Dość powtarzania: Nie mam czasu. Trzeba spróbować
20.01.2012
, aktualizacja: 19.01.2012 17:37
Wprawdzie Don Rigoberto, bohater Mario Vargasa Llosy, przesiadywał w łazience długie godziny, tradycja jednak nakazuje nam raczej wiązać takie zachowanie z żeńską częścią populacji - o stereotypach małych i dużych opowiada Tomasz Pindel, nominowany do Kulturalnych Odlotów w kategorii artysta. Rozmowa z Tomaszem Pindlem*
ZOBACZ TAKŻE
- Odlotowe filmy o odlotowych nominowanych [WIDEO] (10-02-12, 13:22)
- Błękitny protest wymyślony przez artystów [WIDEO] (04-02-12, 12:00)
- Jesteśmy w momencie przedrewolucyjnym (02-02-12, 00:12)
- Kulturalne Odloty. Klub Re, czyli ostatnia przystań (31-01-12, 21:00)
- Franaszek. Zawsze można dopracować szczegóły (30-01-12, 21:20)
- Kulturalne Odloty: Miłość w pociągu [Wideo] (30-01-12, 09:48)
- Ryszard Krynicki - do poezji trzeba mieć serce (28-01-12, 10:00)
- Odlotowy Pospieszalski: Czy chodzi o mojego tatę? (26-01-12, 07:00)
- Kulturalne Odloty: Pies pięknie eklektyczny (25-01-12, 11:00)
- Sacrum, rap i ikony polskiej muzyki (23-01-12, 05:00)
- W MOCAK-u w tym roku atrakcji nie zabraknie (21-01-12, 05:00)
- Które kluby polecą turystom krakowscy urzędnicy? (20-01-12, 07:00)
- Piotr Orzechowski: Jazzowa lekcja pokory (17-01-12, 22:25)
- MCK: Europa Środkowa i reszta świata (17-01-12, 05:00)
- Profesorek Nerwosolek? Tylko w Agrafce! (15-01-12, 21:00)
- Plebiscyt Kulturalne Odloty - lista nominowanych (14-01-12, 12:37)
- Kulturalne Odloty: Miasto z puszki malowane (12-01-12, 06:00)
- Odlotowe typy: odchodzących festiwali czar (10-01-12, 21:02)
- Kulturalne Odloty. Modraszek, Bach i Franaszek (09-01-12, 21:50)
- Odlot kulturalny, odlot wielokolorowy (08-01-12, 22:55)
- Kulturalne Odloty. Za książki i za włamanie (06-01-12, 22:00)
- IV edycja plebiscytu Gazety. Już czas na odlot! (05-01-12, 06:00)
W ubiegłym roku nakładem Świata Książki ukazała się jego debiutancka powieść satyryczna "Czy to się nagrywa?". Oto któregoś razu pewien sfrustrowany socjolog, chcąc wybrnąć z niezręcznej sytuacji, wymyśla na poczekaniu nieco kuriozalny temat badań naukowych, jakie zamierza podjąć w nadchodzącym semestrze. Z jego pomysłem przypadkowo zaznajamia się jedna z bliskich współpracowniczek samego premiera i tak rodzi się program rządowy "Żona dla Polaka/Mąż dla Polki", który ma na celu rozwiązać jasno wynikający ze statystyk problem: każdego roku przybywa samotnych kobiet w wielkich miastach i samotnych mężczyzn na wsiach. Inaczej mówiąc, ma ich po prostu w imię dobra społeczeństwa zeswatać. Dalsza akcja obfituje w moc atrakcji - afery polityczne, kilka wielce tajemniczych trupów, sceny mniej lub bardziej erotyczne, zabawne perypetie głównych bohaterów, a wszystko to na barwnym tle społecznym współczesnej Polski.
Małgorzata I. Niemczyńska: Woli pan sushi czy flaki?
Tomasz Pindel: Lubię jedno i drugie, właściwie w takim samym stopniu.
Miał więc pan empatyczne podejście zarówno do swych bohaterek (sushi), jak i bohaterów (flaki)?
- Rzeczywiście, z większością z tych postaci mógłbym się utożsamiać. W różnych aspektach. Tak się chyba zresztą najzręczniej pisze rzeczy śmieszne, że się samego siebie obśmiewa, wyolbrzymiając po prostu niektóre własne cechy. Mam zatem w sobie zarówno coś z panów ze wsi, jak i z pań z miasta.
A jest pan krakowianinem z dziada pradziada?
- Tak.
To co pan właściwie wie o wsi?
- Chyba niewiele, dałem się ponieść fantazji. Zaskoczyła mnie też zresztą opinia, że po książce widać, jakobym się dobrze orientował w środowisku warszawskich mediów. Nieprawda. Ot, radosna spekulacja, podparta jedynie obserwacją. O mieście wiem więcej i stąd chyba bardziej się w tej książce obrywa jednak miastowym. Wieś znam wyłącznie turystyczno-weekendowo-wakacyjnie. To oznaczać musiało ograniczone pole do wyzłośliwiań.
A może po prostu bardziej pan trzyma męską stronę?
- To tak może wyglądać, bo pary są w ten sposób rozdzielone: pani z miasta, a pan ze wsi. Wymagała tego fabuła i logika społeczna. Ale jednak brat jednej z bohaterek jest z miasta, a wychodzi na głupka przed mieszkańcami wsi. Próbuje zgrywać przed nimi światowca, tymczasem szybko się okazuje, że w tematyce kulturalnej orientują się dużo lepiej od niego. I obrywa też na przykład pan wykładowca z Uniwersytetu Małopolskiego.
Który to uniwersytet bardzo przypomina jedną z prawdziwych krakowskich uczelni
- Albo i niejedną. Ten wątek podparłem swym doświadczeniem akademickim, choć to oczywiście też nie jest odwzorowanie jeden do jeden. Pracę na uniwersytecie doprowadzam już zresztą do finiszu. Frustracja bohatera wykładowcy to znów wynik wyolbrzymienia - jak to w prozie satyrycznej. Zamiast realnego obrazu, raczej krzywe zwierciadło.
A wątek polityczny?
- To już wyobrażenia oparte tylko na lekturze prasy codziennej i słuchania radia. I to chyba najbardziej fantastyczna część książki, w tym znaczeniu, że w największym stopniu oparta na fantazji. I otwarcie absurdalna miejscami.
Nie zaczął pan przypadkiem pisać tej książki jeszcze za IV RP?
- Wymyśliłem ją za pierwszej III RP, a zacząłem pisać po IV. Widać w tym wątku politycznym pewne adresy, ale to nie miała być parodia konkretnych partii. W którymś momencie nawet pousuwałem z książki nazwiska podobnie brzmiące do tych rzeczywistych. Nie chciałem skojarzeń. Muszę jednak się zgodzić, że rząd IV RP był dla satyryków ogromnie inspirujący. Szarzyznę znacznie trudniej jest dotknąć.
A znajomi nie rozpoznawali się w opisanych przez pana sytuacjach? Jak na stereotypy, którymi się pan posługuje, reagowały panie, z żoną na czele?
- Znajomi pewnie się rozpoznawali, żona jednak reagowała bardzo dobrze. Czytała rzecz na bieżąco i była tak miła, że się śmiała, co dopingowało mnie do dalszego pisania. Konwencja wydaje mi się dość klarowna, więc chyba nikt się nie obraził, ani nie poczuł dotknięty. Nie wiem, na ile czytelnicy i czytelniczki biorą lekturę tej książki do siebie, jednak niewątpliwe jest ona oparta na stereotypach, które czerpiemy nie tylko z codziennego życia, ale też z gazet czy telewizji. Mówię też o stereotypowym zestawie problemów, bo kolorowa prasa głównie żyje właśnie romansami i tego typu sprawami. Tworzy pewien podstawowy kanon tematów, które powinny nas interesować. Bohaterowie nie mieli jednak rzeczywistych pierwowzorów.
Małgorzata I. Niemczyńska: Woli pan sushi czy flaki?
Tomasz Pindel: Lubię jedno i drugie, właściwie w takim samym stopniu.
Miał więc pan empatyczne podejście zarówno do swych bohaterek (sushi), jak i bohaterów (flaki)?
- Rzeczywiście, z większością z tych postaci mógłbym się utożsamiać. W różnych aspektach. Tak się chyba zresztą najzręczniej pisze rzeczy śmieszne, że się samego siebie obśmiewa, wyolbrzymiając po prostu niektóre własne cechy. Mam zatem w sobie zarówno coś z panów ze wsi, jak i z pań z miasta.
A jest pan krakowianinem z dziada pradziada?
- Tak.
To co pan właściwie wie o wsi?
- Chyba niewiele, dałem się ponieść fantazji. Zaskoczyła mnie też zresztą opinia, że po książce widać, jakobym się dobrze orientował w środowisku warszawskich mediów. Nieprawda. Ot, radosna spekulacja, podparta jedynie obserwacją. O mieście wiem więcej i stąd chyba bardziej się w tej książce obrywa jednak miastowym. Wieś znam wyłącznie turystyczno-weekendowo-wakacyjnie. To oznaczać musiało ograniczone pole do wyzłośliwiań.
A może po prostu bardziej pan trzyma męską stronę?
- To tak może wyglądać, bo pary są w ten sposób rozdzielone: pani z miasta, a pan ze wsi. Wymagała tego fabuła i logika społeczna. Ale jednak brat jednej z bohaterek jest z miasta, a wychodzi na głupka przed mieszkańcami wsi. Próbuje zgrywać przed nimi światowca, tymczasem szybko się okazuje, że w tematyce kulturalnej orientują się dużo lepiej od niego. I obrywa też na przykład pan wykładowca z Uniwersytetu Małopolskiego.
Który to uniwersytet bardzo przypomina jedną z prawdziwych krakowskich uczelni
- Albo i niejedną. Ten wątek podparłem swym doświadczeniem akademickim, choć to oczywiście też nie jest odwzorowanie jeden do jeden. Pracę na uniwersytecie doprowadzam już zresztą do finiszu. Frustracja bohatera wykładowcy to znów wynik wyolbrzymienia - jak to w prozie satyrycznej. Zamiast realnego obrazu, raczej krzywe zwierciadło.
A wątek polityczny?
- To już wyobrażenia oparte tylko na lekturze prasy codziennej i słuchania radia. I to chyba najbardziej fantastyczna część książki, w tym znaczeniu, że w największym stopniu oparta na fantazji. I otwarcie absurdalna miejscami.
Nie zaczął pan przypadkiem pisać tej książki jeszcze za IV RP?
- Wymyśliłem ją za pierwszej III RP, a zacząłem pisać po IV. Widać w tym wątku politycznym pewne adresy, ale to nie miała być parodia konkretnych partii. W którymś momencie nawet pousuwałem z książki nazwiska podobnie brzmiące do tych rzeczywistych. Nie chciałem skojarzeń. Muszę jednak się zgodzić, że rząd IV RP był dla satyryków ogromnie inspirujący. Szarzyznę znacznie trudniej jest dotknąć.
A znajomi nie rozpoznawali się w opisanych przez pana sytuacjach? Jak na stereotypy, którymi się pan posługuje, reagowały panie, z żoną na czele?
- Znajomi pewnie się rozpoznawali, żona jednak reagowała bardzo dobrze. Czytała rzecz na bieżąco i była tak miła, że się śmiała, co dopingowało mnie do dalszego pisania. Konwencja wydaje mi się dość klarowna, więc chyba nikt się nie obraził, ani nie poczuł dotknięty. Nie wiem, na ile czytelnicy i czytelniczki biorą lekturę tej książki do siebie, jednak niewątpliwe jest ona oparta na stereotypach, które czerpiemy nie tylko z codziennego życia, ale też z gazet czy telewizji. Mówię też o stereotypowym zestawie problemów, bo kolorowa prasa głównie żyje właśnie romansami i tego typu sprawami. Tworzy pewien podstawowy kanon tematów, które powinny nas interesować. Bohaterowie nie mieli jednak rzeczywistych pierwowzorów.
1
2
następne »
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień






