Zapiski na biletach. Baśń zimowa
2010-01-15
, aktualizacja: 15.01.2010 11:51
Znowu strzępy, nieistotne dla losów świata ułomki, które chciałbym ze sobą zabrać dalej.
Nic nie poradzę, ożywia mnie ten masochizm zimnej pory, proste gesty nabierają w nim innego wymiaru, chwilami nieźle się w nim sprawdzam, przekonany, że oto wchodzę w posiadanie wielkich, choć małych tajemnic.
Choćby zimowe południe w barze Magda pod Oświęcimiem, tam, gdzie stoi samolot. Otóż ten bar składa się z elementów jasnożółtych i jasnoniebieskich, żółte są żaluzje wertykalne i plastikowe stoły, krzesła mają kolor niebieski, terakota na podłodze niezdefiniowany. Z głośników, jak należy, naciera sieczka zwana radiem. Do tego zieleń sztucznych kwiatów. Polska norma. Można by tu ładnie oszaleć, ale śnieg za oknem uspokaja. W takich chwilach trzeba iść na całość, wtopić się w zimowy naród, między łysego pana, co tkwi przy stoliku jak posąg sącząc kawę, a automat do gry i jeszcze jednego zawodnika, który walczy z mrozem za pomocą piwa. Herbata to za mało, trzeba iść dalej, dlatego na nasz stół wjeżdża szara jak błoto pośniegowe golonka; zatapiamy w niej zęby, znika nagle z pola widzenia Barcelona z jej restauracjami, gdzie o tej porze roku serwują delikatną sałatę z kozim serem, figami i kruchymi orzechami laskowymi.
Fragment z podkrakowskiego baru Flamingo w Porębie Żegoty. Nawet na koneserach lokalnych cudów, co to w niejednym barze golonkę jedli, musi ten widok zrobić wrażenie: obok zajazdu Flamingo stoi w śniegu szary, kudłaty wielbłąd. W tle wielbłąda majaczą zaś ruiny pałacu Szembeków. Oto postmodernizm pełną gębą.
Niedawny powrót z lotniska w Pyrzowicach, przez mgłę i ciszę. To było już nad ranem, przed nami siedział góral spod Nowego Targu i zmęczonym głosem snuł swoją słodko-gorzką historię, ni to do siebie, ni to do kierowcy. Gdzie on, kurwa, proszę ciebie, nie był? On i w Tarragonie pracował, i w Alicante, i w Madrycie, i w każdym innym zakątku Hiszpanii. A lada chwila wybiera się na robotę do Maroka. Tylko pod Nowy Targ zajeżdża raczej rzadko, tak raz na rok, na miesiąc.
Zimowy targ pod Krakowem, przy głównej drodze, masa badziewia chińskiego na stołach, tu zdeptany śnieg i błoto, leci para z ust sprzedawców, a na stołach kolorowa jednorazowość, jednorazowe buty, firanki, garnki i zegarki, majtki, skarpety tak tanie, że jeszcze chwila, a zaczną dopłacać za ich nabycie.
Albo ministranci przy lokalnej drodze pod Liszkami. Wieje, jest mróz i śnieg, a oni stoją z gołymi głowami, w wydętych od wiatru komżach na poboczu, pewnie z kolędą. Styczeń nimi szarpie, biel komży łączy się z bielą śniegu, ich wzrok jest mało ekumeniczny, gdy tak patrzą na samochody. Wyobrażam ich sobie, jak brną przez małopolskie zaspy, za wielbłądem, na którym siedzi ksiądz, dziwnie podobny do tego łysego mężczyzny z baru Magda.
I jeszcze jeden tutejszy fragment, detal, który pokazuje, czym nasiąkamy i co w nas wchodzi niezależnie od, choćby najlepszych, chęci. Oto noc w cichym domu pod Warszawą, za oknem niebo z gatunku tych najlepszych. Skoro można kolekcjonować wina z bardzo długim finałem, można też smakować odmiany tutejszego nieba, dlaczego nie? Więc niebo jest pomarańczowe, co zawsze oznacza splot wielkiego miasta i nadchodzącego śniegu. Dziecko zasypia, a przed snem prosi o bajkę. Sprzedaję więc taką oto baśń: jedzie sobie szczęśliwa rodzina pociągiem z Krakowa do Warszawy, przez środek zimy, z twarzami przyklejonymi do szyby. Przedział jest tylko dla nich, lokomotywa ciągnie jeden tylko wagon, a w tym wagonie jedna rodzina, co ma wreszcie czas na lenistwo. Jadą wtopieni w prawdziwie zimowy pejzaż. Z kominów dymy, chłop idzie przez pole, tu zając, tam kuropatwy, niczym kamienie wystające z bieli. Opowiadam te nudy, dziecko zasypia, ale kiedy mówię: "I świeciło piękne słońce", otwiera jedno oko i nadzwyczaj trzeźwo prostuje:
- Tato, ale przecież zimą słońce nie świeci.
Choćby zimowe południe w barze Magda pod Oświęcimiem, tam, gdzie stoi samolot. Otóż ten bar składa się z elementów jasnożółtych i jasnoniebieskich, żółte są żaluzje wertykalne i plastikowe stoły, krzesła mają kolor niebieski, terakota na podłodze niezdefiniowany. Z głośników, jak należy, naciera sieczka zwana radiem. Do tego zieleń sztucznych kwiatów. Polska norma. Można by tu ładnie oszaleć, ale śnieg za oknem uspokaja. W takich chwilach trzeba iść na całość, wtopić się w zimowy naród, między łysego pana, co tkwi przy stoliku jak posąg sącząc kawę, a automat do gry i jeszcze jednego zawodnika, który walczy z mrozem za pomocą piwa. Herbata to za mało, trzeba iść dalej, dlatego na nasz stół wjeżdża szara jak błoto pośniegowe golonka; zatapiamy w niej zęby, znika nagle z pola widzenia Barcelona z jej restauracjami, gdzie o tej porze roku serwują delikatną sałatę z kozim serem, figami i kruchymi orzechami laskowymi.
Fragment z podkrakowskiego baru Flamingo w Porębie Żegoty. Nawet na koneserach lokalnych cudów, co to w niejednym barze golonkę jedli, musi ten widok zrobić wrażenie: obok zajazdu Flamingo stoi w śniegu szary, kudłaty wielbłąd. W tle wielbłąda majaczą zaś ruiny pałacu Szembeków. Oto postmodernizm pełną gębą.
Niedawny powrót z lotniska w Pyrzowicach, przez mgłę i ciszę. To było już nad ranem, przed nami siedział góral spod Nowego Targu i zmęczonym głosem snuł swoją słodko-gorzką historię, ni to do siebie, ni to do kierowcy. Gdzie on, kurwa, proszę ciebie, nie był? On i w Tarragonie pracował, i w Alicante, i w Madrycie, i w każdym innym zakątku Hiszpanii. A lada chwila wybiera się na robotę do Maroka. Tylko pod Nowy Targ zajeżdża raczej rzadko, tak raz na rok, na miesiąc.
Zimowy targ pod Krakowem, przy głównej drodze, masa badziewia chińskiego na stołach, tu zdeptany śnieg i błoto, leci para z ust sprzedawców, a na stołach kolorowa jednorazowość, jednorazowe buty, firanki, garnki i zegarki, majtki, skarpety tak tanie, że jeszcze chwila, a zaczną dopłacać za ich nabycie.
Albo ministranci przy lokalnej drodze pod Liszkami. Wieje, jest mróz i śnieg, a oni stoją z gołymi głowami, w wydętych od wiatru komżach na poboczu, pewnie z kolędą. Styczeń nimi szarpie, biel komży łączy się z bielą śniegu, ich wzrok jest mało ekumeniczny, gdy tak patrzą na samochody. Wyobrażam ich sobie, jak brną przez małopolskie zaspy, za wielbłądem, na którym siedzi ksiądz, dziwnie podobny do tego łysego mężczyzny z baru Magda.
I jeszcze jeden tutejszy fragment, detal, który pokazuje, czym nasiąkamy i co w nas wchodzi niezależnie od, choćby najlepszych, chęci. Oto noc w cichym domu pod Warszawą, za oknem niebo z gatunku tych najlepszych. Skoro można kolekcjonować wina z bardzo długim finałem, można też smakować odmiany tutejszego nieba, dlaczego nie? Więc niebo jest pomarańczowe, co zawsze oznacza splot wielkiego miasta i nadchodzącego śniegu. Dziecko zasypia, a przed snem prosi o bajkę. Sprzedaję więc taką oto baśń: jedzie sobie szczęśliwa rodzina pociągiem z Krakowa do Warszawy, przez środek zimy, z twarzami przyklejonymi do szyby. Przedział jest tylko dla nich, lokomotywa ciągnie jeden tylko wagon, a w tym wagonie jedna rodzina, co ma wreszcie czas na lenistwo. Jadą wtopieni w prawdziwie zimowy pejzaż. Z kominów dymy, chłop idzie przez pole, tu zając, tam kuropatwy, niczym kamienie wystające z bieli. Opowiadam te nudy, dziecko zasypia, ale kiedy mówię: "I świeciło piękne słońce", otwiera jedno oko i nadzwyczaj trzeźwo prostuje:
- Tato, ale przecież zimą słońce nie świeci.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Najczęściej czytane24 htydzień



