Dlaczego zabił? Wystarczyło złe spojrzenie
2009-11-20
, aktualizacja: 19.11.2009 23:36
33 centymetry miał nóż, który Artur nosił w kieszeni. Potem nóż dosięgnął szyi Łukasza.
ZOBACZ TAKŻE
- Po śmierci nastolatka: W szkole żałoby nie ma (13-11-09, 23:00)
Od wejścia do swojej szkoły na os. Złotej Jesieni Łukasza dzieliło kilka metrów. 200 metrów dalej był szpital Rydygiera. Chłopak, zatykając kołnierzem od kurtki tryskającą z tętnicy krew, próbował tam dojść. Nie dał rady, upadł w połowie drogi.
Jego ojciec był wtedy kilkaset metrów dalej. Wysiadał na przystanku, szedł do domu. Starszy brat Sławek o blok dalej wsiadał do samochodu. Nie mieli pojęcia, że tak blisko od nich Łukasz wykrwawia się na śmierć.
Miał 17 lat. Jego zabójca był o rok starszy.
Ojciec: - Jak przychodził do mnie na Albertyńskie, zawsze odprowadzałem go na przystanek. Bo wiadomo, że wieczorem taki młody, jak idzie sam, zostanie zaczepiony. Nieraz tu były "wjazdy" chłopaków z innych osiedli, a mnie starego przecież nie ruszą. Mówiłem mu zawsze: nie idź tu, uważaj tam.
- Szukacie w tej sprawie jakiegoś sensu? Nie, nie znajdziecie - rozkłada ręce komendant miejscowego komisariatu Jerzy Szczepanik.
Nie zdążyli się pokłócić
12 listopada, dzień po zabójstwie. Przed Zespołem Szkół HTS, gdzie chodził Łukasz, rośnie krąg zniczy. Obok ktoś położył jego ostatnie zdjęcie. Uśmiechnięty nastolatek, okulary przeciwsłoneczne odsunięte na czoło. Koło świec leży klepsydra podpisana przez sympatyków Wisły. Co chwila ktoś się zatrzymuje, kręci w zadumie głową, pyta sąsiada: "czy to ten chłopak, o którym w telewizji mówili, że zabito go nożem?".
- To straszne, nie potrafią ze sobą rozmawiać, tylko od razu wyciągają noże - starsza pani nie może zrozumieć, co się dzisiaj z młodymi ludźmi.
- Jaka rozmowa? Nawet nie zdążyli się porządnie pokłócić ze sobą - zżyma się komendant Szczepanik.
Wystarczyło złe spojrzenie. Takie, ja wtedy, gdy mijali się przy przystanku koło szkoły. Łukasz szedł z kolegą, Artur z dwiema dziewczynami. Obaj są z różnych osiedli. Łukasz z Jagiellońskiego, Artur ze Wzgórz Krzesławickich.
Reszta to tylko już sekundy. Najpierw Artur rzuca zaczepnie: "Co się tak patrzysz". Koleżanki próbują go odciągnąć, namawiają, by weszli do autobusu 153, który właśnie podjechał na przystanek. "Ja cię skądś znam" - mówi Łukasz, podchodząc do Artura. 18-latek powie potem policjantom, że jak Łukasz do niego się zbliżał, zaciskał już wtedy dłoń na trzonku. "Tak na wszelki wypadek" - tłumaczył. Sprzęt nosił zawsze, kiedy szedł na Jagiellońskie, bo tam rządzi Wisła. "Sprzęt" to kastet, nóż, pałka. Tego dnia Artur wziął nóż. - Takie narzędzie to już nie nóż, ale bagnet - ocenia policjant. Wystarczył jeden cios. W tętnicę.
Artur wskakuje do autobusu, Łukasz ściska kurtkę na gardle. Kolega nachyla się nad przyjacielem: "Dasz radę, wyjdziesz z tego, wszystko będzie dobrze". Ale Łukasz wie, że nie. Kiwa, przecząco głową. Czuje, że umiera.
Pierwszy dowiedział się Sławek. Zadzwonili do niego ze szpitala, by doniósł książeczkę zdrowia brata. W pośpiechu pakuje mu rzeczy.
Ojciec Łukasza: - Zdążyłem kurtkę zdjąć, chciałem sobie coś zrobić do jedzenia. Nagle dzwoni telefon. Sławek mówi: "Tata, Łukaszowi pocięli nożem szyję".
W szpitalnej poczekalni obaj czekają, by ktokolwiek powiedział im, co dzieje się z Łukaszem. Wiedzą tylko, że chłopak leży na stole z rurką w gardle. Z sali wychodzi policjant. Pyta, czy jest ktoś z rodziny.
- I co z nim jest?! - krzyczy ojciec.
- Świętej pamięci - pada odpowiedź.
Artur dostaje od kolegów tort
- Nie wierzę, że chciał zabić - Barbara Cynk była wychowawczyni Artura w technikum mechanicznym. Nie śpi, odkąd dowiedziała się o tym, co zdarzyło się na Jagiellońskim. - To nasza wspólna trauma - zawiesza głos. Wychowawczynią Artura była przez dwa lata. - On był taki dziecinny, niedojrzały emocjonalnie. Najpierw coś powiedział, potem dopiero się zastanawiał... Ale bardzo zdolny. Na tle rówieśników nie wyróżniał się negatywnie. Otwarty, choć do pewnych granic - opowiada. Był lubiany. Rok temu, gdy byli z wycieczką klasową w Świnoujściu, Arturowi wypadły siedemnaste urodziny. Koledzy kupili mu tort.
- Do mnie trafiają uczniowie, gdy rzeczywiście coś przeskrobią. A ja przez długi czas nawet nie wiedziałem o istnieniu tego chłopaka w szkole - mówi dyrektor szkoły Jan Kołodziejczyk.
Jego ojciec był wtedy kilkaset metrów dalej. Wysiadał na przystanku, szedł do domu. Starszy brat Sławek o blok dalej wsiadał do samochodu. Nie mieli pojęcia, że tak blisko od nich Łukasz wykrwawia się na śmierć.
Miał 17 lat. Jego zabójca był o rok starszy.
Ojciec: - Jak przychodził do mnie na Albertyńskie, zawsze odprowadzałem go na przystanek. Bo wiadomo, że wieczorem taki młody, jak idzie sam, zostanie zaczepiony. Nieraz tu były "wjazdy" chłopaków z innych osiedli, a mnie starego przecież nie ruszą. Mówiłem mu zawsze: nie idź tu, uważaj tam.
- Szukacie w tej sprawie jakiegoś sensu? Nie, nie znajdziecie - rozkłada ręce komendant miejscowego komisariatu Jerzy Szczepanik.
Nie zdążyli się pokłócić
12 listopada, dzień po zabójstwie. Przed Zespołem Szkół HTS, gdzie chodził Łukasz, rośnie krąg zniczy. Obok ktoś położył jego ostatnie zdjęcie. Uśmiechnięty nastolatek, okulary przeciwsłoneczne odsunięte na czoło. Koło świec leży klepsydra podpisana przez sympatyków Wisły. Co chwila ktoś się zatrzymuje, kręci w zadumie głową, pyta sąsiada: "czy to ten chłopak, o którym w telewizji mówili, że zabito go nożem?".
- To straszne, nie potrafią ze sobą rozmawiać, tylko od razu wyciągają noże - starsza pani nie może zrozumieć, co się dzisiaj z młodymi ludźmi.
- Jaka rozmowa? Nawet nie zdążyli się porządnie pokłócić ze sobą - zżyma się komendant Szczepanik.
Wystarczyło złe spojrzenie. Takie, ja wtedy, gdy mijali się przy przystanku koło szkoły. Łukasz szedł z kolegą, Artur z dwiema dziewczynami. Obaj są z różnych osiedli. Łukasz z Jagiellońskiego, Artur ze Wzgórz Krzesławickich.
Reszta to tylko już sekundy. Najpierw Artur rzuca zaczepnie: "Co się tak patrzysz". Koleżanki próbują go odciągnąć, namawiają, by weszli do autobusu 153, który właśnie podjechał na przystanek. "Ja cię skądś znam" - mówi Łukasz, podchodząc do Artura. 18-latek powie potem policjantom, że jak Łukasz do niego się zbliżał, zaciskał już wtedy dłoń na trzonku. "Tak na wszelki wypadek" - tłumaczył. Sprzęt nosił zawsze, kiedy szedł na Jagiellońskie, bo tam rządzi Wisła. "Sprzęt" to kastet, nóż, pałka. Tego dnia Artur wziął nóż. - Takie narzędzie to już nie nóż, ale bagnet - ocenia policjant. Wystarczył jeden cios. W tętnicę.
Artur wskakuje do autobusu, Łukasz ściska kurtkę na gardle. Kolega nachyla się nad przyjacielem: "Dasz radę, wyjdziesz z tego, wszystko będzie dobrze". Ale Łukasz wie, że nie. Kiwa, przecząco głową. Czuje, że umiera.
Pierwszy dowiedział się Sławek. Zadzwonili do niego ze szpitala, by doniósł książeczkę zdrowia brata. W pośpiechu pakuje mu rzeczy.
Ojciec Łukasza: - Zdążyłem kurtkę zdjąć, chciałem sobie coś zrobić do jedzenia. Nagle dzwoni telefon. Sławek mówi: "Tata, Łukaszowi pocięli nożem szyję".
W szpitalnej poczekalni obaj czekają, by ktokolwiek powiedział im, co dzieje się z Łukaszem. Wiedzą tylko, że chłopak leży na stole z rurką w gardle. Z sali wychodzi policjant. Pyta, czy jest ktoś z rodziny.
- I co z nim jest?! - krzyczy ojciec.
- Świętej pamięci - pada odpowiedź.
Artur dostaje od kolegów tort
- Nie wierzę, że chciał zabić - Barbara Cynk była wychowawczyni Artura w technikum mechanicznym. Nie śpi, odkąd dowiedziała się o tym, co zdarzyło się na Jagiellońskim. - To nasza wspólna trauma - zawiesza głos. Wychowawczynią Artura była przez dwa lata. - On był taki dziecinny, niedojrzały emocjonalnie. Najpierw coś powiedział, potem dopiero się zastanawiał... Ale bardzo zdolny. Na tle rówieśników nie wyróżniał się negatywnie. Otwarty, choć do pewnych granic - opowiada. Był lubiany. Rok temu, gdy byli z wycieczką klasową w Świnoujściu, Arturowi wypadły siedemnaste urodziny. Koledzy kupili mu tort.
- Do mnie trafiają uczniowie, gdy rzeczywiście coś przeskrobią. A ja przez długi czas nawet nie wiedziałem o istnieniu tego chłopaka w szkole - mówi dyrektor szkoły Jan Kołodziejczyk.
Z Arturem coś złego zaczęło dziać się kilka miesięcy temu. Pojawiły się upomnienia od dyrektora, nagany. - Ale to były problemy z nauką i frekwencją, a nie kwestie wychowawcze. Nigdy nikogo w szkole nie uderzył - zaznacza dyrektor Kołodziejczyk. Artur nagminnie zaczął opuszczać lekcje. Na koniec roku - 77 nieusprawiedliwionych nieobecności.
- Dzwoniłam do niego i pytałam, dlaczego nie ma go w szkole. Mówił, że nie wie, dlaczego nie poszedł rano na lekcje, ale obiecywał, że za chwilę się zjawi. I rzeczywiście, przychodził. Wiele razy z nim rozmawiałam, wzywaliśmy rodziców. Obiecywał, że się poprawi.
W nauce pomagali babcia i dziadek. Artur był bardzo z nimi związany. Jedyny wnuk. Babcia przychodziła do szkoły co środę, by dowiedzieć się jakie zaległości ma Artur. Odrabiała z nim biologię, chemię. Dziadek odpowiadał za przedmioty zawodowe.
- Jak przysiadł, to potrafił nadrobić zaległości - przyznaje Barbara Cynk.
Na koniec roku szkolnego zawalił dwa przedmioty: matematykę i prawo o ruchu drogowym. - Z obu dostał dwóje, bo wagarował - mówi dyrektor Kołodziejczyk. I zaraz dodaje, że Artur w sierpniu obie poprawki zaliczył.
Magdalena Kostrz-Jaje, pedagog w Zespole Szkół HTS, mówi, że z Łukaszem takich problemów nie było. - Zajmuję się uczniami sprawiającymi kłopoty. Łukasza u mnie nie było. To nie był człowiek, który prowokował.
Babcia Łukasza: - Ja go tu prawie całe życie miałam, bo z bratem blok dalej mieszkali. Nie mogę zrozumieć, że to na niego trafiło. W życiu nikogo nie zaczepił. To Sławek, ten starszy, był bardziej zadziorny.
Sławek gra w klubie na bramce. Ojciec nosi w portfelu zdjęcie drużyny. Starszy syn stoi w środkowym rzędzie. - Łukasz nigdy na meczu nie był - mówi ojciec.
Myślał tylko o wyjeździe Anglii. W czerwcu, po skończeniu szkoły, planował jechać tam do sióstr. - Sławka wybierał się już w styczniu.
- Chłopcy byli bardzo zżyci. Łukasz wychowywał się u boku Sławka, właściwie to tylko on miał na niego wpływ. Gdy zmarła matka, Łukasz zamykał się w pokoju i grał na komputerze. Tylko on potrafił go od tego pudła odciągnąć - opowiada babcia chłopców Irena.
Artur we wrześniu przyszedł do szkoły z siniakami na twarzy. - Za nic nie chciał powiedzieć, co się stało. Twierdził, że to przypadek.
Kolega z byłej szkoły: - Ponoć zaczął kręcić się w złym towarzystwie, mówią że zadawał się z "dresami".
Dwa tygodnie później Artur przyszedł po dokumenty. - Byłam w szoku, że chce odejść ze szkoły. Był zdeterminowany, twierdził, że musi zarabiać pieniądze. Ponoć miał dostać pracę w myjni samochodowej. Skończył 18 lat, więc nie można było mu zabronić odejść - mówi była wychowawczyni. W listopadzie Artur zapisał się do liceum dla zaocznych. Zdążył przyjść na jedne zajęcia. Nikt go tam nie pamięta.
Tu tak już jest
Krzywo się na siebie popatrzyli, i to wystarczyło. Tu tak jest. Nie trzeba nikogo zaczepiać, prowokować, nic nosić. Wystarczy znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie - mówi 17-letnia Ania z osiedla Jagiellońskiego. Jest wieczór, spaceruje z psem. - Zawsze blisko bloku, na wszelki wypadek - tłumaczy. Jej kolega mówi, że przeniósł się niedawno ze swojego technikum, też w Hucie. Miał dość. - Byłem z innego osiedla. Bez przerwy mnie straszyli.
Ania: - Tu wieczorami w weekendy biegają po osiedlu z maczetami. Oni po prostu czują wyższość z tego powodu nad innymi. Ludzie dzwonią na policję, ale co z tego. Przyjadą, rozglądną się, nawet nikogo nie wylegitymują.
Kaśka, także z osiedla Jagiellońskiego: - Nawet dziewczyny stają się agresywne. Potrafią być gorsze od chłopaków. Specjalnie same szukają zaczepki.
- Wciąż widzimy pomazane i potłuczone szyby w autach, pijanych chuliganów, którzy szukają zaczepki - denerwuje się kierowca karetki, która stacjonuje niedaleko miejsca, gdzie doszło do tragedii.
Ojciec Łukasza: - Sam widziałem "wjazdy" na osiedle. Jak najechali z Piastów, to na moich oczach jeden taki chłopak uciekał na kolanach.
Komendant Szczepanik spokojnie kiwa głową: - Owszem, czasami ganiają się po osiedlach. Wysyłamy wtedy radiowozy, gonimy ich do późnej nocy. Ale nawet gdy ktoś zostanie poturbowany, to nie chce zeznawać. Ostatnio mieliśmy sygnał z pogotowia, że trafił do nich pobity chłopak. Przyjeżdżamy i co słyszymy: "Sp...ć, pały".
- Dzwoniłam do niego i pytałam, dlaczego nie ma go w szkole. Mówił, że nie wie, dlaczego nie poszedł rano na lekcje, ale obiecywał, że za chwilę się zjawi. I rzeczywiście, przychodził. Wiele razy z nim rozmawiałam, wzywaliśmy rodziców. Obiecywał, że się poprawi.
W nauce pomagali babcia i dziadek. Artur był bardzo z nimi związany. Jedyny wnuk. Babcia przychodziła do szkoły co środę, by dowiedzieć się jakie zaległości ma Artur. Odrabiała z nim biologię, chemię. Dziadek odpowiadał za przedmioty zawodowe.
- Jak przysiadł, to potrafił nadrobić zaległości - przyznaje Barbara Cynk.
Na koniec roku szkolnego zawalił dwa przedmioty: matematykę i prawo o ruchu drogowym. - Z obu dostał dwóje, bo wagarował - mówi dyrektor Kołodziejczyk. I zaraz dodaje, że Artur w sierpniu obie poprawki zaliczył.
Magdalena Kostrz-Jaje, pedagog w Zespole Szkół HTS, mówi, że z Łukaszem takich problemów nie było. - Zajmuję się uczniami sprawiającymi kłopoty. Łukasza u mnie nie było. To nie był człowiek, który prowokował.
Babcia Łukasza: - Ja go tu prawie całe życie miałam, bo z bratem blok dalej mieszkali. Nie mogę zrozumieć, że to na niego trafiło. W życiu nikogo nie zaczepił. To Sławek, ten starszy, był bardziej zadziorny.
Sławek gra w klubie na bramce. Ojciec nosi w portfelu zdjęcie drużyny. Starszy syn stoi w środkowym rzędzie. - Łukasz nigdy na meczu nie był - mówi ojciec.
Myślał tylko o wyjeździe Anglii. W czerwcu, po skończeniu szkoły, planował jechać tam do sióstr. - Sławka wybierał się już w styczniu.
- Chłopcy byli bardzo zżyci. Łukasz wychowywał się u boku Sławka, właściwie to tylko on miał na niego wpływ. Gdy zmarła matka, Łukasz zamykał się w pokoju i grał na komputerze. Tylko on potrafił go od tego pudła odciągnąć - opowiada babcia chłopców Irena.
Artur we wrześniu przyszedł do szkoły z siniakami na twarzy. - Za nic nie chciał powiedzieć, co się stało. Twierdził, że to przypadek.
Kolega z byłej szkoły: - Ponoć zaczął kręcić się w złym towarzystwie, mówią że zadawał się z "dresami".
Dwa tygodnie później Artur przyszedł po dokumenty. - Byłam w szoku, że chce odejść ze szkoły. Był zdeterminowany, twierdził, że musi zarabiać pieniądze. Ponoć miał dostać pracę w myjni samochodowej. Skończył 18 lat, więc nie można było mu zabronić odejść - mówi była wychowawczyni. W listopadzie Artur zapisał się do liceum dla zaocznych. Zdążył przyjść na jedne zajęcia. Nikt go tam nie pamięta.
Tu tak już jest
Krzywo się na siebie popatrzyli, i to wystarczyło. Tu tak jest. Nie trzeba nikogo zaczepiać, prowokować, nic nosić. Wystarczy znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie - mówi 17-letnia Ania z osiedla Jagiellońskiego. Jest wieczór, spaceruje z psem. - Zawsze blisko bloku, na wszelki wypadek - tłumaczy. Jej kolega mówi, że przeniósł się niedawno ze swojego technikum, też w Hucie. Miał dość. - Byłem z innego osiedla. Bez przerwy mnie straszyli.
Ania: - Tu wieczorami w weekendy biegają po osiedlu z maczetami. Oni po prostu czują wyższość z tego powodu nad innymi. Ludzie dzwonią na policję, ale co z tego. Przyjadą, rozglądną się, nawet nikogo nie wylegitymują.
Kaśka, także z osiedla Jagiellońskiego: - Nawet dziewczyny stają się agresywne. Potrafią być gorsze od chłopaków. Specjalnie same szukają zaczepki.
- Wciąż widzimy pomazane i potłuczone szyby w autach, pijanych chuliganów, którzy szukają zaczepki - denerwuje się kierowca karetki, która stacjonuje niedaleko miejsca, gdzie doszło do tragedii.
Ojciec Łukasza: - Sam widziałem "wjazdy" na osiedle. Jak najechali z Piastów, to na moich oczach jeden taki chłopak uciekał na kolanach.
Komendant Szczepanik spokojnie kiwa głową: - Owszem, czasami ganiają się po osiedlach. Wysyłamy wtedy radiowozy, gonimy ich do późnej nocy. Ale nawet gdy ktoś zostanie poturbowany, to nie chce zeznawać. Ostatnio mieliśmy sygnał z pogotowia, że trafił do nich pobity chłopak. Przyjeżdżamy i co słyszymy: "Sp...ć, pały".
Komendant mówi, że ani Artur, ani Łukasz do policyjnego notatnika nigdy wcześniej nie trafili. - Nienotowani, nawet nielegitymowani - wylicza po kolei.
Żadnego z nich nie kojarzy też aspirant sztabowy Krzysztof Szeterlak, kierujący dzielnicowymi w komisariacie. - Mam wrażenie, że ta śmierć chyba była trochę z przypadku. Mam do czynienia z kibicami na stadionach i wiem, na co stać tych młodych ludzi. Oni mają potrzebę popisania się, błyśnięcia w środowisku, że jest się najgroźniejszym. Ale to nie taka agresja, żeby od razu zabić.
Każdy naobiecywał swojemu elektoratowi
Gdy Monika Ryniak usłyszała, że 17-latek zginął od ciosu nożem, przeszył ją dreszcz. - I do tego znowu ta Huta - wzdycha.
Jest matka Kamila, którego pięć lat temu na osiedlu Kalinowym zaatakowała grupa kilkudziesięciu pseudokibiców Cracovii, uzbrojonych w siekiery, maczety, noże. Kamil szedł do kolegi. Dostał cios siekierą i kilka pchnięć nożem. Nie znał swoich oprawców. Skatowali go, bo znalazł się na ich drodze. "Ileż trzeba mieć w sobie barbarzyństwa, by tak dźgać nożami" - napisała potem w internecie. Jej syn stracił płuco, rekonwalescencja trwała miesiącami. Procesy sprawców ciągną się do dziś. Niedawno zapadł wyrok na ostatniego, ale będzie jeszcze apelacja.
- Kamil jak ostatnio zeznawał, to pot ciurkiem mu się lał po plecach, aż sędzia musiał przerwać rozprawę. Dlatego przestaliśmy już nawet chodzić do sądu. Jesteśmy zmęczeni - mówi była posłanka.
Matka Kamila po tamtych wydarzeniach zbierała podpisy pod petycją o zaostrzenie kar dla chuliganów i zakazanie noszenia ostrych narzędzi w miejscach publicznych. Rok przed wypadkiem jej Kamila chuligani zamordowali na osiedlu Strusia chłopaka Filipa Hilla. Jego matka podpisała się pod petycją, także ojciec zamordowanego studenta Michała Łyska (zginął w marcu 1997 roku w okolicach Borku Fałęckiego).
- Zebraliśmy 120 tysięcy podpisów. W ludziach jest wielka siła. Bali się, więc przychodzili sami i oferowali pomoc - mówi z dumą matka Kamila. Podpisy zawiozła ówczesnemu marszałkowi Sejmu. - I przepadły jak kamień w wodę - mówi Monika Ryniak. Ale na fali tamtej akcji w 2005 dostała się do Sejmu z ostatniego miejsca listy PiS. - Myślałam sobie, przypilnuję tej sprawy. Zapisałam się nawet do komisji sprawiedliwości. I tam dopiero zaczęły się schody. Bo przecież są inne priorytety. Każdy naobiecywał coś swojemu elektoratowi, chce spełnić choć trochę obietnic. Poza tym trzeba być członkiem klubu, działać w grupie. Na dodatek okazało się, że żeby przeforsować moje postulaty, trzeba zmienić ustawę o broni i amunicji, bo nóż to broń biała i w obecnym kształcie prawa nie można zakazać jej noszenia - kwituje Ryniak.
Lekiem na agresję młodzieży miał być sport. Monika Ryniak jeszcze jako posłanka otwierała boisko w Nowej Hucie. - Piękne, oświetlone. Ale co z tego, jak za jego wynajęcie trzeba płacić. Tych chłopców na to nie stać. Efekt? Grają tam dorośli - zżyma się była posłanka.
Mieszkańcy bloku obok mówią, że muszą wtedy zamykać okna, by dzieci nie słyszały przekleństw dochodzących z placu gry.
Jakie niedobre mamy dzieci
Magdalena Kostrz-Jaje została szkolnym pedagogiem w Zespole Szkół HTS sześć lat temu, gdy na osiedlu Kalinowym pseudokibice zaatakowali syna Moniki Ryniak. - Pamiętam tamte wydarzenia. Sama zbierała podpisy pod tym apelem, oczywiście także podpisałam się pod nim.
Łukasz zginął pod oknem jej gabinetu. - Gdy rano przyszłam do pracy, uczniowie zapytali mnie, czy słyszałam, że zabito chłopaka pod szkołą. Nogi się ugięły pode mną. "Powiedzcie mi, że to nie nasz uczeń", mówię. Zapewnili, że nie, bo sami jeszcze nie wiedzieli. Ale po godzinie przyszedł dyrektor i mówi "Łukasz z pierwszej klasy".
W poniedziałek Magdalena Kostrz-Jaje miała rozmawiać z klasą zabitego chłopca. - Nie wiedziałam, co im powiedzieć. W obliczu takiej tragedii żadne słowa jej nie oddadzą. Ale oni i bez słów wiedzą, że ta śmierć była bez sensu - mówi pani pedagog. Dłuższą chwilę zastanawia się, by znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego w Nowej Hucie znowu rozgrywa się dramat nastolatka. - Wychowałam się tutaj. Dwadzieścia lat temu ksiądz z naszej parafii też zastanawiał się, jak zorganizować rekolekcje, by nie łączyć chłopaków z niektórych osiedli. Tyle że wtedy nikt nie gonił z nożami. Ale nikt nie rodzi się od razu zły. Nie mają po prostu autorytetów, są sfrustrowani, napompowani złością, bo ciągle słyszą, jak są niedobrzy. Nieraz przychodzą do mnie rodzice i przez dwie godziny opowiadają, jak niedobre są ich dzieci. Gdy pytam, czy mogą podać choć jedną pozytywną cechę, milkną.
W poradni psychologiczno-pedagogicznej na osiedlu Szkolnym od kilku lat prowadzone są treningi dla młodych mieszkańców Nowej Huty - jak radzić sobie ze złymi emocjami. - Trafia do nas coraz więcej osób, które czują się bezradne wobec swoich emocji, zwłaszcza złości - mówi dyrektorka Elżbieta Piwowarska. Z ankiet, które musieli wypełnić uczestnicy, wynikało, że dominującym uczuciem, jakie im towarzyszy, jest właśnie złość. Nie umieli prosić o pomoc, łatwo ulegali wpływom grupy, brakowało im akceptacji, poczucia bezpieczeństwa i rodzinnego ciepła. Fałsz ze strony dorosłych, którzy co innego mówią, co innego robią, odrzucenie w najbliższym środowisku. - By osiągnąć jakikolwiek sukces, muszą przede wszystkim sami chcieć tu przyjść. Przymus nic nie da - mówi Patryk, jeden z trenerów. Ostatnio w grupie miał ośmiu uczestników. Ilu samych przyszło? - Dwóch. Co nie oznacza, że coś skorzystali - przyznaje.
* * *
Łukasza pochowano we wtorek. Przyszły tłumy. - Ludzie mieli łzy w oczach, gdy mówił ksiądz - babci wciąż szklą się oczy. Na biurku wycinki z gazet z relacjami ze zdarzenia. Po pogrzebie oglądali do rana nagranie z wesela jednej z sióstr Łukasza. - Jak on tam tańczył - mówi przez łzy ojciec. - Do dziś mam przed oczami, jak odbierałem go ze szpitala po narodzinach... - zawiesza głos. W ręce miętosi ostatnie zdjęcie syna. Nie zna Artura. Dwa dni po tragedii chciał pójść do aresztu na Montelupich, gdzie siedzi zabójca Łukasza.
- Chciał pan go zobaczyć?
- Chciałem go zabić.
Żadnego z nich nie kojarzy też aspirant sztabowy Krzysztof Szeterlak, kierujący dzielnicowymi w komisariacie. - Mam wrażenie, że ta śmierć chyba była trochę z przypadku. Mam do czynienia z kibicami na stadionach i wiem, na co stać tych młodych ludzi. Oni mają potrzebę popisania się, błyśnięcia w środowisku, że jest się najgroźniejszym. Ale to nie taka agresja, żeby od razu zabić.
Każdy naobiecywał swojemu elektoratowi
Gdy Monika Ryniak usłyszała, że 17-latek zginął od ciosu nożem, przeszył ją dreszcz. - I do tego znowu ta Huta - wzdycha.
Jest matka Kamila, którego pięć lat temu na osiedlu Kalinowym zaatakowała grupa kilkudziesięciu pseudokibiców Cracovii, uzbrojonych w siekiery, maczety, noże. Kamil szedł do kolegi. Dostał cios siekierą i kilka pchnięć nożem. Nie znał swoich oprawców. Skatowali go, bo znalazł się na ich drodze. "Ileż trzeba mieć w sobie barbarzyństwa, by tak dźgać nożami" - napisała potem w internecie. Jej syn stracił płuco, rekonwalescencja trwała miesiącami. Procesy sprawców ciągną się do dziś. Niedawno zapadł wyrok na ostatniego, ale będzie jeszcze apelacja.
- Kamil jak ostatnio zeznawał, to pot ciurkiem mu się lał po plecach, aż sędzia musiał przerwać rozprawę. Dlatego przestaliśmy już nawet chodzić do sądu. Jesteśmy zmęczeni - mówi była posłanka.
Matka Kamila po tamtych wydarzeniach zbierała podpisy pod petycją o zaostrzenie kar dla chuliganów i zakazanie noszenia ostrych narzędzi w miejscach publicznych. Rok przed wypadkiem jej Kamila chuligani zamordowali na osiedlu Strusia chłopaka Filipa Hilla. Jego matka podpisała się pod petycją, także ojciec zamordowanego studenta Michała Łyska (zginął w marcu 1997 roku w okolicach Borku Fałęckiego).
- Zebraliśmy 120 tysięcy podpisów. W ludziach jest wielka siła. Bali się, więc przychodzili sami i oferowali pomoc - mówi z dumą matka Kamila. Podpisy zawiozła ówczesnemu marszałkowi Sejmu. - I przepadły jak kamień w wodę - mówi Monika Ryniak. Ale na fali tamtej akcji w 2005 dostała się do Sejmu z ostatniego miejsca listy PiS. - Myślałam sobie, przypilnuję tej sprawy. Zapisałam się nawet do komisji sprawiedliwości. I tam dopiero zaczęły się schody. Bo przecież są inne priorytety. Każdy naobiecywał coś swojemu elektoratowi, chce spełnić choć trochę obietnic. Poza tym trzeba być członkiem klubu, działać w grupie. Na dodatek okazało się, że żeby przeforsować moje postulaty, trzeba zmienić ustawę o broni i amunicji, bo nóż to broń biała i w obecnym kształcie prawa nie można zakazać jej noszenia - kwituje Ryniak.
Lekiem na agresję młodzieży miał być sport. Monika Ryniak jeszcze jako posłanka otwierała boisko w Nowej Hucie. - Piękne, oświetlone. Ale co z tego, jak za jego wynajęcie trzeba płacić. Tych chłopców na to nie stać. Efekt? Grają tam dorośli - zżyma się była posłanka.
Mieszkańcy bloku obok mówią, że muszą wtedy zamykać okna, by dzieci nie słyszały przekleństw dochodzących z placu gry.
Jakie niedobre mamy dzieci
Magdalena Kostrz-Jaje została szkolnym pedagogiem w Zespole Szkół HTS sześć lat temu, gdy na osiedlu Kalinowym pseudokibice zaatakowali syna Moniki Ryniak. - Pamiętam tamte wydarzenia. Sama zbierała podpisy pod tym apelem, oczywiście także podpisałam się pod nim.
Łukasz zginął pod oknem jej gabinetu. - Gdy rano przyszłam do pracy, uczniowie zapytali mnie, czy słyszałam, że zabito chłopaka pod szkołą. Nogi się ugięły pode mną. "Powiedzcie mi, że to nie nasz uczeń", mówię. Zapewnili, że nie, bo sami jeszcze nie wiedzieli. Ale po godzinie przyszedł dyrektor i mówi "Łukasz z pierwszej klasy".
W poniedziałek Magdalena Kostrz-Jaje miała rozmawiać z klasą zabitego chłopca. - Nie wiedziałam, co im powiedzieć. W obliczu takiej tragedii żadne słowa jej nie oddadzą. Ale oni i bez słów wiedzą, że ta śmierć była bez sensu - mówi pani pedagog. Dłuższą chwilę zastanawia się, by znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego w Nowej Hucie znowu rozgrywa się dramat nastolatka. - Wychowałam się tutaj. Dwadzieścia lat temu ksiądz z naszej parafii też zastanawiał się, jak zorganizować rekolekcje, by nie łączyć chłopaków z niektórych osiedli. Tyle że wtedy nikt nie gonił z nożami. Ale nikt nie rodzi się od razu zły. Nie mają po prostu autorytetów, są sfrustrowani, napompowani złością, bo ciągle słyszą, jak są niedobrzy. Nieraz przychodzą do mnie rodzice i przez dwie godziny opowiadają, jak niedobre są ich dzieci. Gdy pytam, czy mogą podać choć jedną pozytywną cechę, milkną.
W poradni psychologiczno-pedagogicznej na osiedlu Szkolnym od kilku lat prowadzone są treningi dla młodych mieszkańców Nowej Huty - jak radzić sobie ze złymi emocjami. - Trafia do nas coraz więcej osób, które czują się bezradne wobec swoich emocji, zwłaszcza złości - mówi dyrektorka Elżbieta Piwowarska. Z ankiet, które musieli wypełnić uczestnicy, wynikało, że dominującym uczuciem, jakie im towarzyszy, jest właśnie złość. Nie umieli prosić o pomoc, łatwo ulegali wpływom grupy, brakowało im akceptacji, poczucia bezpieczeństwa i rodzinnego ciepła. Fałsz ze strony dorosłych, którzy co innego mówią, co innego robią, odrzucenie w najbliższym środowisku. - By osiągnąć jakikolwiek sukces, muszą przede wszystkim sami chcieć tu przyjść. Przymus nic nie da - mówi Patryk, jeden z trenerów. Ostatnio w grupie miał ośmiu uczestników. Ilu samych przyszło? - Dwóch. Co nie oznacza, że coś skorzystali - przyznaje.
* * *
Łukasza pochowano we wtorek. Przyszły tłumy. - Ludzie mieli łzy w oczach, gdy mówił ksiądz - babci wciąż szklą się oczy. Na biurku wycinki z gazet z relacjami ze zdarzenia. Po pogrzebie oglądali do rana nagranie z wesela jednej z sióstr Łukasza. - Jak on tam tańczył - mówi przez łzy ojciec. - Do dziś mam przed oczami, jak odbierałem go ze szpitala po narodzinach... - zawiesza głos. W ręce miętosi ostatnie zdjęcie syna. Nie zna Artura. Dwa dni po tragedii chciał pójść do aresztu na Montelupich, gdzie siedzi zabójca Łukasza.
- Chciał pan go zobaczyć?
- Chciałem go zabić.
- 42 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
-
Dlaczego zabił? Wystarczyło złe spojrzenie
thorus197
20.11.09, 13:33
Przykro że do takich czynów dochodzi. Opinia Gość: kara śmierci 20.11.09 Jestdobra i jasna - po co mu był taki nóż? I mniemam że był z nim w szkole? Bo poco jechał na osiedle gdzie wie że »
-
30 lat ciężkich kamieniołomów. jedyne wyjście.
aarvedui
20.11.09, 13:35
czas skończyć z obecną pseudoresocjalizacją.jedynie postawienie tego gnojka przed wizją przetrwania z dnia na dzień nawodzie i chlebie może odstraszyć podobnych chojraków.proste zasady - »
-
Subkultura blokowiska propagowana niestety przez
guru133
20.11.09, 20:56
t.zw. "artystów raperów" oraz obojętność a nawet strach, nie tylkoprzechodniów ale i policji, przed bandziorami z subkultur skinowskich ikibolowskich, to codzienność polskich miast i coraz »
Najczęściej czytane24 htydzień





