Zapiski na biletach. Drzewo, czyli przeszkoda
23.10.2009
, aktualizacja: 23.10.2009 11:54
Żebyśmy nie zapomnieli zbyt szybko o przeznaczonych do wycinki drzewach przy krakowskich Błoniach, proponuję tym razem wycieczkę w rejony, gdzie podobne działania są normą. Czyli na daleką północ.
Świetnym przewodnikiem po dramatycznej sytuacji jest piękna i trudno dostępna w Krakowie książka "Aleje przydrożne", wydana w wakacje przez fanatyków krajobrazu warmińsko-mazurskiego. Za sprawą dużych, starannie wykonanych fotografii autorom udało się pokazać melancholię północno-wschodniego części kraju, zbudowaną z kilku podstawowych elementów - drogi, pagórka, starego domu, drzewa.
Od 2004 roku, kiedy w życie weszły przepisy zezwalające na niekontrolowaną wycinkę drzew przydrożnych, na północy trwa walka jako żywo przypominająca spór o aleję 3 Maja, tyle że toczona na znacznie większą skalę. Z krajobrazu zaczął znikać jeden z jego najważniejszych elementów - linia wyznaczana szpalerem drzew. Ciąg brzóz, jesionów, dębów, kasztanowców, które latem chronią przed słońcem, a zimą przed śniegiem z pól. Drzewo stało się wygodnym wrogiem numer jeden, ponieważ łatwo zrzucić na nie winę za brawurę kierowców, nadmierną prędkość, brak wyobraźni właścicieli pojazdów. W związku z tym trzeba się go pozbyć. Tak, nie ma powodu ukrywać tego detalu - na północy kraju zobaczymy z okien samochodu mnóstwo drzew, pod którymi płoną znicze lub stoją prowizoryczne krzyże. Jest jednak - o czym nie chcą pamiętać drogowcy - i druga strona medalu. Bardzo wiele z tych krzyży opłakuje chłopaków, co to za dużo wypili na dyskotece albo na imieninach, a potem wsiedli za kółko. To również jeden z odwiecznych składników mazurskiego pejzażu - powrót w piątkową lub sobotnią noc po pijanemu do domu motocyklem albo autem, potem tragedia, pogrzeb, na którym płaczą koleżanki i koledzy.
Jeśli ktokolwiek czuje choćby niewielką miętę do północnych pejzaży, musi przyznać, że wycięcie z nich piłą motorową drzew przydrożnych jest zwyczajnym wandalizmem. Ten krajobraz pozbawiony zielonych szpalerów stanie się kalekim, tym bardziej że drzewa tną nie tylko przy ruchliwych drogach krajowych, ale też tam, gdzie natężenie ruchu jest minimalne, a nawet przy drogach gruntowych. Według obliczeń Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur "Sadyba" liczbę wyciętych drzew przydrożnych trzeba szacować na kilkadziesiąt tysięcy rocznie w skali kraju. Żeby przejść z poziomu ogólników na poziom twardych faktów: przy trasie Bartoszyce - Kętrzyn wycięto w latach 2006-07 ponad cztery tysiące drzew; przy trasie nr 16 łączącej m.in. Mikołajki z Orzyszem wycięto ponad dwa tysiące drzew; przy drodze nr 57 - prawie 1500 sztuk. Podobne wyliczenia można przeprowadzić dla innych części kraju.
Przy tych statystykach kłopot z krakowską aleją 3 Maja może wydawać się nikły, choć wcale taki nie jest. To po prostu część szerszego projektu, w którym mieszczą się działania drogowców na Mazurach i plany dotyczące wycinki przy Błoniach. Drzewa zaczęły nam przeszkadzać - czy Kraków, czy Orzysz, a w grę wchodzą jedynie rozwiązania radykalne. Najłatwiej jest wyciąć w pień, podając przy tym szereg różnej wartości uzasadnień. W przypadku Mazur koronnym i często chybionym argumentem jest bezpieczeństwo kierowców, w przypadku drzew krakowskich - o czym przeczytałem na stronie Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu - świetnym pretekstem jest m.in. planowana przebudowa układu komunikacyjnego tej części miasta. Trzeba wyciąć drzewa, żeby kibice mogli wygodniej dojechać do zmodernizowanego stadionu Wisły, czy tak? Argument fatalny, bo przecież miasto nie składa się wyłącznie z kibiców, ale mieszkają w nim również obywatele, dla których tak mało pragmatyczny element świata jak drzewo przydrożne posiada wartość większą niż choćby najpiękniejszy strzał napastnika z tej czy innej strony Błoń.
Krzysztof Worobiec, Iwona Liżewska: Aleje przydrożne. Historia, znaczenie, zagrożenie, ochrona. Kadzidłowo - Olsztyn 2009
Od 2004 roku, kiedy w życie weszły przepisy zezwalające na niekontrolowaną wycinkę drzew przydrożnych, na północy trwa walka jako żywo przypominająca spór o aleję 3 Maja, tyle że toczona na znacznie większą skalę. Z krajobrazu zaczął znikać jeden z jego najważniejszych elementów - linia wyznaczana szpalerem drzew. Ciąg brzóz, jesionów, dębów, kasztanowców, które latem chronią przed słońcem, a zimą przed śniegiem z pól. Drzewo stało się wygodnym wrogiem numer jeden, ponieważ łatwo zrzucić na nie winę za brawurę kierowców, nadmierną prędkość, brak wyobraźni właścicieli pojazdów. W związku z tym trzeba się go pozbyć. Tak, nie ma powodu ukrywać tego detalu - na północy kraju zobaczymy z okien samochodu mnóstwo drzew, pod którymi płoną znicze lub stoją prowizoryczne krzyże. Jest jednak - o czym nie chcą pamiętać drogowcy - i druga strona medalu. Bardzo wiele z tych krzyży opłakuje chłopaków, co to za dużo wypili na dyskotece albo na imieninach, a potem wsiedli za kółko. To również jeden z odwiecznych składników mazurskiego pejzażu - powrót w piątkową lub sobotnią noc po pijanemu do domu motocyklem albo autem, potem tragedia, pogrzeb, na którym płaczą koleżanki i koledzy.
Jeśli ktokolwiek czuje choćby niewielką miętę do północnych pejzaży, musi przyznać, że wycięcie z nich piłą motorową drzew przydrożnych jest zwyczajnym wandalizmem. Ten krajobraz pozbawiony zielonych szpalerów stanie się kalekim, tym bardziej że drzewa tną nie tylko przy ruchliwych drogach krajowych, ale też tam, gdzie natężenie ruchu jest minimalne, a nawet przy drogach gruntowych. Według obliczeń Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Mazur "Sadyba" liczbę wyciętych drzew przydrożnych trzeba szacować na kilkadziesiąt tysięcy rocznie w skali kraju. Żeby przejść z poziomu ogólników na poziom twardych faktów: przy trasie Bartoszyce - Kętrzyn wycięto w latach 2006-07 ponad cztery tysiące drzew; przy trasie nr 16 łączącej m.in. Mikołajki z Orzyszem wycięto ponad dwa tysiące drzew; przy drodze nr 57 - prawie 1500 sztuk. Podobne wyliczenia można przeprowadzić dla innych części kraju.
Przy tych statystykach kłopot z krakowską aleją 3 Maja może wydawać się nikły, choć wcale taki nie jest. To po prostu część szerszego projektu, w którym mieszczą się działania drogowców na Mazurach i plany dotyczące wycinki przy Błoniach. Drzewa zaczęły nam przeszkadzać - czy Kraków, czy Orzysz, a w grę wchodzą jedynie rozwiązania radykalne. Najłatwiej jest wyciąć w pień, podając przy tym szereg różnej wartości uzasadnień. W przypadku Mazur koronnym i często chybionym argumentem jest bezpieczeństwo kierowców, w przypadku drzew krakowskich - o czym przeczytałem na stronie Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu - świetnym pretekstem jest m.in. planowana przebudowa układu komunikacyjnego tej części miasta. Trzeba wyciąć drzewa, żeby kibice mogli wygodniej dojechać do zmodernizowanego stadionu Wisły, czy tak? Argument fatalny, bo przecież miasto nie składa się wyłącznie z kibiców, ale mieszkają w nim również obywatele, dla których tak mało pragmatyczny element świata jak drzewo przydrożne posiada wartość większą niż choćby najpiękniejszy strzał napastnika z tej czy innej strony Błoń.
Krzysztof Worobiec, Iwona Liżewska: Aleje przydrożne. Historia, znaczenie, zagrożenie, ochrona. Kadzidłowo - Olsztyn 2009
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



