Rodzice kilka razy słyszeli, że syn nie przeżyje

Dominika Wantuch
22.12.2011 , aktualizacja: 21.12.2011 21:16
A A A Drukuj
Nie wiadomo, dlaczego przed laty w ciągu czterech dni zdrowy chłopak został sparaliżowany. 25-letni teraz Paweł Szkutnicki od 11 lat porusza się na wózku inwalidzkim sterowanym głową. Chce znaleźć sens życia, być szczęśliwy. Dzisiaj pierwszy raz, odkąd choruje, pojedzie do kina.
Paweł Szkutnicki
Fot. Adam Golec / Agencja Gazeta
Paweł Szkutnicki
Paweł Szkutnicki z rehabilitantem Michałem Zarębą
Fot. Adam Golec / Agencja Gazeta
Paweł Szkutnicki z rehabilitantem Michałem Zarębą
Paweł Szkutnicki z rehabilitantem Michałem Zarębą
Fot. Adam Golec / Agencja Gazeta
Paweł Szkutnicki z rehabilitantem Michałem Zarębą
Ze zdjęcia sprzed 11 lat patrzy wysoki, dobrze zbudowany nastolatek. Paweł Szkutnicki ma wtedy 14 lat. Uśmiechnięty, wysportowany, przewodniczący gimnazjum, harcerz, uwielbia pływać. - W przyszłości zostanę ratownikiem medycznym - mówi często do swojej mamy.

Lekarze do dziś nie wiedzą, co się stało, że zdrowy chłopak w ciągu czterech dni został całkowicie sparaliżowany. Pierwszego dnia Pawłowi ścierpła noga, drugiego był sparaliżowany od pasa w dół, trzeciego nie mógł już ruszać rękami, czwartego zaczął się dusić. W karcie informacyjnej ze szpitala ma wpisane: "wysokie uszkodzenie rdzenia kręgowego o nieustalonej etiologii; tetraplegia; przewlekła niewydolność oddechowa". - W momencie, w którym trafiliśmy na pogotowie, skończyło się nasze życie, a zaczęła walka - mówi Krystyna Szkutnicka, mama Pawła.

Najpierw chłopak trafił do szpitala w Rzeszowie. Potem do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Jego rodzice kilka razy usłyszeli, że Paweł nie przeżyje. I odsyłali go do kolejnych placówek: w Mielcu, Lublinie, Krakowie. Potem znów do Mielca, gdzie Szkutniccy mieszkali.

W szpitalu w Mielcu Paweł schudł do 37 kg przy 180 cm wzrostu, miał depresję, na nerkach pojawiły się kamienie. - Zamiast je usunąć, lekarze podawali mi coraz większe dawki morfiny, żebym był spokojny, i tłumaczyli, że jak jestem sparaliżowany, to nie czuję bólu - wspomina Paweł.

Po kilku miesiącach zdesperowana Krystyna Szkutnicka napisała apel do lekarzy w USA. Historią jej syna zainteresowała się dr Elisabeth Wirkowski z Winthrop University Hospital w Nowym Jorku. To tam lekarze ustabilizowali Pawła i mógł usiąść na wózku inwalidzkim, zapanowali nad padaczką i usunęli kamienie nerkowe. Tam Paweł wrócił do normalnej wagi, skończył szkołę średnią. - Parę razy Paweł był w stanie krytycznym, ale udało nam się go ustabilizować i zorganizować rehabilitację. Miał też wstawione rozruszniki przepony, które pozwalają mu być na pewien czas niezależnym od respiratora - mówi dr Wirkowski. I dodaje: - Zawsze podziwiałam wolę walki i życia w Pawle oraz determinację i poświęcenie jego matki.

Przez półtora roku razem z synem mieszkała w czteroosobowej sali szpitalnej, spała na fotelu. Co trzy godziny cewnikowała syna, przewracała, by nie pojawiły się odleżyny, zmieniała pościel, myła, ubierała. I tak robi do dziś.

Po powrocie do Polski Szkutniccy wysłali pisma i prośby o pomoc do Donalda Tuska, Jolanty Kwaśniewskiej, NFZ, Ministerstwa Zdrowia, posłów, rozmaitych fundacji i prywatnych przedsiębiorców. Odbijali się od ściany. - Rocznie wysyłamy i rozwozimy 15 tysięcy ulotek z prośbą o pomoc - mówi pani Krystyna.

Trzy lata temu trafili na rehabilitację, która dziś zaczyna przynosić efekty. Pojawia się aktywność mięśni brzucha i napięcie w lewej ręce. - Impulsy z mózgu docierają do mięśni, które wcześniej nie wykazywały żadnych objawów. Mamy cel, by przenieść Pawła na wózek sterowany ręką - mówi Michał Zaremba z Fizjo - Center.

Ale rehabilitacja kosztuje. - Przez 11 lat odmawialiśmy sobie i Pawłowi wszystkiego, by były pieniądze na leczenie, ale ich i tak brakuje, bo z emerytur i 500 zł renty Pawła nie jesteśmy w stanie zadbać o jego zdrowie. A musimy, bo on będzie musiał jakoś sobie radzić, gdy zostanie sam - mówi pani Krystyna.

Dlatego Paweł niedawno wysłał list do sparaliżowanego Janusza Świtaja, o którym Polska usłyszała, gdy poprosił sąd o eutanazję. On przekazał prośbę Pawła Annie Dymnej, która trzy lata temu przywróciła Świtajowi chęć do życia. - Jesteśmy w takiej samej sytuacji, choć ja staram się nie myśleć o śmierci. Ale chcę wiedzieć, jak być szczęśliwym - zastanawia się Paweł.

Odrobina radości czeka Pawła już dziś. Za pośrednictwem krakowskiej Fundacji Anny Dymnej "Mimo wszystko" Cinema City Plaza zaprosiła Pawła i jego rodziców do kina. - To pierwsze nasze wyjście, odkąd Paweł jest chory. To dla nas prezent świąteczny, który daje nam nadzieję, że będzie lepiej, że znajdą się pieniądze na rehabilitację - mówi mama Pawła.

Wszyscy, którzy chcieliby pomóc Pawłowi, mogą kontaktować się z Fundacją "Mimo wszystko".

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 5 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    19 głosów

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu