Zapiski na biletach. Ćwiczenie świąteczne
2009-12-10
, aktualizacja: 10.12.2009 19:18
Jeszcze chwila, a specjaliści od trudnych pytań znowu będą nas namawiać do gimnastykowania głowy myślą, co się stanie, gdy w środku wigilijnej wieczerzy do drzwi domu zastuka obcy.
Zazwyczaj pod postacią obcego w takich rozważaniach kryje się dobrze nam znany ubogi. Jemy śledzia z karpiem w ananasach, trzaska opłatek, a tu stukanie i w drzwiach zamiast Mikołaja staje bezdomny. Pachnie tak sobie, ubrania lepią się od brudu, ale chce zasiąść wśród nas. Ci, co wierzą bardziej, i ci, co wierzą mniej, stoją przed jednakowo trudną próbą: niby wiadomo, że powinni otworzyć drzwi, ale między wiedzą a czynem zachodzi jednak spora różnica. Czy pan przypadkiem nie do sąsiadów z naprzeciwka? Oni wspominali, że spodziewają się kogoś z daleka. Idź, dziadu, masz tu na wino i głowy nie zawracaj. Dzwoń, Wiesiek, po policję, bo to już naprawdę, niedługo na głowę wejdą. Średniej jakości żarty sobie stroję, bardzo szczęśliwy, że nigdy przed taką próbą nie stanąłem, że ćwiczenie to jest jedynie bezpieczną zabawą głowową i mam nadzieję, taką pozostanie. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co zrobiłbym w wigilijną noc na widok tego człowieka, który niedawno leżał pod kasami na dworcu PKP w Krakowie. Dochodziła szósta rano, szwadrony biznesmenów, intelektualistów zbierały już w pociągu siły na pojedynki z Warszawą, a on spał. Z początku myślałem, że na brązowej marynarce ktoś rozsypał mu pył, że to okruchy cementu czy tynku, ale ten pył się ruszał. Podszedłem jeszcze bliżej i okazało się, że to nie jest przywidzenie.
Takie czy inne formy rodzimego ubóstwa wsuwającego stopę w nasze dźwiękochłonne drzwi wydają się jednak nieźle przepracowane, nawet jeśli przybierają formy ekstremalne i oprószone żywym pyłem. Ukazała się natomiast w tym roku w Polsce świetna książka reporterska "Afrykańska odyseja" Klausa Brinkbäumera, która opowiada o tych, co już stukają do drzwi bogatszych społeczeństw Europy Zachodniej, a i do nas z pewnością niedługo dotrą. Jej bohaterami są czarnoskórzy emigranci. Pikapami, na piechotę, ciężarówkami, przemieszczają się z centralnej Afryki na wybrzeże Morza Śródziemnego, żeby stamtąd spróbować desantu do raju. W planie najogólniejszym książka ta jest niczym innym jak relacją ze współczesnej wersji desantu na Normandię. Oto początek nowej wojny: bieda coraz odważniej szturmuje bogactwo. Nowa armia płynie na lichych pontonach i łódkach ze słabymi silnikami, ale jest niezliczona. Jeśli zbyt blisko przepłynie tankowiec, fala wywraca ponton i żołnierze toną. Nie szkodzi, na ich miejsce przypłyną nowi. Hiszpańscy obrońcy wybrzeża relacjonują, że przez lornetki widać czasem, jak na łodziach dochodzi do gwałtów i bójek. Desant, który płaci przemytnikom mniej, siedzi na burtach i często zdarza się, że przy gorszej pogodzie znika z pokładu. Desant bogatszy ma miejsca w środku łodzi. W najwęższym miejscu, tam, gdzie Atlantyk spotyka się z Morzem Śródziemnym, Europa czeka na wyciągnięcie ręki, o 14 kilometrów wirów, prądów i kilwaterów pozostawianych przez statki dalekomorskie. Nic to, ten ruch jest nie do zatrzymania.
Brinkbäumer przejechał śladami uchodźców znad Zatoki Gwinejskiej nad Morze Śródziemne. Wie, jak śmierdzi ciało człowieka wystawionego przez tydzień na saharyjskie słońce, jak oszukują przemytnicy, jaką dolę bierze policja. Wie, że nic gorszego niż Afryka Zachodnia nie może się zdarzyć, choć podobno na wschodzie kontynentu jest jeszcze gorzej. Ale najgorsza jest wiedza, że tysiące kilometrów, jakie przebywają uchodźcy, dla większości z nich jest szkołą żalu i nienawiści do Europy. Idą do raju przez pustynię, umierają z pragnienia albo toną, żeby trafić pod skrzydła alfonsów, w szarą strefę albo do aresztu deportacyjnego. Idą, kiedy my łamiemy się opłatkiem i rozpakowujemy prezenty.
Opoku Agyema, lat 32, wydalony z Niemiec do rodzinnej Akry, mówi autorowi: "Niekiedy myślę, że wy, Europejczycy, jesteście tacy brutalni, tacy głupi. Nasz problem jest waszym problemem i problemem wszystkich, jest problemem ludzkości. Ale wy, Europejczycy, chcecie cieszyć się waszym pięknym światem i o nic się nie troszczyć. Tylko że tak się już nie da, bo gdzie indziej praca zrobiła się zbyt tania i zbyt dużo jest biedy. Świat stracił równowagę, a wy, Europejczycy, chcecie zyskać na czasie, zachować jak najdłużej wasze życie w obecnej postaci".
W ramach duchowych ćwiczeń przedświątecznych warto więc rozważyć i taką możliwość, że do bram naszej spokojnej krainy stukają uchodźcy. A książka niemieckiego dziennikarza ostrzega, że na ustach mają inne pieśni niż kolędy.
Klaus Brinkbäumer "Afrykańska odyseja", Czarne 2009, przeł. Joanna Czudec
Takie czy inne formy rodzimego ubóstwa wsuwającego stopę w nasze dźwiękochłonne drzwi wydają się jednak nieźle przepracowane, nawet jeśli przybierają formy ekstremalne i oprószone żywym pyłem. Ukazała się natomiast w tym roku w Polsce świetna książka reporterska "Afrykańska odyseja" Klausa Brinkbäumera, która opowiada o tych, co już stukają do drzwi bogatszych społeczeństw Europy Zachodniej, a i do nas z pewnością niedługo dotrą. Jej bohaterami są czarnoskórzy emigranci. Pikapami, na piechotę, ciężarówkami, przemieszczają się z centralnej Afryki na wybrzeże Morza Śródziemnego, żeby stamtąd spróbować desantu do raju. W planie najogólniejszym książka ta jest niczym innym jak relacją ze współczesnej wersji desantu na Normandię. Oto początek nowej wojny: bieda coraz odważniej szturmuje bogactwo. Nowa armia płynie na lichych pontonach i łódkach ze słabymi silnikami, ale jest niezliczona. Jeśli zbyt blisko przepłynie tankowiec, fala wywraca ponton i żołnierze toną. Nie szkodzi, na ich miejsce przypłyną nowi. Hiszpańscy obrońcy wybrzeża relacjonują, że przez lornetki widać czasem, jak na łodziach dochodzi do gwałtów i bójek. Desant, który płaci przemytnikom mniej, siedzi na burtach i często zdarza się, że przy gorszej pogodzie znika z pokładu. Desant bogatszy ma miejsca w środku łodzi. W najwęższym miejscu, tam, gdzie Atlantyk spotyka się z Morzem Śródziemnym, Europa czeka na wyciągnięcie ręki, o 14 kilometrów wirów, prądów i kilwaterów pozostawianych przez statki dalekomorskie. Nic to, ten ruch jest nie do zatrzymania.
Brinkbäumer przejechał śladami uchodźców znad Zatoki Gwinejskiej nad Morze Śródziemne. Wie, jak śmierdzi ciało człowieka wystawionego przez tydzień na saharyjskie słońce, jak oszukują przemytnicy, jaką dolę bierze policja. Wie, że nic gorszego niż Afryka Zachodnia nie może się zdarzyć, choć podobno na wschodzie kontynentu jest jeszcze gorzej. Ale najgorsza jest wiedza, że tysiące kilometrów, jakie przebywają uchodźcy, dla większości z nich jest szkołą żalu i nienawiści do Europy. Idą do raju przez pustynię, umierają z pragnienia albo toną, żeby trafić pod skrzydła alfonsów, w szarą strefę albo do aresztu deportacyjnego. Idą, kiedy my łamiemy się opłatkiem i rozpakowujemy prezenty.
Opoku Agyema, lat 32, wydalony z Niemiec do rodzinnej Akry, mówi autorowi: "Niekiedy myślę, że wy, Europejczycy, jesteście tacy brutalni, tacy głupi. Nasz problem jest waszym problemem i problemem wszystkich, jest problemem ludzkości. Ale wy, Europejczycy, chcecie cieszyć się waszym pięknym światem i o nic się nie troszczyć. Tylko że tak się już nie da, bo gdzie indziej praca zrobiła się zbyt tania i zbyt dużo jest biedy. Świat stracił równowagę, a wy, Europejczycy, chcecie zyskać na czasie, zachować jak najdłużej wasze życie w obecnej postaci".
W ramach duchowych ćwiczeń przedświątecznych warto więc rozważyć i taką możliwość, że do bram naszej spokojnej krainy stukają uchodźcy. A książka niemieckiego dziennikarza ostrzega, że na ustach mają inne pieśni niż kolędy.
Klaus Brinkbäumer "Afrykańska odyseja", Czarne 2009, przeł. Joanna Czudec
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Szklany kort do squasha stanie koło ...
- Górka Narodowa wywalczyła zmiany w komunikacji
- Pedofil fotografował 8-latkę w szpitalnej ...
- Squattersi z ul. Zamoyskiego zatrzymani ...
- Porażony prądem kilka godzin leżał na łące
- Centrum grzęźnie w korkach, przerwy w ...
- Budowali autostradę A4. Teraz zwalniają ...

