Sen niepełnosprawnego Piotra o chodzeniu

Rozmawiała Dominika Maciejasz
10.01.2012 , aktualizacja: 09.01.2012 23:32
A A A Drukuj
Tatiana i Zbigniew Rożeńscy z synem Piotrem Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta Tatiana i Zbigniew Rożeńscy z synem Piotrem
Kiedy policjant opowiada w szkole o zagrożeniach na drodze, słucha go co drugie dziecko. Ale co, jeśli opowiada matka chłopca, który cudem przeżył potrącony przez samochód? Jedni słuchają wpatrzeni, inni ocierają łzy. Może dlatego Niepołomice, gdzie mieszka pani Tatiana, są w czołówce statystyk spełniania obowiązku noszenia odblasków przez dzieci.
Tatiana i Zbigniew Rożeńscy z synem Piotrem
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Tatiana i Zbigniew Rożeńscy z synem Piotrem
Dominika Maciejasz: 5 stycznia 2001 roku pani najmłodszy syn Piotr miał sześć lat.

Tatiana Różeńska: Tak, Piotruś był wtedy w zerówce. Tego dnia mąż poszedł po niego i starszego syna do szkoły. Wracali drogą, Piotrek szedł z przodu. Po drugiej stronie jezdni zobaczył sąsiadkę. W tym miejscu obowiązywało ograniczenie prędkości do 30 km/godz. Piotruś chciał się z nią przywitać. Postawił kilka kroków na jezdni, mąż nie zdążył go złapać i wtedy nadjechał samochód.

Pani była wtedy w....

- W drodze do szkoły po najstarszego syna, który kończył zajęcia godzinę później. Słyszałam karetki. Te syreny jakoś tak mnie zdenerwowały, wydawało mi się, że ostatnia lekcja syna trwa w nieskończoność. Gdy wracaliśmy, minął nas rozbity samochód na lawecie. Powiedziałam do syna: "Zobacz, komuś przydarzyło się nieszczęście".

Kiedy dowiedziała się pani o wypadku?

- "Chodź pani, chodź szybko" - zawołała za mną z okna sąsiadka. Zawróciłam. Pytam, co się tak roztrzęsła, a ona w płacz, mówi, że mąż z Piotrkiem mieli wypadek. Zadzwoniłam na pogotowie. Dyspozytorka podała do słuchawki męża. A ten płakał i mówił, że nie wie, czy nasz syn żyje.

Piotrek był wtedy już w szpitalu w Prokocimiu.

- Najpierw reanimowali go w naszym ośrodku zdrowia. Potem śmigłowcem przetransportowali go do Prokocimia. Sąsiad zawiózł nas do szpitala i skierowali na intensywną terapię. Poznałam syna po paznokciach... Lekarka powiedziała, że może umrzeć w każdej chwili. Tej samej nocy był operowany, zrobiono mu m.in. trepanację czaszki.

Cofnijmy się do wypadku.

- Lekarz powiedział, że tamten kierowca musiał znacznie przekroczyć prędkość. Gdyby jechał 30 km/godz., Piotruś miałby połamane ręce, nogi, ale nie szukaliby go 20 metrów od miejsca wypadku. Tymczasem on wpadł na przednią szybę, która się rozbiła. Całe uderzenie skumulowało się na czaszce - uszkodzenie pnia mózgu, krwiak.

Co się stało z kierowcą?

- Nie poniósł konsekwencji, sprawę umorzono. Prokurator nie chciał z nami rozmawiać.

Lekarze nie dawali Piotrusiowi szans, ale przeżył.

- Powiedzieli, żebym "nie liczyła na cud". Po operacji przez sześć tygodni był w śpiączce. Lekarz mówił, żeby nagrać mu starszych braci i puszczać. Zarejestrowaliśmy ich rozmowy i zakładaliśmy Piotrusiowi walkmana. Po jakimś czasie, gdy miał słuchawki na uszach, uśmiechnął się, potem otworzył jedno oko. Codziennie od 7 do 22 byłam przy nim.

Po pół roku zabraliśmy go do domu. Był w dużej części sparaliżowany, nie mówił, ale nie pozwoliłam założyć mu sondy do żołądka, tylko karmiłam łyżeczką. Pamiętam ten dzień, gdy jednak stał się cud - Piotrek zaczął mówić. Przygotowywałam obiad na komunię starszego syna. Mówię do męża: "Ubij kotlety na jutro". Piotrek był wtedy w przedpokoju na wózku. I nagle otworzył usta i jak nie zacznie przeklinać i domagać się kotleta! Upuściłam z wrażenia talerz. Dzwonię do lekarza i mówię: "Doktorze, on klnie jak szewc". A lekarz do mnie, żebym się cieszyła, że w ogóle zaczął mówić i że na przykład u dorosłych osób to zupełnie normalne - wybudzają się ze śpiączki i przeklinają.

To było 11 lat temu. Jak jest teraz?

- Piotrek nie chodzi samodzielnie i nie je, pije przez rurkę. Miał uszkodzony wzrok, ale widzi już lepiej. Ma indywidualny tok nauczania, ostatnio dostał świadectwo z czerwonym paskiem. Ma sparaliżowaną połowę ciała, ale dzięki rehabilitacji zaczyna już poruszać ręką. Niestety, zabiegi są zbyt kosztowne. Cuda zdziałał pies! Dzięki naszemu owczarkowi zaczął się uśmiechać. Nie do przecenienia jest też hipoterapia. Konie bardzo pomogły mu się rozwinąć, ale zabrakło nam pieniędzy, by to kontynuować. A miał szansę nawet zacząć chodzić. Kiedyś w nocy zerwał się z łóżka i runął na ziemię. Mówię do niego: "Piotrek, przecież wiesz, że nie możesz sam chodzić". A on mi na to, że mu się przyśniło, że stawia kroki...

Pani zdecydowała się opowiadać o tragedii syna publicznie, żeby uzmysłowić dzieciom i rodzicom, jak ważne jest noszenie odblaskowych elementów u pieszych. Do szkoły w Zabierzowie Bocheńskim zabrała pani na prelekcję Piotrka.

- Początkowo to było bardzo trudne stanąć przed dziećmi, które mają tyle lat ile Piotrek, kiedy uległ wypadkowi. Gdy dzieci i rodzice zobaczyli Piotrka, zamilkli. Widok dziecka na wózku i historia, którą opowiedziałam, zrobiły na nich wrażenie. Ale o tym trzeba mówić. Wiem, jakie są dzieci. Mój starszy syn zakładał odblaskową kamizelkę, a gdy oddalił się od domu, to ją zdejmował. A odblaski mogą uratować życie.

Piotr Różeński niedługo skończy 18 lat. Powiatowy Zespół Lekarski uznał go za osobę ze znacznym stopniem naruszenia sprawności organizmu, rokującą poprawę stanu zdrowia, niezdolną do pracy i wymagającą stałej lub długotrwałej opieki i pomocy innych osób w związku z niezdolnością do samodzielnej egzystencji.

Piotr jest zrzeszony Stowarzyszeniu "Dziecięce Marzenia. Każdy, kto chce mu pomóc w sfinansowaniu rehabilitacji, może to zrobić, wpłacając pieniądze na konto Piotra Różeńskiego : 83 1050 1445 1000 0090 9321 5342

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu