Zapiski na biletach. Do Istambułu

Michał Olszewski, "Tygodnik Powszechny"
2010-01-08 , aktualizacja: 08.01.2010 13:56
A A A Drukuj
Z Nowym Rokiem powiedzmy to wyraźnie: nie jest przecież tak, że przygody się skończyły i pozostały nam wyłącznie dobrze zaplanowane lotniska, szybkie pociągi, szybkie wyjazdy połączone z szybkimi powrotami, autostrady, intensywne wypady w intensywne miejsca. Tak źle jeszcze nie jest.
Ukazał się bowiem w ubiegłym roku szczególny przewodnik po południowych obrzeżach ziemi naszej i okolicach. Autorem jest Andrzej Stasiuk, rzecz nazywa się "Taksim" i opowiada z grubsza historię dwóch mężczyzn, którzy trawią swój bezcenny czas w starym fiacie ducato, sprzedają tu i tam używaną odzież. Zaczyna się w Beskidach, kończy w Istambule. Tak daleko bohaterowie prozy Stasiuka nie dojechali jeszcze nigdy. Po drodze jest wszystko, co potrzeba: Słowacja, Węgry, Rumunia, pustka, Cyganie, melancholia, krew i niechęć do zbyt szybkiego świata jednorazowości.

Nie wiem, czy to jest książka dobra, pełna i skończona. Jest to jednak przede wszystkim utwór hipnotyczny, wciągający jak lej, utwór, który budzi zabliźnioną tęsknotę do podróży prowadzonych jeszcze w starym stylu. Bohaterowie Stasiuka nie latają samolotami. Ich domeną są wyjazdy męczące, długie, podzielone na etapy, pełne zmyłek, pobłądzeń, awarii i niespodziewanych przestojów. Kto z nas - nowoczesnych obywateli, szczęśliwców ze strefy Schengen, wybrańców, co to mogą przemieszczać się na drugi koniec kontynentu z dowodem osobistym w kieszeni - miałby na to czas? "Taksim", jeśli dobrze go odczytuję, to między innymi pieśń o metodzie podróży (zostawmy fakt, na ile uprawianej dobrowolnie, a na ile na skutek okoliczności zewnętrznych), która odchodzi w niepamięć zastępowana myśleniem innym. O nowej strategii pięknie opowiedziała nie tak dawno w dodatku turystycznym "GW" Anna Barańska, doradca finansowy, alpinistka amatorka ("GW Turystyka" 14-15 XI 2009):

"Nie przepadam za podróżami, tzn. czasem spędzanym na dotarciu do celu. Do czasu, kiedy możliwa będzie teleportacja, wybieram to, co najszybsze i najbardziej komfortowe. Wolę aktywność w miejscu, do którego dotarłam (...). Moje podróże zwykle mają jasno określony cel, a do jego realizacji podchodzę trochę jak do projektu w pracy, planując i organizując najważniejsze elementy składające się na ostateczny wynik."

Tak więc przeczytałem "Taksim" i odnowiły się wspomnienia. Książka Stasiuka jest jak czarodziejski flet, kusi, by znowu przebijać się pociągami i autostopem do Stambułu przez Lwów, trasą pełną granic, postojów, nieprzewidzianych zwrotów akcji i pomyłek; by spać w polach i opuszczonych wagonach, żreć byle co, mylić pociągi, uważać na złodziei, targować się z przekupnymi konduktorami bułgarskimi o każdego lewa, jechać na odkrytej budzie przez Most Przyjaźni; by oglądać nocne dworce w Suczawie i Bukareszcie, drżeć przed celnikami, przejeżdżać przez granice bez biletu; by, już w drodze powrotnej, na tym samym moście widzieć, jak po rumuńskiej stronie przemytnicy wyrzucają z okien pękate torby, a one znikają w zachłannych ciemnościach. Wszystko po to, by na własne oczy zobaczyć gigantyczne światła Istambułu i poczuć wiatr od Bosforu. Zaprawdę, wybierzcie się kiedyś tą męczącą trasą, najlepiej z przewodnikiem Andrzeja Stasiuka pod pachą. Wrócicie półżywi i zahipnotyzowani na długo.

Andrzej Stasiuk, "Taksim", Czarne, Wołowiec 2009

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów