Zapiski na biletach. Tanie linie, dobre linie
2009-12-18
, aktualizacja: 18.12.2009 16:26
Gdyby to był zwykły lot, z darmowym posiłkiem i herbatą, odszedłby pewnie w niepamięć, jak wiele innych. Ale myśmy lecieli tanimi liniami Wizzair. A o takich transferach pamięta się długo.
Człowiek latał przecież tu i tam, człowiek musi sobie czasem polatać, i, z małymi wyjątkami, zawsze wyglądało to podobnie. Raczej cisza na pokładzie, krępujące poczucie, że nie wypada zachowywać się jak w byle poczekalni, że samolot jest spośród wszystkich form komunikacji formą najbardziej ekskluzywną i naprawdę nie wypada pluć pestkami z dyni pod nogi czy kontrowersyjnie pachnieć. Owszem, wyjątki się zdarzały, kiedyś nad Ałtajem miałem za towarzysza 20-letniego biznesmena, który przez cały lot próbował wypytywać mnie o szczegóły handlu cukrem w Polsce. Zaś innym razem, dawno temu, przewoziłem w podręcznym bagażu torbę serów pleśniowych, co rychło wzbudziło zakłopotanie najbliższych współpasażerów. Ale normą są jednak spokój i porządek.
Tym razem zdarzył się jednak wieczorny lot W6 131 z Pyrzowic do Barcelony tanimi liniami Wizzair. Wraz z nami na tydzień do Andory lecieli miłośnicy narciarstwa. Mieli kolorowe kurtki i narty Rossignola, jak wszyscy narciarze świata. Nart "Polsport" ani butów "Relax" nie zaobserwowałem, i bardzo dobrze, bo przecież aspirujemy, doszlusowujemy, i generalnie stać nas. Część grupy posiadała poza tym dorodne wąsy, czapki z daszkiem, a jednego pana charakteryzowała niezasłonięta niczym włochata przestrzeń między - opinającym wydatny brzuch - swetrem a spodniami. Było to rozczulające. Mogli to być związkowcy z KGHM Polska Miedź albo sztygarzy z żonami, tak myślę. Ale może się mylę.
A kiedy już osiągnęliśmy wysokość przelotową, w powietrzu rozniósł się kuszący zapach kiełbasy wiejskiej. Moja żona miała podejrzenia, że specjalnie rozpylili taką woń, żebyśmy poczuli głód i wybrali kanapki z serem po cztery euro sztuka. Tym razem jednak prawda wyglądała inaczej. Kilka rzędów przed nami, po prawej na skos, siedział uczestnik wycieczki, w jednej ręce trzymając kiełbasę, a w drugiej plastikowy kubek z przezroczystą cieczą. Wypił, przekąsił, kubek oddał koledze. Kolega wypił bez zakąski. Trzeci towarzysz siedział przy oknie, więc nie widziałem, jaką obrał metodę.
Powinienem był zapłonąć świętym ogniem oburzenia, że jak to, jesteśmy w Unii, nasi urzędnicy zajmują znaczące stanowiska, aspirujemy i wyrównujemy standardy, a tu, wbrew zakazowi, wódka z plastikowego kubka i kiełbasa na zakąskę, jak w piątek po południu pod garażami w Wołominie. Ale jakoś nie bardzo mogłem. Poczułem perwersyjną i dwuznaczną ulgę, że nie uczesaliśmy się jeszcze do końca, że są jeszcze na pokładach samolotów obywatele, którzy zamiast sączyć wino z buteleczki, łoją wódę z kubka, wniesioną, o ile mnie wzrok nie mylił, w butelce po coca-coli. Że nie zmieniliśmy jeszcze do końca naszej tożsamości i naszych przyzwyczajeń, wśród których jest i takie, że narty trzeba suto oliwić. Mijały kwadranse, mijał kontynent pod stopami, lecieliśmy tanimi liniami jak pełnoprawni uczestnicy nowego świata, choć bez zakupionej dodatkowej przestrzeni dla rozprostowania kolan. Nawet etap pijackiego rozczulenia koledzy od kiełbasy i wódki osiągnęli w odpowiednim momencie - zaczęli się całować po głowach i oblizywać spieczone wargi dopiero, gdy po prawej rozbłysły światła Barcelony. A kiedy samolot już wylądował, z tyłu jakiś pan wydał z siebie chrapliwy śpiew "che sara, sara", zduszony przez towarzyszkę, świadomą najwyraźniej, że to fatalna pomyłka lingwistyczna.
W drodze powrotnej (lot W6 132) nie było już tak ciekawie. Zapamiętałem jedynie starszego mężczyznę, który na pokład wniósł wielki bambusowy drąg, tłumacząc, że kuleje.
- To nie wstyd tak brać socjal od Hiszpanów, to żaden wstyd. Żeby tylko zgniłego w paczkach nie przysyłali, jak ostatnio - tłumaczył komuś.
Z jego zdrowej twarzy nie schodził szczery uśmiech Słowianina, który kłamie.
Tym razem zdarzył się jednak wieczorny lot W6 131 z Pyrzowic do Barcelony tanimi liniami Wizzair. Wraz z nami na tydzień do Andory lecieli miłośnicy narciarstwa. Mieli kolorowe kurtki i narty Rossignola, jak wszyscy narciarze świata. Nart "Polsport" ani butów "Relax" nie zaobserwowałem, i bardzo dobrze, bo przecież aspirujemy, doszlusowujemy, i generalnie stać nas. Część grupy posiadała poza tym dorodne wąsy, czapki z daszkiem, a jednego pana charakteryzowała niezasłonięta niczym włochata przestrzeń między - opinającym wydatny brzuch - swetrem a spodniami. Było to rozczulające. Mogli to być związkowcy z KGHM Polska Miedź albo sztygarzy z żonami, tak myślę. Ale może się mylę.
A kiedy już osiągnęliśmy wysokość przelotową, w powietrzu rozniósł się kuszący zapach kiełbasy wiejskiej. Moja żona miała podejrzenia, że specjalnie rozpylili taką woń, żebyśmy poczuli głód i wybrali kanapki z serem po cztery euro sztuka. Tym razem jednak prawda wyglądała inaczej. Kilka rzędów przed nami, po prawej na skos, siedział uczestnik wycieczki, w jednej ręce trzymając kiełbasę, a w drugiej plastikowy kubek z przezroczystą cieczą. Wypił, przekąsił, kubek oddał koledze. Kolega wypił bez zakąski. Trzeci towarzysz siedział przy oknie, więc nie widziałem, jaką obrał metodę.
Powinienem był zapłonąć świętym ogniem oburzenia, że jak to, jesteśmy w Unii, nasi urzędnicy zajmują znaczące stanowiska, aspirujemy i wyrównujemy standardy, a tu, wbrew zakazowi, wódka z plastikowego kubka i kiełbasa na zakąskę, jak w piątek po południu pod garażami w Wołominie. Ale jakoś nie bardzo mogłem. Poczułem perwersyjną i dwuznaczną ulgę, że nie uczesaliśmy się jeszcze do końca, że są jeszcze na pokładach samolotów obywatele, którzy zamiast sączyć wino z buteleczki, łoją wódę z kubka, wniesioną, o ile mnie wzrok nie mylił, w butelce po coca-coli. Że nie zmieniliśmy jeszcze do końca naszej tożsamości i naszych przyzwyczajeń, wśród których jest i takie, że narty trzeba suto oliwić. Mijały kwadranse, mijał kontynent pod stopami, lecieliśmy tanimi liniami jak pełnoprawni uczestnicy nowego świata, choć bez zakupionej dodatkowej przestrzeni dla rozprostowania kolan. Nawet etap pijackiego rozczulenia koledzy od kiełbasy i wódki osiągnęli w odpowiednim momencie - zaczęli się całować po głowach i oblizywać spieczone wargi dopiero, gdy po prawej rozbłysły światła Barcelony. A kiedy samolot już wylądował, z tyłu jakiś pan wydał z siebie chrapliwy śpiew "che sara, sara", zduszony przez towarzyszkę, świadomą najwyraźniej, że to fatalna pomyłka lingwistyczna.
W drodze powrotnej (lot W6 132) nie było już tak ciekawie. Zapamiętałem jedynie starszego mężczyznę, który na pokład wniósł wielki bambusowy drąg, tłumacząc, że kuleje.
- To nie wstyd tak brać socjal od Hiszpanów, to żaden wstyd. Żeby tylko zgniłego w paczkach nie przysyłali, jak ostatnio - tłumaczył komuś.
Z jego zdrowej twarzy nie schodził szczery uśmiech Słowianina, który kłamie.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Szklany kort do squasha stanie koło ...
- Górka Narodowa wywalczyła zmiany w komunikacji
- Pedofil fotografował 8-latkę w szpitalnej ...
- Squattersi z ul. Zamoyskiego zatrzymani ...
- Porażony prądem kilka godzin leżał na łące
- Centrum grzęźnie w korkach, przerwy w ...
- Budowali autostradę A4. Teraz zwalniają ...

