Dzielnice Krakowa: zróbmy eksperyment
2009-11-20
, aktualizacja: 20.11.2009 12:03
To prawdziwa przyjemność przeczytać wyważoną i fachową wypowiedź na temat ewentualnej reformy administracyjnej Krakowa. Przyjemność jest tym większa, że autorem tekstu 'Nie róbmy rewolucji w podziale na dzielnice' jest radny jednej z dzielnic.
ZOBACZ TAKŻE
- Ile powinno być dzielnic Krakowa? 4, 7 czy 18? (10-11-09, 11:00)
Gdyby wszyscy nasi radni mieli tak poukładane w głowach jak Krzysztof Jakubowski, to pewnie nikt nie psioczyłby na liczbę dzielnic i radnych.
Bo trudno zaprzeczyć, że twórcy reformy z lat 1990-91 grubo przesadzili. Kraków ma prawie tyle samo dzielnic co niemal trzy razy większy Paryż. Jeszcze gorzej wygląda porównanie z Londynem (32 dzielnice przy ponad 8 milionach mieszkańców). A pamiętajmy, że Francja i Anglia są dużo bogatsze, więc koszty utrzymania samorządu są dla paryżanina czy londyńczyka mniej odczuwalne niż u nas.
W szlachetnych zamierzeniach małe dzielnice miały zapewnić więź radnych ze zwykłymi mieszkańcami. Po blisko 20 latach wiemy, że guzik z tego wyszło. Przeciętny krakowianin nie ma pojęcia, jakie "jego" radni mają kompetencje, a jak się dowiaduje, to krew go zalewa, że są tak małe. "Więź" objawia się zazwyczaj tylko przy kolejnym skandalu (gdy na przykład jakiś radny nie chce oddać niesłusznie pobranych diet).
Krzysztof Jakubowski słusznie wyśmiał pomysł powrotu do podziału z roku 1973, czyli na cztery wielkie dzielnice. Sam proponuje drobną korektę - zmniejszenie liczby dzielnic z 18 do 14. Moim zdaniem jest to propozycja teoretycznie słuszna, ale jej wprowadzenie przyniosłoby niewielkie - jak to przy zmianach kosmetycznych - korzyści przy niewspółmiernych dolegliwościach: znowu tysiące ludzi musiałyby zmieniać dokumenty, tabliczki na domach itd. A 14 dzielnic to wciąż byłoby za dużo jak na tej wielkości miasto.
Jeżeli więc miałyby nastąpić tylko kosmetyczne zmiany, to mnie marzyłby się taki malutki eksperyment: niech w najmniejszej dzielnicy funkcję samorządu przejmie kancelaria prawnicza (wyłoniona w konkursie). Dostanie na przykład trzy czwarte kasy, którą obecnie pobierają radni, i niech zarządza dzielnicą, pilnowana przez kilkuosobową radę nadzorczą złożoną z polityków z największych partii.
Całkiem możliwe, że zwycięska kancelaria próbowałaby uszczknąć dla siebie więcej, niż wynikałoby to z kontraktu. Czy jednak ewentualne przekręty byłyby większe, niż dzieje się to obecnie?
Bo trudno zaprzeczyć, że twórcy reformy z lat 1990-91 grubo przesadzili. Kraków ma prawie tyle samo dzielnic co niemal trzy razy większy Paryż. Jeszcze gorzej wygląda porównanie z Londynem (32 dzielnice przy ponad 8 milionach mieszkańców). A pamiętajmy, że Francja i Anglia są dużo bogatsze, więc koszty utrzymania samorządu są dla paryżanina czy londyńczyka mniej odczuwalne niż u nas.
W szlachetnych zamierzeniach małe dzielnice miały zapewnić więź radnych ze zwykłymi mieszkańcami. Po blisko 20 latach wiemy, że guzik z tego wyszło. Przeciętny krakowianin nie ma pojęcia, jakie "jego" radni mają kompetencje, a jak się dowiaduje, to krew go zalewa, że są tak małe. "Więź" objawia się zazwyczaj tylko przy kolejnym skandalu (gdy na przykład jakiś radny nie chce oddać niesłusznie pobranych diet).
Krzysztof Jakubowski słusznie wyśmiał pomysł powrotu do podziału z roku 1973, czyli na cztery wielkie dzielnice. Sam proponuje drobną korektę - zmniejszenie liczby dzielnic z 18 do 14. Moim zdaniem jest to propozycja teoretycznie słuszna, ale jej wprowadzenie przyniosłoby niewielkie - jak to przy zmianach kosmetycznych - korzyści przy niewspółmiernych dolegliwościach: znowu tysiące ludzi musiałyby zmieniać dokumenty, tabliczki na domach itd. A 14 dzielnic to wciąż byłoby za dużo jak na tej wielkości miasto.
Jeżeli więc miałyby nastąpić tylko kosmetyczne zmiany, to mnie marzyłby się taki malutki eksperyment: niech w najmniejszej dzielnicy funkcję samorządu przejmie kancelaria prawnicza (wyłoniona w konkursie). Dostanie na przykład trzy czwarte kasy, którą obecnie pobierają radni, i niech zarządza dzielnicą, pilnowana przez kilkuosobową radę nadzorczą złożoną z polityków z największych partii.
Całkiem możliwe, że zwycięska kancelaria próbowałaby uszczknąć dla siebie więcej, niż wynikałoby to z kontraktu. Czy jednak ewentualne przekręty byłyby większe, niż dzieje się to obecnie?
- 24 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
13 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Szklany kort do squasha stanie koło ...
- Górka Narodowa wywalczyła zmiany w komunikacji
- Pedofil fotografował 8-latkę w szpitalnej ...
- Squattersi z ul. Zamoyskiego zatrzymani ...
- Porażony prądem kilka godzin leżał na łące
- Centrum grzęźnie w korkach, przerwy w ...
- Budowali autostradę A4. Teraz zwalniają ...




