosną tam nawłoć pospolita i dziurawiec, choć powinny rosnąć ściany eleganckich willi i bloków, zwanych apartamentowcami. Właściciel działki chce sprzedać ją po korzystnej cenie i zlekceważyć los jeży. Ponieważ marzą mu się domek z ogródkiem, i garaż, i auto, spokojna przyszłość, zabezpieczony los jego dzieci oraz wczasy na Krecie. Taki - przypomnę - jest społeczny konsensus.
Z drugiej strony rozumiem rozpaczliwe wysiłki planistów miejskich, którzy całymi latami sporządzają plany zagospodarowania przestrzennego, plany skazane na porażkę. Ustawa o planowaniu przestrzennym jest słaba, wystarczy więc, jak się okazuje, bystry prawnik, by plan uchylić i pracę urbanistów wyrzucić do kosza. Dlatego praca krakowskiego Biura Planowania Przestrzennego okazuje się pracą syzyfową. Planuje się po to, żeby później iść do sądu i przegrać.
Jeśli więc uznajemy, że dzierzby, łasice, raniuszki i inne tałatajstwo powinny w danym miejscu pozostać, powinniśmy zapytać właściciela, czy po rozsądnej cenie nie sprzedałby ziemi jednostce miejskiej bądź fundacji, która w nieużytkach znajduje sens. Są takie przykłady w świecie, w nowej Polsce zdarzają się niezwykle rzadko, jedyny, o jakim ostatnio słyszałem, to wykup fragmentów otuliny Biebrzańskiego Parku Narodowego przez Brytyjczyków, którzy postanowili ochronić ptaka wodniczkę. Dzięki takiej interwencji magistratu w 1917 roku powstał też Las Wolski. W "Dzienniku Polskim" z 29 września przeczytałem natomiast, że miasto takich wykupów w najbliższym czasie nie będzie prowadzić. Co prowadzi do następującego splotu okoliczności: władze chcą chronić wartościowe tereny, ale nie mają do tego skutecznych narzędzi ani pieniędzy. Inwestorzy mają i jedno i drugie.
Czy to oznacza, że los Wzgórza św. Bronisławy jest przesądzony, a za kilka lat zamiast dzikich łąk będziemy oglądać rezydencje "King George V" i zespoły bloków o miłych nazwach, typu "Wrzosowa dolina"? Nie, nie, nie. Nie rezygnujmy zbyt szybko. Jeśli planów brakuje, a prawo jest kulawe, pozostaje oręż najtwardszy, czyli finansowy. Widzi mi się wielka społeczna akcja, powołanie fundacji, zbiórka na rzecz tych terenów, wykup działek i przekształcenie ich w zieleń miejską. Mówiąc wprost: w tak dramatycznej sytuacji magistrat i krakowianie powinni złożyć się na wykup tych terenów, o ile oczywiście uznają, że warto je chronić. I nie mówmy od razu, że taka akcja skazana jest na niepowodzenie.
Na razie nawet nie spróbowaliśmy.
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień



