Zapiski ba biletach. Brzytwa
2010-04-09
, aktualizacja: 09.04.2010 14:07
Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni byłem w tym zakładzie. Może dwadzieścia lat temu, nie później.
ZOBACZ TAKŻE
- Plastyk miejski chce, ale nie może. Miota się, szarpie (13-06-10, 08:00)
Coś obudziło się w głowie, wspomnienia z czasów, kiedy wizyta u fryzjera była wydarzeniem znaczącym i żywo dyskutowanym. Do fryzjera nie szło się ot tak sobie, pod nożyczki nie wpadało się jak po ogień. Kolejki do fryzjera były kiedyś sprawą równie normalną jak kolejki po mięso. Chodziło się do jednego fachowca, jakby była to czynność intymna i wymagająca zażyłości. Tak więc kiedy otwierałem drzwi tego zakładu (niewielkie miasto, plac dworcowy, tuż obok postoju taksówek, kiedyś w pobliżu działała pierwsza w mieście buda z kasetami magnetofonowymi), znowu wszystko wróciło i znowu odpadłem. To podobno pierwszy powojenny zakład w tym mieście, otwarł się wraz z pierwszymi pionierami, którzy przybyli na Mazury. Przypomniało mi się pewne wakacyjne popołudnie, leniwa kolejka mężczyzn i widok dworca zalanego ostrym światłem. Na asfaltowej połaci piekły się autobusy, turyści szukali cienia. Zaszedłem tam po raz pierwszy i za swoją zdradę (pani B., lokal w centrum osiedla, pierwsze piętro nad przychodnią) zapłaciłem cenę straszliwą, mistrz fachu obciął mnie bowiem pod miskę, co równało się napiętnowaniu, wykluczeniu i poczuciu stygmatyzacji w grupie rówieśniczej.
Wróciłem więc po dwudziestu latach, jak po ogień, miałem mniej więcej dziesięć minut, bo jechaliśmy gdzie indziej. I otwierając drzwi, pokonywałem prywatne lata świetlne, grzęzłem i tonąłem bez ratunku, nie tylko ten zakład, nie tylko rozgadana pani B., ale również zdarzenia znacznie wcześniejsze, klitka w centrum miasta, naprzeciwko Delikatesów, wchodziło się przez wąskie drzwi, panie na prawo, panowie na lewo, żadnej koedukacji. W męskim uwijała się pani R., wydaje mi się, że miała burzę rudych włosów na głowie, że stąpała triumfująco po męskich kłakach jak po dywanie, że te włosy były niczym symboliczne trofea w nieskończonych zapasach płci, że pachniało tam tanią wodą kolońską rozpylaną z gruszki, że nad lustrami wisiały czarno-białe fotosy zadbanych mężczyzn, a na framudze wisiał szeroki pas, o który ostrzyła swoją brzytwę. Zapomniałem o tych zdarzeniach na wiele lat, a jedno pchnięcie drzwi w innym miejscu i w innej dzielnicy przypomniało wszystko. Nawet ten jakże wstydliwy epizod, że pod koniec istnienia zakładu wkroczyła tam koedukacja i fryzjerki obcinały mężczyzn w części damskiej.
Wróciłem, starszy pan właśnie wstawał z fotela, na linoleum walały się smętne kłaczki siwego koloru, jak sierść liniejącego borsuka, a nie trofeum czy symbol. Jedna poważna pani pracowała, a druga czytała gazetę. Za oknem plac dworcowy trwał w szarym świetle przedwiośnia, turyści jeszcze nie nadeszli, samochody przemykały z rzadka, taksówkarze czekali i czekali. Na drzwiach widniał napis, że zakład otwiera się o 7.30, i zastanawiałem się, jak też wyglądają pierwsi klienci tego przybytku.
Chłodny powiew nowoczesności wywinął tu niebywałego fikołka. Owszem - firanki, paprocie, trochę nowych zdjęć modeli oprawionych w ramki, a obok tych modeli plakaty z Janem Pawłem II, kalendarz mało znanej firmy budowlanej, okleina drewniana na ścianach, "Przyjaciółka" i "Twoje imperium" na stoliku gazetowym, zielone fartuchy fryzjerek - wszystko to wyglądało zgodnie z przewidywaniami. Ale po lewej stronie od lustra stał wielki telewizor Siemens FC 913. Na mojej głowie furczała maszynka, a w telewizji przy kawie czy herbacie rozgrywał się właśnie program poranny, siedzieli tam jacyś znani prezenterzy i rozmawiali z jakimiś znanymi ludźmi o byle czym.
- A pamięta pani ten zakład sprzed Delikatesów? Wisiał tam pas, fryzjerka ostrzyła na nim brzytwę - próbowałem potwierdzić swoje wspomnienia.
- Pewnie, że pamiętam - maszynka nie przestawała brzęczeć ani na chwilę. - Ale teraz brzytwy są nielegalne. Sanepid zabronił, bo podobno HIV się może przenosić. Ludzie! No przecież nie ma takiej możliwości, żeby kark ogolić dokładnie maszynką. Nie ma i kropka! A potem klient wraca i ma pretensje, że mu włos za szybko odrasta.
Moją uwagę w telewizorze zwrócił pan z kawałkiem fantazyjnej szmatki wokół nastroszonych włosów. Był to, jak dowiedziałem się z podpisu, stylista fryzur, nie mylić z fryzjerem, bo takich pomyłek szanujący się stylista nie wybacza. Ten pan pojękiwał słodko, że jego znana koleżanka ma problemy. Maszynka we wprawnych rękach fryzjerki bzyczała. Miałem nadzieję, że potrwa to jeszcze chwilę. Za oknem rządziło przedwiośnie. Znowu pomieszały się plany. Znowu znalazłem się w kilku miejscach jednocześnie. Czy ten stylista otwiera swój zakład pracy o 7.30? Jakie plakaty tam wiszą? Czy hoduje paprocie i dieffenbachię, czy raczej uciesznego pieska? Po jakich trofeach stąpa? Czy wykłada "Przyjaciółkę"? Czym goli karki znanych przyjaciół i przyjaciółek, czy na widok ostrych krawędzi oblewa go zimy pot? Ile jeszcze przetrwa ten zakład przy dworcu i czy w jego miejsce wejdzie jakiś miejscowy stylista? A co porabia pani R.?
Odpowiedzi nie znam, ale za to otrzymałem od pani fryzjerki (niewielkie miasto, plac dworcowy, tuż obok postoju taksówek) najlepszą z możliwych. Wyłączyła maszynkę, a potem sięgnęła po nielegalną brzytwę i kilkoma genialnymi ruchami opacholiła mój kark.
Wróciłem więc po dwudziestu latach, jak po ogień, miałem mniej więcej dziesięć minut, bo jechaliśmy gdzie indziej. I otwierając drzwi, pokonywałem prywatne lata świetlne, grzęzłem i tonąłem bez ratunku, nie tylko ten zakład, nie tylko rozgadana pani B., ale również zdarzenia znacznie wcześniejsze, klitka w centrum miasta, naprzeciwko Delikatesów, wchodziło się przez wąskie drzwi, panie na prawo, panowie na lewo, żadnej koedukacji. W męskim uwijała się pani R., wydaje mi się, że miała burzę rudych włosów na głowie, że stąpała triumfująco po męskich kłakach jak po dywanie, że te włosy były niczym symboliczne trofea w nieskończonych zapasach płci, że pachniało tam tanią wodą kolońską rozpylaną z gruszki, że nad lustrami wisiały czarno-białe fotosy zadbanych mężczyzn, a na framudze wisiał szeroki pas, o który ostrzyła swoją brzytwę. Zapomniałem o tych zdarzeniach na wiele lat, a jedno pchnięcie drzwi w innym miejscu i w innej dzielnicy przypomniało wszystko. Nawet ten jakże wstydliwy epizod, że pod koniec istnienia zakładu wkroczyła tam koedukacja i fryzjerki obcinały mężczyzn w części damskiej.
Wróciłem, starszy pan właśnie wstawał z fotela, na linoleum walały się smętne kłaczki siwego koloru, jak sierść liniejącego borsuka, a nie trofeum czy symbol. Jedna poważna pani pracowała, a druga czytała gazetę. Za oknem plac dworcowy trwał w szarym świetle przedwiośnia, turyści jeszcze nie nadeszli, samochody przemykały z rzadka, taksówkarze czekali i czekali. Na drzwiach widniał napis, że zakład otwiera się o 7.30, i zastanawiałem się, jak też wyglądają pierwsi klienci tego przybytku.
Chłodny powiew nowoczesności wywinął tu niebywałego fikołka. Owszem - firanki, paprocie, trochę nowych zdjęć modeli oprawionych w ramki, a obok tych modeli plakaty z Janem Pawłem II, kalendarz mało znanej firmy budowlanej, okleina drewniana na ścianach, "Przyjaciółka" i "Twoje imperium" na stoliku gazetowym, zielone fartuchy fryzjerek - wszystko to wyglądało zgodnie z przewidywaniami. Ale po lewej stronie od lustra stał wielki telewizor Siemens FC 913. Na mojej głowie furczała maszynka, a w telewizji przy kawie czy herbacie rozgrywał się właśnie program poranny, siedzieli tam jacyś znani prezenterzy i rozmawiali z jakimiś znanymi ludźmi o byle czym.
- A pamięta pani ten zakład sprzed Delikatesów? Wisiał tam pas, fryzjerka ostrzyła na nim brzytwę - próbowałem potwierdzić swoje wspomnienia.
- Pewnie, że pamiętam - maszynka nie przestawała brzęczeć ani na chwilę. - Ale teraz brzytwy są nielegalne. Sanepid zabronił, bo podobno HIV się może przenosić. Ludzie! No przecież nie ma takiej możliwości, żeby kark ogolić dokładnie maszynką. Nie ma i kropka! A potem klient wraca i ma pretensje, że mu włos za szybko odrasta.
Moją uwagę w telewizorze zwrócił pan z kawałkiem fantazyjnej szmatki wokół nastroszonych włosów. Był to, jak dowiedziałem się z podpisu, stylista fryzur, nie mylić z fryzjerem, bo takich pomyłek szanujący się stylista nie wybacza. Ten pan pojękiwał słodko, że jego znana koleżanka ma problemy. Maszynka we wprawnych rękach fryzjerki bzyczała. Miałem nadzieję, że potrwa to jeszcze chwilę. Za oknem rządziło przedwiośnie. Znowu pomieszały się plany. Znowu znalazłem się w kilku miejscach jednocześnie. Czy ten stylista otwiera swój zakład pracy o 7.30? Jakie plakaty tam wiszą? Czy hoduje paprocie i dieffenbachię, czy raczej uciesznego pieska? Po jakich trofeach stąpa? Czy wykłada "Przyjaciółkę"? Czym goli karki znanych przyjaciół i przyjaciółek, czy na widok ostrych krawędzi oblewa go zimy pot? Ile jeszcze przetrwa ten zakład przy dworcu i czy w jego miejsce wejdzie jakiś miejscowy stylista? A co porabia pani R.?
Odpowiedzi nie znam, ale za to otrzymałem od pani fryzjerki (niewielkie miasto, plac dworcowy, tuż obok postoju taksówek) najlepszą z możliwych. Wyłączyła maszynkę, a potem sięgnęła po nielegalną brzytwę i kilkoma genialnymi ruchami opacholiła mój kark.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień



