Wielkie tsunami, trzęsienia ziemi, huragany. Tak zaczyna się film "2012", który w połowie listopada wszedł na ekrany kin. Katastroficzny film science fiction wyreżyserowany przez Rolanda Emmericha rozpoczyna się w 2009 r., gdy naukowcy odkrywają na Słońcu silne burze słoneczne. To zapowiedź katastrofalnych zdarzeń, których kulminacja następuje w 2012 r., czyli w roku kończącym kalendarz Majów. Twórcy filmu wieszczą, że właśnie 21 grudnia 2012 r. będzie ostatnim dniem świata, jaki znamy.
- Ludzie oglądają ten film i wpadają w stany lękowe. Przyszedł do mnie do spowiedzi parafianin po seansie "2012" i pyta, czy rzeczywiście będzie koniec świata. Na katechezie poruszyłem ten temat i moi licealiści nafaszerowani wiadomościami z internetu opowiadają, że ten film to przepowiednia przyszłości - mówi duchowny z jednej ze śródmiejskich parafii w Krakowie. I dodaje: - Zadzwoniłem do innych księży i okazało się, że do nich też ludzie przychodzą z pytaniem o koniec świata. Postanowiłem, że bzdury filmowe wyjaśnię na niedzielnym kazaniu. Tyle mogę zrobić.
Niedzielne kazanie katastroficznemu filmowi już poświęcił jeden z najlepszych krakowskich kaznodziejów, dominikanin o. Jan Andrzej Kłoczowski. - Takie filmy to figuracja lęków, które bardzo realnie przeżywamy. To bardziej problem socjologiczno-psychologiczny niż religijny, choć może martwić to, że są ludzie, którzy wierzą w te bzdury - mówi. Dominikanin przypomina, że w chrześcijaństwie sąd ostateczny to inaczej przywrócenie sprawiedliwości w świecie. I apeluje: - Nie dajmy się zmanipulować! Oglądajmy ten film jako zbiór efektów specjalnych, a nie wizję przyszłości. Koniec świata nastąpi, ale nie wtedy, gdy obwieszczą to media. Biblia mówi, że przyjdzie jak złodziej.
Głos w sprawie przepowiedni końca świata z "2012" zabrał meksykański kardynał Juan Sandoval "ńiguez, który nazwał film "hollywoodzkim folklorem". Jak poinformowała Katolicka Agencja Informacyjna, arcybiskup Guadalajary przypomniał, że kalendarz Majów kończy się na roku 2012 nie z powodów "tajemnej wiedzy". Przestrzegł też przed przywiązywaniem wagi do treści filmu Emmericha. - Kościół oczekuje na sąd ostateczny, jednak nikt nie zna jego dnia ani godziny. Według Ewangelii, zanim nastąpi koniec świata, wszystkie ludy uwierzą, a jeszcze bardzo dużo trzeba, żeby tak się stało - komentował meksykański kardynał.
O. Kłoczowski nie ma wątpliwości, że filmy takie jak "2012" sprytnie wykorzystują archetyp katastrofy. - Władzę nad człowiekiem ma ten, kto potrafi sprawić, byśmy się bali. Z tego lęku płyną pieniądze, które film zarabia. Pamiętajmy jednak, że o naszym życiu nie decydują tajemnicze siły, ale my sami - apeluje dominikanin.
Źródło: Gazeta Wyborcza Kraków