Lewica jest gdzie indziej. Analiza klęski SLD

- pisze Łukasz Danel*
22.10.2011 , aktualizacja: 22.10.2011 10:57
A A A Drukuj
Po raz pierwszy od bardzo dawna Sojusz Lewicy Demokratycznej w Krakowie nie będzie miał swojego posła. Na razie nikt nie poniósł za to odpowiedzialności, choć wskazanie winnych zaistniałej sytuacji nie powinno stanowić większego problemu
Grzegorz Gondek
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Grzegorz Gondek
Joanna Senyszyn
Joanna Senyszyn - Fot. Piotr Wójcik / AG
Joanna Senyszyn
Gdy mniej więcej rok temu krakowski SLD ponosił w wyborach samorządowych druzgocącą porażkę, nie uzyskując w Radzie Miasta Krakowa, a później w radach dzielnic ani jednego mandatu, pomyślałem, że potrzebna jest pogłębiona refleksja nad przyczynami, które do tej porażki doprowadziły. Gdy kilka miesięcy później krakowskim SLD wstrząsnęła tzw. afera kolczykowa, która ukazała pewne patologie na najwyższych szczeblach kierowniczych partii, uznałem, że sytuacja dojrzała do drastycznych zmian personalnych, które miałyby na celu ocieplenie wizerunku partii przez wyborami parlamentarnymi. Gdy decyzją władz krajowych afera ta została zamieciona pod dywan, nie tylko ja, ale wielu innych członków SLD, sympatyków lewicy oraz obserwatorów krakowskiej sceny politycznej wieszczyło, że konsekwencje tych zaniechań będą dla lewicy tragiczne. Z przerażeniem obserwowałem, jak układane są listy wyborcze, w jaki sposób eliminuje się z nich i miesza z błotem wartościowych kandydatów tylko dlatego, że jednoosobowe kierownictwo krakowskiego SLD próbowało w ten sposób wyeliminować jakąkolwiek ewentualną konkurencję wewnętrzną. Z jeszcze większym przerażeniem obserwowałem kampanię wyborczą, której twarzą był, mimo uprzedniego wyrzucenia z listy wyborczej, bohater afery kolczykowej, kreujący się na głównego rozgrywającego w krakowskim i małopolskim SLD. Z nadzieją oczekiwałem na jakąkolwiek reakcję władz krajowych partii, na jakieś opamiętanie, na jakiś sygnał w kierunku wyborców, że SLD ma także inną twarz. Niestety, niczego takiego się nie doczekałem.

Wynik wyborczy Sojuszu Lewicy Demokratycznej w skali kraju jest druzgocący. Po raz pierwszy w historii III RP jest on zaledwie jednocyfrowy. Na pierwszy rzut oka trudno zrozumieć, jak to jest możliwe, że w kraju, w którym ok. 30 proc. społeczeństwa deklaruje sympatie lewicowe, jedyna partia mieniąca się partią socjaldemokratyczną nie jest w stanie zagospodarować nawet połowy tego elektoratu. Co więcej, w takim kraju jak Polska, gdzie są tysiące wykluczonych, zapotrzebowanie na lewicę musi być znaczące. Zwłaszcza w tak trudnych czasach, w dobie kryzysu, gdy ludzie boją się o swoją przyszłość. Tradycyjnie obrońcą i praw, i interesów jednostki powinna być lewica. Powinna. Ale dzisiaj nie jest. Z niepokojem obserwowałem, jak w trakcie kampanii wyborczej lewicowy elektorat w coraz większym stopniu zagospodarowuje nielewicowy Janusz Palikot, wykorzystując słabość SLD, miałkość jego liderów oraz fatalne posunięcia marketingowe. Wybory tylko dopełniły dzieła zniszczenia.

Oderwani od elektoratu

Osoby odpowiedzialne za ten katastrofalny wynik najprawdopodobniej wkrótce zapłacą polityczną cenę za popełnione w kampanii wyborczej błędy. Niektórzy z nich zresztą już sami zapowiedzieli rychłe odejście, nie czekając na osąd partyjnych działaczy. Brak natychmiastowej dymisji Grzegorza Napieralskiego jest być może jakąś zagrywką taktyczną, ale tak naprawdę stanowi tylko odwleczenie w czasie smutnego dla tego polityka momentu, mianowicie politycznej egzekucji. Ale to przecież naturalna kolej rzeczy. W polityce bowiem - tak jak w życiu - trzeba ponosić konsekwencje podjętych decyzji lub popełnionych błędów. Wydaje się też, że pokora i honor powinny być nieodłącznymi cechami każdego polityka, zwłaszcza tego, który zajmuje stanowisko kierownicze i skutkiem tego ciąży na nim szczególna, jednostkowa odpowiedzialność polityczna. Ale to, co wydaje się naturalne, w krakowskim SLD naturalne nie jest.

Jeśli dziś spojrzymy na tę organizację, to pozostały z niej w zasadzie same strzępy. Przeprowadzona przed kilku laty reorganizacja struktury wewnętrznej sprowadziła się jedynie do powołania kół dzielnicowych, co całkowicie zabiło życie wewnętrzne w partii, nie wpływając równolegle na większą efektywność jej działań. Dziś w 18 dzielnicach aktywnie działa dosłownie kilka kół. Mimo widniejących na oficjalnym wykazie członków około 300 nazwisk realnie jest ich w mieście nawet nie połowa tej liczby. W porównaniu z zamierzchłymi już czasami, gdy struktura krakowska liczyła 1000-1500 osób, trudno o jakieś optymistyczne konkluzje. Pesymizm jest tym większy, że wraz z każdą kolejną klęską wyborczą - a te stały się ostatnio normą - szeregi partyjne regularnie topnieją. Swoje zrobiła także wspomniana już afera kolczykowa. W wyrazie sprzeciwu wobec sposobu, w jaki sprawa ta została (a w zasadzie nie została) wyjaśniona przez centralę, z SLD odeszło wiele znakomitych osób, jedne z nielicznych, o których można powiedzieć, że cieszyły się powszechną sympatią i szacunkiem.

Morale krakowskiego SLD jest fatalne - ludzie nie mają gdzie organizować spotkań, bo pozamykano praktycznie wszystkie biura, nie mają gdzie przedstawić swoje pomysły i propozycje, bo zebrania kół w zasadzie się nie odbywają. Co gorsza - wszelkie ciała statutowe są zdziesiątkowane (przykładowo od kilku lat jest wakat na jakże ważnym stanowisku sekretarza partii w Krakowie), nie spotykają się, a jeśli już, to nie podejmują żadnych działań, nie przyjmują żadnych uchwał, nie prowadzą żadnych dyskusji. Dlatego właśnie używam pojęcia "jednoosobowe kierownictwo SLD Kraków", gdyż w praktyce wszelkie decyzje podejmuje tylko jedna osoba, nie konsultując ich na odpowiednich gremiach partyjnych i tym samym łamiąc wszelkie możliwe zapisy statutowe. Na przestrzeni ostatnich kilku lat krakowski SLD przekształcił się z partii szukającej kontaktu z wyborcą w partię hermetyczną, kierowaną przez osobę o zapędach dyktatorskich, ewidentnie wzorującą się przy tym na Jarosławie Kaczyńskim, służącym notabene jako polityczny autorytet i wzór przywódcy. Podobnie jak w PiS, tak i w SLD - czy to na szczeblu krakowskim, czy krajowym - wszyscy myślący inaczej odsuwani są na margines, wypychani albo wręcz wyrzucani z partii. To droga donikąd.

Ale problem tkwi dużo głębiej i można go nazwać kompletnym oderwaniem SLD od otaczającej go rzeczywistości społeczno-politycznej. Nie da się budować więzi z elektoratem, nie funkcjonując w nim. Nie da się przekonywać wyborców, jeżeli nie udaje się zaszczepić wśród nich przekonania, że dana partia polityczna żyje ich problemami i stara się znaleźć sposób na nie rozwiązanie. Nie da się być partią lewicową, jeśli nad działalność społeczną i polityczną przedkłada się działalnością biznesową, a samą politykę traktuje jako jedyne źródło utrzymania. Albo - co gorsza - możliwość zarobienia całkiem niezłych pieniędzy. Jeśli więc szukać dziś jakichś rdzennych przyczyn kilku następujących po sobie porażek wyborczych, to niewątpliwie trzeba sięgnąć aż do źródeł, czyli do działań, które doprowadziły do absolutnego zaprzeczenia jestestwa każdej lewicowej partii politycznej poprzez odejście od realizacji celów ogólnych w kierunku realizacji partykularnych celów jednostkowych. Prywata, kolesiostwo, szemrane interesy, epatowanie bogactwem, pokazywanie się na salonach - to wszystko musiało skończyć się dla krakowskiego SLD katastrofą. I skończyło się.

Lewica jest gdzie indziej

Zaryzykuję tezę, że dziś krakowska lewica znajduje się przede wszystkim poza SLD. To w większości przypadków pojedyncze osoby, które co prawda są dziś mocno rozproszone, ale gdyby udało się stworzyć z nich jakąś w miarę spójną grupę, to miałaby ona olbrzymi potencjał polityczny. To osoby, które w mniejszym lub większym stopniu miały kiedyś kontakt z SLD, ale zostały przez to SLD skutecznie odepchnięte, tudzież przestały wierzyć w to, że partia ta na tyle skutecznie uwiedzie wyborców, że będzie jeszcze kiedykolwiek miała wpływ na władzę i decyzje przez nią podejmowane. To także niektóre organizacje - jak choćby krakowska Kuźnica - niepotrafiące znaleźć z SLD wspólnego języka, i to nie dlatego, że nie chcą, ale dlatego, że ogólna koncepcja funkcjonowania krakowskiego SLD firmowana przez jego kierownictwo nawet w najmniejszym stopniu nie uwzględnia ich obecności. Oczywiście również i SLD wciąż skupia wiele wartościowych i autentycznie lewicowych osób, ale nie są to postacie pierwszoplanowe, eksponowane i odpowiednio zagospodarowane. Zamiast tego znajdują się gdzieś na uboczu życia partyjnego.

Kampania wyborcza SLD w Krakowie była w zasadzie niewidoczna, a wyniki tylko potwierdzają, że - poza kilkoma nazwiskami - lista wyborcza była żenująco słaba. Wystarczy wspomnieć, że na własne życzenie Sojuszu popularny i cieszący się sympatią nie tylko lewicowego elektoratu prezydent Jacek Majchrowski był twarzą kampanii Polskiego Stronnictwa Ludowego. Promowana przez prezydenta Monika Piątkowska została przed jednoosobowe kierownictwo SLD w Krakowie najzwyczajniej w świecie usunięta z listy, co zarząd krajowy w swej bezmyślności zaakceptował. Nikt nigdy nie wytłumaczył, dlaczego tak się stało. Analogicznie - decyzjami tych samych ludzi - z listy usunięto wiele znanych w krakowskim środowisku działaczy SLD, by wspomnieć choć byłego wieloletniego posła Kazimierza Chrzanowskiego. Jeśli do tego dodać, że do mandatu w okręgu 13. zabrakło zaledwie ok. 600 głosów, to od razu wyłania się z tego gotowa odpowiedź na przyczyny tak druzgocącej porażki. Żeby jeszcze tego wszystkiego było mało, skala zniszczeń powyborczych w SLD jest znacznie większa. Nie tylko w Krakowie, gdzie po raz pierwszy od bardzo dawna partia ta nie będzie miała swojego posła, ale także w całej Małopolsce. To samo zresztą tyczy się senatorów. To sytuacja absolutnie wyjątkowa.

Na razie nikt nie poniósł za to odpowiedzialności, choć wskazanie winnych zaistniałej sytuacji nie powinno stanowić większego problemu nawet dla postronnego obserwatora krakowskiej sceny politycznej. I dziś nic już nie da zaklinanie rzeczywistości. Można tylko zadać sobie pytanie, ile jeszcze klęsk krakowska lewica musi ponieść, ilu upokorzeń doznać, aby osoby, które bezpośrednio za to odpowiadają, w końcu zrozumiały, że ich koncepcja polityczna poniosła fiasko. Nie może być tak, że ci sami, którzy doprowadzili do totalnego rozkładu krakowskiej lewicy, dziś kreują się na jej odnowicieli. Nikt w to najzwyczajniej w świecie nie uwierzy i nikt tego nie kupi.

I wreszcie ostatnie pytanie, nad którym najwyższy czas się poważnie zastanowić - czy szyld SLD może jeszcze w ogóle być atrakcyjny dla wyborców? Doszliśmy do takiej sytuacji, że marka SLD - coś, co zawsze stanowiło mniejszą bądź większą siłę tego podmiotu politycznego - jest dziś mocno poobijana. Patrząc na wyniki wyborcze, trudno nie postawić tezy, że SLD przestał być głównym rozgrywającym na polskiej lewicy. Ale z drugiej strony - potencjał w elektoracie istnieje i wydaje się, że jego lewicowy segment domaga się jakiejś poważniejszej oferty politycznej. Najbliższe tygodnie zapewne upłyną na dojrzewaniu do tej idei. Oby także w Krakowie wszyscy wartościowi ludzie lewicy - dziś w zdecydowanej większości poza SLD - potrafili dojść do porozumienia i pokazać, że lewica może i powinna być społeczna, a nie bezideowa i dbająca tylko i wyłącznie o własne interesy i zaspokojenie własnych potrzeb materialnych.

* Autor jest członkiem Rady Krajowej Sojuszu Lewicy Demokratycznej, na co dzień pracuje w Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 24 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

  • Re: Lewica jest gdzie indziej. Analiza klęski SLD czesiekkk 22.10.11, 12:13

    Zmierzch SLD to najlepsza wiadomość dla lewicy w Polsce. SLD klerykalne, z liderami na opłatku u biskupa, zapominające o prawach socjalnych dla najsłabszych, których w Polsce nie brakuje i »

  • Lewica jest gdzie indziej. Analiza klęski SLD freeskawiniak 22.10.11, 15:45

    Radziłem po "aferze kolczykowej" rozwiązać struktury krakowskiego SLD przynajmniej uratowanoby twarz a tak ani jedno ani drugie,analizowanie,roztrząsanie dlaczego tak się stało nie ma »

  • Oto co mówi członek władz krajowych SLD: sprawazlewa 23.10.11, 08:54

    "Oczekiwałem, widziałem,obserwowałem, należy, trzeba itd" Tak może mówić szeregowy członek partii lub inny wyborca. Od członka władz oczekuje się działania. Bić się trzeba we własne piersi, »

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu