Dostali od was dom. Urządzają życie na nowo

Małgorzata Skowrońska
04.05.2012 , aktualizacja: 04.05.2012 00:50
A A A Drukuj
Pan Janusz z córką Gabrysią w nowym domu

Pan Janusz z córką Gabrysią w nowym domu (Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

To nic wielkiego, zaledwie 40 metrów kwadratowych. Jeszcze nie ma firanek, ale już są łóżka, stół, meble. - Urządzamy swoje życie na nowo. Zaczynam wierzyć, że wszystko może się udać - mówi Janusz Divan
Janusz Divan z sześcioletnią Gabrysią od tygodnia mają dom. Wreszcie są razem. O tym, że dziewczynka ma mieszkać z ojcem, zdecydował sąd, orzekając rozwód. Rzadki przypadek, ale sąd wziął pod uwagę silny związek emocjonalny dziecka z ojcem i to, że gdy Gabrysia trafiła do domu dziecka, tylko Janusz starał się ją odzyskać.

Ich historię opisaliśmy dwa miesiące temu. Po rozwodzie Janusz mieszkał z córką u teścia. Zaraz po świętach Bożego Narodzenia usłyszał, że ma się wyprowadzić, bo do domu wraca matka Gabrysi ze swoim nowym mężem i synem z tego związku. Divan zaczął szukać czegoś do wynajęcia. Otwarcie mówił: "Jestem niepełnosprawny, szukam pokoju dla siebie i córki". Odmawiano mu. Jedni mówili wprost, że nikomu z dzieckiem nie chcą wynajmować, a już tym bardziej samotnemu ojcu z problemami. Inni kręcili, umawiali się, a potem kłamali, że mieszkanie już wynajęli. Szukał pomocy w domu samotnej matki, ale przecież nie jest matką. Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej miał dla niego miejsce w domu dla ofiar przemocy domowej, ale sami urzędnicy odradzali mu to rozwiązanie. Janusz postanowił upublicznić swoją historię. Nie chciał żadnych zbiórek pieniężnych, nie chciał wpływania na urzędy, by dostrzegły jego trudną sytuację. Chciał tylko tego, by ktoś napisał, że jest normalnym człowiekiem, ojcem. I jeszcze, by do ludzi dotarło, że jego niepełnosprawność nie oznacza kłopotów.

Kiedy po raz pierwszy spotkałam się z nim, nie miał ze sobą teczki z dokumentami opowiadającymi jego historię. Takie grubaśne teczki zna każdy dziennikarz i większość z nas się ich boi. Stosy wyroków, ekspertyz, opinii. Rzadko można się przez nie przebić. Jeszcze trudniej opisać taką zawikłaną historię. Janusz takiej teczki nie miał, choć mógłby. Opowiadał krótko i rzeczowo. Zapytał, jakich dokumentów potrzebuję, żebym mogła sprawdzić to, co mówi. Kilka dni później "Gazeta" opublikowała tekst "Tato, czy znalazłeś już dla nas dom?". Tak pytała Gabrysia, gdy Janusz przychodził po nią do przedszkola.

Już w dniu, w którym ukazał się tekst, rozdzwoniły się telefony w redakcji. Ludzie pytali, w jaki sposób mogą pomóc. Jedni oferowali pomoc finansową (dla tych MOPS utworzył specjalne konto), inni rzeczową (meble, ubrania, zabawki dla Gabrysi). Podziękowania należą się kilkudziesięciu osobom, nie sposób ich wszystkich wymienić. Kilku historii pominąć się jednak nie da.

Janusz z Gabrysią od tygodnia wynajmują dwupokojowe mieszkanie w pobliżu przedszkola dziewczynki. Nie byłoby to możliwe bez wsparcia Arcybractwa Miłosierdzia, które postanowiło dofinansowywać comiesięczny czynsz. Dzięki jednemu z najstarszych polskich stowarzyszeń filantropijnych Divan nie musi mieszkać u kogoś w wynajmowanym pokoju. Propozycja pomocy wyszła też od pani, która zaoferowała meble. To nimi Janusz umeblował swoje pierwsze samodzielne mieszkanie. Jest i kino domowe - prezent od jednego z ojców koleżanki Gabrysi z przedszkola.

Wśród tych, którzy przejęli się historią Janusza, jest krakowski lekarz. Obiecałam, że pozostanie anonimowy - ile razy rozmawiam z profesorem o Januszu, tyle razy słyszę, że pod żadnym pozorem nie mogę ujawnić jego nazwiska. Tych rozmów było wiele, bo profesor rozpętał prawdziwą batalię. Pisał, mailował, dzwonił i opowiadał o Januszu i Gabrysi swojej rodzinie, kolegom z pracy, przyjaciołom z Polski i ze świata. Dzięki niemu i jego najbliższym, żonie i córkom, bankowe konto utworzone dla Divanów się zapełnia. Janusz mówi, że to będzie lokata dla Gabrysi.

W akcję włączył się też pan Mariusz, tato dwóch córek. Chciał przekazać pieniądze, ale z nakazem, że mają pójść na rozrywki. Tłumaczył, że w relacji rodzic - dziecko konieczne są chwile beztroskiej zabawy. To takie budowanie wspomnień. On także poprosił o spotkanie z Januszem. Obaj panowie mówili później, że to było jak pozbywanie się masek, choć pewnie nie wszystkie spadły. Spotkali się jeszcze raz. Tym razem z dziećmi na odpuście emaus. Janusz relacjonował, że poczuł się wreszcie normalnie. Nie jak ktoś, kto potrzebuje pomocy i prosi o nią, ale jak znajomy Mariusza, z którym umówił się na wspólne popołudnie z dzieciakami.

Janusz Divan wychodzi na prostą. Ma mieszkanie. Lekarz zgodził się, by pracował siedem godzin dziennie. Do tej pory ze względu na wadę wzroku to były tylko trzy godziny. Mało, by utrzymać dziecko. - Najważniejsze, że Gabrysia jest już ze mną i podoba jej się nowy dom. Powiedziała nawet, że jest ze mnie dumna - mówi. O tych, którzy mu pomogli, mówi: - Ktoś wreszcie we mnie uwierzył. Nie wiedziałem, jaką to daje siłę.

m.skowronska@krakow.agora.pl

  • 15
  • 2