Józef Paczyński, więzień nr 121: Byłem fryzjerem Hössa
29.01.2010
, aktualizacja: 29.01.2010 11:54
Spisywali nasze imiona, nazwiska, daty urodzenia, pochodzenie, czy ktoś ma złote zęby, rodzinne choroby. Na koniec każdy dostał mały kartonik. Na moim napisano 121 - opowiada Józef Paczyński, były więzień Auschwitz nr 121.
ZOBACZ TAKŻE
- Co sprowokowało rzeź? Po 68 latach nadal nie wiadomo (29-09-10, 12:00)
- Pilot, który pierwszy zestrzelił hitlerowski samolot (28-08-10, 20:15)
- Dziadek z Auschwitz i dziadek z SS (26-04-10, 09:00)
- Tożsamości nie nabywa się poprzez urodzenie w mieście (26-03-10, 18:46)
- Kraków to walka dwóch żywiołów: otwartości i ksenofobii (26-03-10, 18:27)
- Jak obraz za milion dolarów trafił do szafy w Olkuszu (22-01-10, 12:46)
Ireneusz Dańko: W 1940 roku, mając zaledwie 20 lat, trafił Pan w pierwszym transporcie więźniów do Auschwitz. Jak wyglądała podróż?
- Siedziałem wtedy w więzieniu w Tarnowie. 14 czerwca 1940 roku o świecie obudzili nas nagle strażnicy i popędzili w stronę dworca kolejowego.
Mówili, dokąd Was zabierają?
- Nic, ani słowa. Szliśmy pustymi ulicami pod silną eskortą. Na stacji czekał już osobowy pociąg z wagonami III klasy. Wsiedliśmy, ruszył na zachód. Myślałem, że wiozą nas na roboty do Niemiec. Po drodze zatrzymaliśmy się w Krakowie. Na stacji panowała euforia. "Paryż ist genomen! Paryż padł!" - wiwatowali Niemcy. Wrzaski, strzały w niebo, muzyka. Załamałem się, kiedy to usłyszałem. To samo czuli inni w pociągu. Większość z nas próbowała przecież wyrwać się z okupowanego kraju, żeby razem z Francuzami walczyć przeciw III Rzeszy.
Kiedy dojechaliście do Oświęcimia?
- Około dwie godziny później. Z początku nie wiedziałem, gdzie jestem. Pociąg wjechał na stację, patrzę, a za oknem na budynku kolejowym napis grubymi, gotyckimi literami: "Auschwitz".
Słyszał Pan wcześniej tę nazwę?
- W życiu, nikt z nas nie słyszał. Pociąg zatrzymał się na bocznicy przed dwupiętrowym budynkiem ogrodzonym drutem kolczastym. Był to przedwojenny magazyn monopolu tytoniowego, gdzie obecnie mieści się wyższa szkoła w Oświęcimiu. Na narożnikach stały budki wartownicze z uzbrojonymi esesmanami. "Alles raus, alles raus!" - krzyczeli, opróżniając wagony. Bili kolbami od karabinów, kopali i popychali, żebyśmy szybciej wychodzili. Żołnierzom pomagali jacyś ludzie w cywilu z kijami w rękach. Dobrze zbudowani, wyglądali na marynarzy. Później okazało się, że to było 30 niemieckich kryminalistów, których pierwszy komendant obozu Rudolf Höss sprowadził z Sachsenhausen. Kiedy ustawili nas w szeregu, na taboret wszedł oficer SS - lagerführer Karl Fritsch. Powiedział: "Nie zdajecie sobie sprawy, gdzie jesteście. Tu nie jest sanatorium, lecz niemiecki obóz koncentracyjny. Tu się żyje najdłużej trzy miesiące, a jeśli są między wami Żydzi albo księża, mogą żyć sześć tygodni. Wyjście stąd jest tylko przez komin krematoryjny".
Bał się Pan?
- Nawet nie, słuchałem tych słów z niedowierzaniem. Kto mógł pomyśleć, że w XX wieku w środku Europy Niemcy, taki zacny naród, stworzy fabrykę śmierci. Myślałem, że przecież nie popełniłem żadnego poważnego przewinienia, żeby stracić życie.
Co działo się później?
- W dolnej kondygnacji budynku spisywali nasze imiona, nazwiska, daty urodzenia, pochodzenie, czy ktoś ma złote zęby, rodzinne choroby. Na koniec każdy dostał mały kartonik. Na moim napisano "121". Nosiłem wtedy jeszcze cywilne ubranie. Włożyłem więc ten kartonik do kieszeni. Parę tygodnik tak chodziłem, zanim otrzymałem więzienną odzież z przyszytym numerem. Później okazało się, że spisane choroby podawano w meldunkach jako przyczynę śmierci więźniów.
Nie wytatuowali Panu od razu numeru na ręce?
- Nie. Tatuaże wprowadzono w lutym 1943 roku. Niemcy dowiedzieli się, że niektórzy więźniowie z ciężkimi przewinieniami podszywają się pod zmarłych, aby uniknąć kary czy ułatwić sobie ucieczkę. Postanowili to ukrócić. Pamiętam, jak przyszedł do mnie więzień, żeby wytatuować numer. Zapytał, jaki ma zrobić, a ja mu, że 121. "A dalej?" - dopytywał się. Nie mógł uwierzyć, że z tak niskim numerem jeszcze żyję.
Jest Pan jednym z nielicznych więźniów, którzy przeżyli od powstania do likwidacji obozu w Auschwitz. Jakim cudem drobny, polskich chłopak ocalał w fabryce śmierci, w której Niemcy zamordowali ponad milion osób?
- Miałem wielkie szczęście. W obozie na każdym kroku czyhała śmierć, ale opatrzność czuwała. Trzy tygodnie po przyjeździe do Auschwitz zaczęli formować grupy robocze z więźniów. Funkcyjnymi byli ci sami niemieccy kryminaliści, którzy na powitanie pobili nas pałkami. Niektórzy, choć mieli na koncie ciężkie przestępstwa, okazali się naprawdę porządnymi ludźmi.
Porządny kapo? Dziwnie to brzmi w ustach byłego więźnia Auschwitz.
- Tacy też byli! Na przykład Otto Kussel, więzień nr 2 w Auschwitz, bardzo przyjemny człowiek, choć kryminalista. Niewysoki, jak ja, spokojny. Odpowiadał za formowanie grup roboczych. Przypadkiem wypatrzył mnie i przydzielił do roboty w SS-rewirze. To mnie uratowało, pracowałem pod dachem i w cieple.
Co Pan robił w budynku SS?
- Pomagałem mojemu kapo w zakładzie i sklepie fryzjerskim dla esesmanów.
- Siedziałem wtedy w więzieniu w Tarnowie. 14 czerwca 1940 roku o świecie obudzili nas nagle strażnicy i popędzili w stronę dworca kolejowego.
Mówili, dokąd Was zabierają?
- Nic, ani słowa. Szliśmy pustymi ulicami pod silną eskortą. Na stacji czekał już osobowy pociąg z wagonami III klasy. Wsiedliśmy, ruszył na zachód. Myślałem, że wiozą nas na roboty do Niemiec. Po drodze zatrzymaliśmy się w Krakowie. Na stacji panowała euforia. "Paryż ist genomen! Paryż padł!" - wiwatowali Niemcy. Wrzaski, strzały w niebo, muzyka. Załamałem się, kiedy to usłyszałem. To samo czuli inni w pociągu. Większość z nas próbowała przecież wyrwać się z okupowanego kraju, żeby razem z Francuzami walczyć przeciw III Rzeszy.
Kiedy dojechaliście do Oświęcimia?
- Około dwie godziny później. Z początku nie wiedziałem, gdzie jestem. Pociąg wjechał na stację, patrzę, a za oknem na budynku kolejowym napis grubymi, gotyckimi literami: "Auschwitz".
Słyszał Pan wcześniej tę nazwę?
- W życiu, nikt z nas nie słyszał. Pociąg zatrzymał się na bocznicy przed dwupiętrowym budynkiem ogrodzonym drutem kolczastym. Był to przedwojenny magazyn monopolu tytoniowego, gdzie obecnie mieści się wyższa szkoła w Oświęcimiu. Na narożnikach stały budki wartownicze z uzbrojonymi esesmanami. "Alles raus, alles raus!" - krzyczeli, opróżniając wagony. Bili kolbami od karabinów, kopali i popychali, żebyśmy szybciej wychodzili. Żołnierzom pomagali jacyś ludzie w cywilu z kijami w rękach. Dobrze zbudowani, wyglądali na marynarzy. Później okazało się, że to było 30 niemieckich kryminalistów, których pierwszy komendant obozu Rudolf Höss sprowadził z Sachsenhausen. Kiedy ustawili nas w szeregu, na taboret wszedł oficer SS - lagerführer Karl Fritsch. Powiedział: "Nie zdajecie sobie sprawy, gdzie jesteście. Tu nie jest sanatorium, lecz niemiecki obóz koncentracyjny. Tu się żyje najdłużej trzy miesiące, a jeśli są między wami Żydzi albo księża, mogą żyć sześć tygodni. Wyjście stąd jest tylko przez komin krematoryjny".
Bał się Pan?
- Nawet nie, słuchałem tych słów z niedowierzaniem. Kto mógł pomyśleć, że w XX wieku w środku Europy Niemcy, taki zacny naród, stworzy fabrykę śmierci. Myślałem, że przecież nie popełniłem żadnego poważnego przewinienia, żeby stracić życie.
Co działo się później?
- W dolnej kondygnacji budynku spisywali nasze imiona, nazwiska, daty urodzenia, pochodzenie, czy ktoś ma złote zęby, rodzinne choroby. Na koniec każdy dostał mały kartonik. Na moim napisano "121". Nosiłem wtedy jeszcze cywilne ubranie. Włożyłem więc ten kartonik do kieszeni. Parę tygodnik tak chodziłem, zanim otrzymałem więzienną odzież z przyszytym numerem. Później okazało się, że spisane choroby podawano w meldunkach jako przyczynę śmierci więźniów.
Nie wytatuowali Panu od razu numeru na ręce?
- Nie. Tatuaże wprowadzono w lutym 1943 roku. Niemcy dowiedzieli się, że niektórzy więźniowie z ciężkimi przewinieniami podszywają się pod zmarłych, aby uniknąć kary czy ułatwić sobie ucieczkę. Postanowili to ukrócić. Pamiętam, jak przyszedł do mnie więzień, żeby wytatuować numer. Zapytał, jaki ma zrobić, a ja mu, że 121. "A dalej?" - dopytywał się. Nie mógł uwierzyć, że z tak niskim numerem jeszcze żyję.
Jest Pan jednym z nielicznych więźniów, którzy przeżyli od powstania do likwidacji obozu w Auschwitz. Jakim cudem drobny, polskich chłopak ocalał w fabryce śmierci, w której Niemcy zamordowali ponad milion osób?
- Miałem wielkie szczęście. W obozie na każdym kroku czyhała śmierć, ale opatrzność czuwała. Trzy tygodnie po przyjeździe do Auschwitz zaczęli formować grupy robocze z więźniów. Funkcyjnymi byli ci sami niemieccy kryminaliści, którzy na powitanie pobili nas pałkami. Niektórzy, choć mieli na koncie ciężkie przestępstwa, okazali się naprawdę porządnymi ludźmi.
Porządny kapo? Dziwnie to brzmi w ustach byłego więźnia Auschwitz.
- Tacy też byli! Na przykład Otto Kussel, więzień nr 2 w Auschwitz, bardzo przyjemny człowiek, choć kryminalista. Niewysoki, jak ja, spokojny. Odpowiadał za formowanie grup roboczych. Przypadkiem wypatrzył mnie i przydzielił do roboty w SS-rewirze. To mnie uratowało, pracowałem pod dachem i w cieple.
Co Pan robił w budynku SS?
- Pomagałem mojemu kapo w zakładzie i sklepie fryzjerskim dla esesmanów.
- 23 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
34 głosy
-
Józef Paczyński, więzień nr 121: Byłem fryzjere...
wen_yinlu
31.01.10, 17:06
Obecnie na angielskim BBC (chyba codziennie, przed północą) leci znakomityprogram o Holokauscie - z fragmentami wywiadów nie tylko z panem JózefemPaczyńskim, ale i innymi byłymi więźniami »
-
MautHausen
turzyca
01.02.10, 01:04
Naprawde tak trudno wstukac w google'a i sie nie blaznic?»
Najczęściej czytane24 htydzień







