Zamiast uczenia mamy szkolną testomanię
17.02.2012
, aktualizacja: 16.02.2012 19:35
Nauka w szkole stała się przygotowaniem do testów. Ta metoda pozwala uzyskać dobry wynik na sprawdzianie, ale z prawdziwym uczeniem nie ma nic wspólnego - wynika z międzynarodowych badań. Na ich podstawie krakowscy nauczyciele ponawiają apel do MEN o debatę na temat egzaminów, które doprowadziły do testomanii.
ZOBACZ TAKŻE
- Kto zawiezie niepełnosprawne dzieci do szkół? (29-02-12, 08:00)
- Szkoły a przemoc domowa wobec dzieci (18-02-12, 10:00)
- Nie lubimy się wtrącać w sprawy domowe (18-02-12, 10:00)
- Dzienni opiekunowie wciąż nieobecni w Krakowie (06-02-12, 05:00)
- Jak wybrać dobrego dyrektora? Przeszkolą komisję (01-02-12, 06:00)
- Decyzje o zatrudnieniu podejmą dyrektorzy szkół (31-01-12, 08:00)
- Uczniowie mało wiedzą o działaniu narkotyków (30-01-12, 10:00)
- Internauci się wymieniają. Schabowy za naukę gry (12-01-12, 23:00)
- Ogólnopolski ranking szkół: licea i technika (10-01-12, 13:49)
- Korker nie musi zwracać unijnej dotacji (10-01-12, 08:00)
- Jak pracują nauczyciele - minuta po minucie (09-01-12, 07:00)
- Upośledzona edukacja. Dzieci poza systemem (24-12-11, 10:00)
W 2009 roku rozmawiałam z dyrektorem Prywatnej Szkoły Podstawowej im. Józefa Piłsudskiego w Krakowie, której uczniowie najlepiej w całym województwie napisali sprawdzian szóstoklasistów (dostali 34,6 pkt na 40 możliwych do zdobycia). Egzamin zdawało 15 dzieciaków, co na pewno przekłada się na wysoką średnią, ale nawet najsłabszy z nich uzyskał wynik całkiem przyzwoity, bo 26 pkt.
Proszony o receptę na sukces dyrektor zdradził mi ją bez ogródek. Przez trzy lata nauki uczniowie rozwiązywali wszystkie dostępne do wykorzystania na rynku testy. Potem nauczyciele zaczęli wymyślać własne. Po każdym sprawdzianie rodzice dostawali kartkę z informacją, jak uczeń wypadł na tle klasy, kogo wyprzedził, kto jest przed nim. Tylko jeden ojciec nie wytrzymał. Powiedział: - Moje dziecko nie musi się ścigać na wyniki - i przepisał je do innej podstawówki. Niewykluczone, że wpadł z deszczu pod rynnę, ponieważ większość szkół postępuje w podobny sposób.
Wiele krakowskich podstawówek zaczyna oswajać dzieci z testami już w wieku 10 lat. - Ćwiczymy, by sprawdzian ich nie zaskoczył - tłumaczą nauczyciele. Nie ma co kryć, że "ćwiczą" również dla siebie samych, ponieważ są oceniani na podstawie wyników testów swoich uczniów. - Na lekcjach nie ma dyskusji, stawiania twórczych hipotez. Jest bezmyślne zakreślanie kółkiem prawidłowych odpowiedzi. Sprawy zaszły za daleko. Przetnijmy koło testomanii i skończmy ze sprawdzianami, które doprowadziły do takiego stanu rzeczy - zaapelował w 2009 r. matematyk Tomasz Malicki. Poparła go część krakowskich pedagogów. Zapowiadali zorganizowanie publicznej debaty, czy sprawdzian na zakończenie podstawówki w ogóle jest potrzebny i czy nie przynosi szkołom więcej szkody niż pożytku. Do gimnazjum idą przecież wszyscy uczniowie bez względu na wynik, jaki na teście uzyskali. Do debaty jednak nie doszło.
Temat odżył po opublikowanym właśnie raporcie "Assessment and Teaching of 21st Century Skills". Powstał on po przeanalizowaniu badań prowadzonych w krajach Europy, a dotyczących egzaminów opartych o testy. Wnioski? Celem szkoły stał się dobry wynik uzyskany w testach, a proces głębokiego uczenia się uczniów przestał być ważny.
Nauczyciele nie pomagają dzieciom w rozwijaniu zainteresowań, pasji, nabywaniu umiejętności rozwiązywania problemów i myślenia, koncentrując całą swoją pracę na pomocy w przyswojeniu im konkretnych treści występujących na egzaminie.
Tematy i przedmioty, których nie dotyczą testowe zagadnienia, są na lekcjach pomijane.
"Jeśli dasz dziecku młotek, to każdy problem będzie dla niego wyglądał jak gwóźdź (...) Stworzyliśmy narzędzie w postaci testów. Otrzymane w wyniku ich przeprowadzenia liczby tworzą wrażenie dokładności i obiektywności. Trudno się powstrzymać, aby tego narzędzia nie użyć dla zwiększenia sensowności i efektywności uczenia się uczniów. Mamy taki świetny młotek!" - napisał z ironią na swoim blogu dr Jacek Strzemieczny, szef Centrum Edukacji Obywatelskiej, który dokonał gruntownej analizy międzynarodowych badań.
Strzemieczny nie ma wątpliwości, że w Polsce potrzebna jest szeroka dyskusja o testomanii, która ogarnęła szkoły. Jak z nią walczyć? Nikt nie łudzi się, że Ministerstwo Edukacji wycofa się z wprowadzonych dziesięć lat temu egzaminów. - Nadal będziemy używać młotka. Chodzi jednak o to, byśmy trochę zmodyfikowali to narzędzie i nie dobijali nim dzieci - mówi szef CEO.
Wśród pomysłów jest np. rezygnacja z tzw. zadań zamkniętych (uczeń zakreśla kółkiem właściwą odpowiedź) na rzecz otwartej formy odpowiedzi. Tyle że jest to rozwiązanie bardzo kosztowne. Otwarte odpowiedzi oceniają egzaminatorzy Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych, którzy otrzymują za to wynagrodzenie. Zadania zamknięte sprawdza komputer, któremu płacić nie trzeba.
Po zapoznaniu się z raportem o zorganizowanie debaty na temat szkolnej testomanii chce apelować do ministerstwa część nauczycieli z Krakowa. - Międzynarodowe badania potwierdziły to wszystko, o czym w środowisku nauczycielskim mówi się od dawna - podkreśla Tomasz Malicki. - Trzeba jednak zrozumieć nauczycieli. Jeśli ich praca jest oceniania przed dyrektorów szkół na podstawie wyników tych testów, nie ma się co dziwić, że ćwiczą je na okrągło.
Przyznaje jednocześnie, że nie tędy droga. Nauczyciel solidnie prowadzący lekcje powinien mieć pewność, że jego uczeń napisze dobrze test, choćby robił to pierwszy raz w życiu.
Dr Jacek Strzemieczny nie ma wątpliwości: szaleństwo testomanii nie skończy się, póki prócz testów nie zostaną wypracowane inne sposoby sprawdzania, jak szkoła uczy. Mówi o konieczności uzmysławiania ludziom, że wynik egzaminu nie jest jedynym kryterium pracy szkoły.
Na wypracowanie metod mierzenia innych aspektów pracy szkoły CEO chce zwrócić uwagę Ministerstwu Edukacji. To, poproszone przez nas o komentarz do badań, na razie milczy.
Proszony o receptę na sukces dyrektor zdradził mi ją bez ogródek. Przez trzy lata nauki uczniowie rozwiązywali wszystkie dostępne do wykorzystania na rynku testy. Potem nauczyciele zaczęli wymyślać własne. Po każdym sprawdzianie rodzice dostawali kartkę z informacją, jak uczeń wypadł na tle klasy, kogo wyprzedził, kto jest przed nim. Tylko jeden ojciec nie wytrzymał. Powiedział: - Moje dziecko nie musi się ścigać na wyniki - i przepisał je do innej podstawówki. Niewykluczone, że wpadł z deszczu pod rynnę, ponieważ większość szkół postępuje w podobny sposób.
Wiele krakowskich podstawówek zaczyna oswajać dzieci z testami już w wieku 10 lat. - Ćwiczymy, by sprawdzian ich nie zaskoczył - tłumaczą nauczyciele. Nie ma co kryć, że "ćwiczą" również dla siebie samych, ponieważ są oceniani na podstawie wyników testów swoich uczniów. - Na lekcjach nie ma dyskusji, stawiania twórczych hipotez. Jest bezmyślne zakreślanie kółkiem prawidłowych odpowiedzi. Sprawy zaszły za daleko. Przetnijmy koło testomanii i skończmy ze sprawdzianami, które doprowadziły do takiego stanu rzeczy - zaapelował w 2009 r. matematyk Tomasz Malicki. Poparła go część krakowskich pedagogów. Zapowiadali zorganizowanie publicznej debaty, czy sprawdzian na zakończenie podstawówki w ogóle jest potrzebny i czy nie przynosi szkołom więcej szkody niż pożytku. Do gimnazjum idą przecież wszyscy uczniowie bez względu na wynik, jaki na teście uzyskali. Do debaty jednak nie doszło.
Temat odżył po opublikowanym właśnie raporcie "Assessment and Teaching of 21st Century Skills". Powstał on po przeanalizowaniu badań prowadzonych w krajach Europy, a dotyczących egzaminów opartych o testy. Wnioski? Celem szkoły stał się dobry wynik uzyskany w testach, a proces głębokiego uczenia się uczniów przestał być ważny.
Nauczyciele nie pomagają dzieciom w rozwijaniu zainteresowań, pasji, nabywaniu umiejętności rozwiązywania problemów i myślenia, koncentrując całą swoją pracę na pomocy w przyswojeniu im konkretnych treści występujących na egzaminie.
Tematy i przedmioty, których nie dotyczą testowe zagadnienia, są na lekcjach pomijane.
"Jeśli dasz dziecku młotek, to każdy problem będzie dla niego wyglądał jak gwóźdź (...) Stworzyliśmy narzędzie w postaci testów. Otrzymane w wyniku ich przeprowadzenia liczby tworzą wrażenie dokładności i obiektywności. Trudno się powstrzymać, aby tego narzędzia nie użyć dla zwiększenia sensowności i efektywności uczenia się uczniów. Mamy taki świetny młotek!" - napisał z ironią na swoim blogu dr Jacek Strzemieczny, szef Centrum Edukacji Obywatelskiej, który dokonał gruntownej analizy międzynarodowych badań.
Strzemieczny nie ma wątpliwości, że w Polsce potrzebna jest szeroka dyskusja o testomanii, która ogarnęła szkoły. Jak z nią walczyć? Nikt nie łudzi się, że Ministerstwo Edukacji wycofa się z wprowadzonych dziesięć lat temu egzaminów. - Nadal będziemy używać młotka. Chodzi jednak o to, byśmy trochę zmodyfikowali to narzędzie i nie dobijali nim dzieci - mówi szef CEO.
Wśród pomysłów jest np. rezygnacja z tzw. zadań zamkniętych (uczeń zakreśla kółkiem właściwą odpowiedź) na rzecz otwartej formy odpowiedzi. Tyle że jest to rozwiązanie bardzo kosztowne. Otwarte odpowiedzi oceniają egzaminatorzy Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych, którzy otrzymują za to wynagrodzenie. Zadania zamknięte sprawdza komputer, któremu płacić nie trzeba.
Po zapoznaniu się z raportem o zorganizowanie debaty na temat szkolnej testomanii chce apelować do ministerstwa część nauczycieli z Krakowa. - Międzynarodowe badania potwierdziły to wszystko, o czym w środowisku nauczycielskim mówi się od dawna - podkreśla Tomasz Malicki. - Trzeba jednak zrozumieć nauczycieli. Jeśli ich praca jest oceniania przed dyrektorów szkół na podstawie wyników tych testów, nie ma się co dziwić, że ćwiczą je na okrągło.
Przyznaje jednocześnie, że nie tędy droga. Nauczyciel solidnie prowadzący lekcje powinien mieć pewność, że jego uczeń napisze dobrze test, choćby robił to pierwszy raz w życiu.
Dr Jacek Strzemieczny nie ma wątpliwości: szaleństwo testomanii nie skończy się, póki prócz testów nie zostaną wypracowane inne sposoby sprawdzania, jak szkoła uczy. Mówi o konieczności uzmysławiania ludziom, że wynik egzaminu nie jest jedynym kryterium pracy szkoły.
Na wypracowanie metod mierzenia innych aspektów pracy szkoły CEO chce zwrócić uwagę Ministerstwu Edukacji. To, poproszone przez nas o komentarz do badań, na razie milczy.
- 33 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
11 głosów
-
Zamiast uczenia mamy szkolną testomanię
angrusz1
18.02.12, 18:40
Testy są dobrym, bo szybkim i tanim sprawdzaniem wiedzy .Ale na pewno nie jedynym .Nie ma co występować przeciwko testom .Ale śmieszą mnie tego typu zadania jak na maturze .Zadanie »
Najczęściej czytane24 htydzień





