Rodzice kilka razy słyszeli, że syn nie przeżyje
22.12.2011
, aktualizacja: 21.12.2011 21:16
Nie wiadomo, dlaczego przed laty w ciągu czterech dni zdrowy chłopak został sparaliżowany. 25-letni teraz Paweł Szkutnicki od 11 lat porusza się na wózku inwalidzkim sterowanym głową. Chce znaleźć sens życia, być szczęśliwy. Dzisiaj pierwszy raz, odkąd choruje, pojedzie do kina.
ZOBACZ TAKŻE
- Ośmiu niepełnosprawnych zdobyło krakowskie K2 (12-05-12, 17:54)
- Janusz Świtaj z kolegami zaatakuje Kopiec Kościuszki (05-04-12, 10:00)
- Ciężarnej przywilejów w kolejce się zachciało? (12-01-12, 10:00)
- Sen niepełnosprawnego Piotra o chodzeniu (10-01-12, 05:00)
- Rekompensaty za błąd lekarza u wojewody (02-01-12, 23:00)
- Likwidują ważne specjalizacje. Lekarze zaskoczeni (02-01-12, 07:00)
- Jemu pomogli, teraz on pomaga niepełnosprawnym (28-12-11, 22:00)
- Prof. Małecki: Bronię nas, cukrzyków! (28-12-11, 10:00)
- Prezent dla Pawła i jego rodziców. Wyprawa do kina (22-12-11, 20:38)
- Krakowscy lekarze leczą w Kamerunie (17-12-11, 11:00)
- Szpital dziecięcy: Nie ma daszka, nie ma SOR-u (17-12-11, 07:00)
- Powstało Jagiellońskie Centrum Rozwoju Leków (08-12-11, 21:41)
- Kierowcy krakowskich karetek zapłacą za paliwo (08-12-11, 15:15)
- W Kamerunie czekają na krakowskich lekarzy (02-12-11, 10:00)
Ze zdjęcia sprzed 11 lat patrzy wysoki, dobrze zbudowany nastolatek. Paweł Szkutnicki ma wtedy 14 lat. Uśmiechnięty, wysportowany, przewodniczący gimnazjum, harcerz, uwielbia pływać. - W przyszłości zostanę ratownikiem medycznym - mówi często do swojej mamy.
Lekarze do dziś nie wiedzą, co się stało, że zdrowy chłopak w ciągu czterech dni został całkowicie sparaliżowany. Pierwszego dnia Pawłowi ścierpła noga, drugiego był sparaliżowany od pasa w dół, trzeciego nie mógł już ruszać rękami, czwartego zaczął się dusić. W karcie informacyjnej ze szpitala ma wpisane: "wysokie uszkodzenie rdzenia kręgowego o nieustalonej etiologii; tetraplegia; przewlekła niewydolność oddechowa". - W momencie, w którym trafiliśmy na pogotowie, skończyło się nasze życie, a zaczęła walka - mówi Krystyna Szkutnicka, mama Pawła.
Najpierw chłopak trafił do szpitala w Rzeszowie. Potem do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Jego rodzice kilka razy usłyszeli, że Paweł nie przeżyje. I odsyłali go do kolejnych placówek: w Mielcu, Lublinie, Krakowie. Potem znów do Mielca, gdzie Szkutniccy mieszkali.
W szpitalu w Mielcu Paweł schudł do 37 kg przy 180 cm wzrostu, miał depresję, na nerkach pojawiły się kamienie. - Zamiast je usunąć, lekarze podawali mi coraz większe dawki morfiny, żebym był spokojny, i tłumaczyli, że jak jestem sparaliżowany, to nie czuję bólu - wspomina Paweł.
Po kilku miesiącach zdesperowana Krystyna Szkutnicka napisała apel do lekarzy w USA. Historią jej syna zainteresowała się dr Elisabeth Wirkowski z Winthrop University Hospital w Nowym Jorku. To tam lekarze ustabilizowali Pawła i mógł usiąść na wózku inwalidzkim, zapanowali nad padaczką i usunęli kamienie nerkowe. Tam Paweł wrócił do normalnej wagi, skończył szkołę średnią. - Parę razy Paweł był w stanie krytycznym, ale udało nam się go ustabilizować i zorganizować rehabilitację. Miał też wstawione rozruszniki przepony, które pozwalają mu być na pewien czas niezależnym od respiratora - mówi dr Wirkowski. I dodaje: - Zawsze podziwiałam wolę walki i życia w Pawle oraz determinację i poświęcenie jego matki.
Przez półtora roku razem z synem mieszkała w czteroosobowej sali szpitalnej, spała na fotelu. Co trzy godziny cewnikowała syna, przewracała, by nie pojawiły się odleżyny, zmieniała pościel, myła, ubierała. I tak robi do dziś.
Po powrocie do Polski Szkutniccy wysłali pisma i prośby o pomoc do Donalda Tuska, Jolanty Kwaśniewskiej, NFZ, Ministerstwa Zdrowia, posłów, rozmaitych fundacji i prywatnych przedsiębiorców. Odbijali się od ściany. - Rocznie wysyłamy i rozwozimy 15 tysięcy ulotek z prośbą o pomoc - mówi pani Krystyna.
Trzy lata temu trafili na rehabilitację, która dziś zaczyna przynosić efekty. Pojawia się aktywność mięśni brzucha i napięcie w lewej ręce. - Impulsy z mózgu docierają do mięśni, które wcześniej nie wykazywały żadnych objawów. Mamy cel, by przenieść Pawła na wózek sterowany ręką - mówi Michał Zaremba z Fizjo - Center.
Ale rehabilitacja kosztuje. - Przez 11 lat odmawialiśmy sobie i Pawłowi wszystkiego, by były pieniądze na leczenie, ale ich i tak brakuje, bo z emerytur i 500 zł renty Pawła nie jesteśmy w stanie zadbać o jego zdrowie. A musimy, bo on będzie musiał jakoś sobie radzić, gdy zostanie sam - mówi pani Krystyna.
Dlatego Paweł niedawno wysłał list do sparaliżowanego Janusza Świtaja, o którym Polska usłyszała, gdy poprosił sąd o eutanazję. On przekazał prośbę Pawła Annie Dymnej, która trzy lata temu przywróciła Świtajowi chęć do życia. - Jesteśmy w takiej samej sytuacji, choć ja staram się nie myśleć o śmierci. Ale chcę wiedzieć, jak być szczęśliwym - zastanawia się Paweł.
Odrobina radości czeka Pawła już dziś. Za pośrednictwem krakowskiej Fundacji Anny Dymnej "Mimo wszystko" Cinema City Plaza zaprosiła Pawła i jego rodziców do kina. - To pierwsze nasze wyjście, odkąd Paweł jest chory. To dla nas prezent świąteczny, który daje nam nadzieję, że będzie lepiej, że znajdą się pieniądze na rehabilitację - mówi mama Pawła.
Wszyscy, którzy chcieliby pomóc Pawłowi, mogą kontaktować się z Fundacją "Mimo wszystko".
Lekarze do dziś nie wiedzą, co się stało, że zdrowy chłopak w ciągu czterech dni został całkowicie sparaliżowany. Pierwszego dnia Pawłowi ścierpła noga, drugiego był sparaliżowany od pasa w dół, trzeciego nie mógł już ruszać rękami, czwartego zaczął się dusić. W karcie informacyjnej ze szpitala ma wpisane: "wysokie uszkodzenie rdzenia kręgowego o nieustalonej etiologii; tetraplegia; przewlekła niewydolność oddechowa". - W momencie, w którym trafiliśmy na pogotowie, skończyło się nasze życie, a zaczęła walka - mówi Krystyna Szkutnicka, mama Pawła.
Najpierw chłopak trafił do szpitala w Rzeszowie. Potem do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Jego rodzice kilka razy usłyszeli, że Paweł nie przeżyje. I odsyłali go do kolejnych placówek: w Mielcu, Lublinie, Krakowie. Potem znów do Mielca, gdzie Szkutniccy mieszkali.
W szpitalu w Mielcu Paweł schudł do 37 kg przy 180 cm wzrostu, miał depresję, na nerkach pojawiły się kamienie. - Zamiast je usunąć, lekarze podawali mi coraz większe dawki morfiny, żebym był spokojny, i tłumaczyli, że jak jestem sparaliżowany, to nie czuję bólu - wspomina Paweł.
Po kilku miesiącach zdesperowana Krystyna Szkutnicka napisała apel do lekarzy w USA. Historią jej syna zainteresowała się dr Elisabeth Wirkowski z Winthrop University Hospital w Nowym Jorku. To tam lekarze ustabilizowali Pawła i mógł usiąść na wózku inwalidzkim, zapanowali nad padaczką i usunęli kamienie nerkowe. Tam Paweł wrócił do normalnej wagi, skończył szkołę średnią. - Parę razy Paweł był w stanie krytycznym, ale udało nam się go ustabilizować i zorganizować rehabilitację. Miał też wstawione rozruszniki przepony, które pozwalają mu być na pewien czas niezależnym od respiratora - mówi dr Wirkowski. I dodaje: - Zawsze podziwiałam wolę walki i życia w Pawle oraz determinację i poświęcenie jego matki.
Przez półtora roku razem z synem mieszkała w czteroosobowej sali szpitalnej, spała na fotelu. Co trzy godziny cewnikowała syna, przewracała, by nie pojawiły się odleżyny, zmieniała pościel, myła, ubierała. I tak robi do dziś.
Po powrocie do Polski Szkutniccy wysłali pisma i prośby o pomoc do Donalda Tuska, Jolanty Kwaśniewskiej, NFZ, Ministerstwa Zdrowia, posłów, rozmaitych fundacji i prywatnych przedsiębiorców. Odbijali się od ściany. - Rocznie wysyłamy i rozwozimy 15 tysięcy ulotek z prośbą o pomoc - mówi pani Krystyna.
Trzy lata temu trafili na rehabilitację, która dziś zaczyna przynosić efekty. Pojawia się aktywność mięśni brzucha i napięcie w lewej ręce. - Impulsy z mózgu docierają do mięśni, które wcześniej nie wykazywały żadnych objawów. Mamy cel, by przenieść Pawła na wózek sterowany ręką - mówi Michał Zaremba z Fizjo - Center.
Ale rehabilitacja kosztuje. - Przez 11 lat odmawialiśmy sobie i Pawłowi wszystkiego, by były pieniądze na leczenie, ale ich i tak brakuje, bo z emerytur i 500 zł renty Pawła nie jesteśmy w stanie zadbać o jego zdrowie. A musimy, bo on będzie musiał jakoś sobie radzić, gdy zostanie sam - mówi pani Krystyna.
Dlatego Paweł niedawno wysłał list do sparaliżowanego Janusza Świtaja, o którym Polska usłyszała, gdy poprosił sąd o eutanazję. On przekazał prośbę Pawła Annie Dymnej, która trzy lata temu przywróciła Świtajowi chęć do życia. - Jesteśmy w takiej samej sytuacji, choć ja staram się nie myśleć o śmierci. Ale chcę wiedzieć, jak być szczęśliwym - zastanawia się Paweł.
Odrobina radości czeka Pawła już dziś. Za pośrednictwem krakowskiej Fundacji Anny Dymnej "Mimo wszystko" Cinema City Plaza zaprosiła Pawła i jego rodziców do kina. - To pierwsze nasze wyjście, odkąd Paweł jest chory. To dla nas prezent świąteczny, który daje nam nadzieję, że będzie lepiej, że znajdą się pieniądze na rehabilitację - mówi mama Pawła.
Wszyscy, którzy chcieliby pomóc Pawłowi, mogą kontaktować się z Fundacją "Mimo wszystko".
- 5 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
19 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień






więcej zdjęć

