Pirat drogowy ujęty. Wpadł przez sieć komórkową
2009-11-28
, aktualizacja: 27.11.2009 22:36
Jechał bez prawa jazdy, nikt nie widział jego twarzy. Na przejściu dla pieszych rozjechał kobietę. 19-letni pirat drogowy wpadł, bo prokuraturze udało się udowodnić na podstawie logowania jego telefonu do stacji sieci komórkowej, że był na miejscu wypadku.
ZOBACZ TAKŻE
- Szukali pirata, był w ich własnych szeregach (04-12-09, 06:00)
- Napad na bank przy ul. Balickiej. I wpadka! (03-12-09, 17:14)
- Złomiarz, Kolekcjoner Manekinów i inni złodzieje (02-12-09, 08:00)
- Rozjeżdżał autem kaczki, dobijał kijem (27-11-09, 13:27)
- Sekretarka spłacała swoje długi ze szkolnych pieniędzy (26-11-09, 20:21)
- Rzucił się z nożem na policjantów. Grozi mu 10 lat (26-11-09, 17:40)
- Miała uciec z pieniędzmi, przyszła na komisariat (26-11-09, 17:23)
- Złapali go i... uciekł, więc znowu muszą go szukać (25-11-09, 15:48)
- Złodzieje uciekali motorowerem po dyskotece (25-11-09, 12:33)
- Kraków: Bandyta z nożem zaatakował na Kazimierzu (19-11-09, 18:28)
SERWISY
To prawdopodobnie pierwszy przypadek, kiedy udało się ustalić sprawcę wypadku w oparciu o telefoniczne billingi. Krakowska prokuratura ma już dzięki nim gotowy akt oskarżenia. 19-letniemu kierowcy grozi nawet do 12 lat więzienia.
Masakra na pasach
21 listopada 2008 r., wieczór, centrum Krakowa. Na skrzyżowaniu stoi kobieta, chce przejść na drugą stronę ulicy. Gdy światło zmienia się na zielone, rusza. Z lewej strony widzi nadjeżdżający samochód, ale idzie pewnie, bo jest na pasach i ma zielone światło. Samochód jednak nie zatrzymuje się. Jak ustalili potem biegli zajmujący się rekonstrukcją wypadków, jechał z szybkością między 50 a 70 km/godz. Kobieta nie miała szans na ucieczkę. Zapamiętała tylko potężne uderzenie. W stanie ciężkim trafiła do szpitala. Lekarze stwierdzają poważne obrażenia czaszki i mózgu, liczne złamania kości krzyżowej, podudzia i piszczeli. Przez wiele godzin trwa walka o jej życie. Potrąconą czeka potem wiele miesięcy rehabilitacji.
Pirat uciekł z miejsca wypadku. W pościg za nim ruszył jednak inny kierowca, który akurat był świadkiem dramatycznego zdarzenia. Próbował dogonić sprawcę, ale ten zorientował się, że jest ścigany, i dodał gazu. Okazał się szybszy.
Fałszywy trop
Wydawało się jednak, że namierzenie pirata drogowego nie będzie trudne, skoro był świadek. Kierowca zapamiętał bowiem samochód sprawcy. Policjanci odnaleźli wkrótce auto. Było porzucone koło wiaduktu przy alei 29 Listopada. Miało charakterystyczne uszkodzenia, niepozostawiające wątpliwości. Następnego dnia policjanci zjawili się u 19-letniego Marcina J., do którego należał samochód. Ale tu czekała ich niespodzianka. Młody mężczyzna oświadczył bowiem, że, owszem, auto jest jego, ale wcześniej... ktoś mu je ukradł. I właśnie zawiadomił o tym policję. Śledczy sprawdzili: rzeczywiście było zgłoszenie o kradzieży. Marcin J. sugerował, że wypadek musiał spowodować w takim razie złodziej. Na dodatek alibi dała mu jego dziewczyna. Zeznania kierowcy, który ruszył w pościg za piratem, niewiele mogły pomóc, bo twarzy pirata nie widział. "Było ciemno, padał deszcz" - rozkładał ręce podczas przesłuchania. Śledczy nie dowierzali w wersję Marcina J. Młody mężczyzna był już wcześniej - jako nieletni - skazany za rozbój, udział w bójce i kradzieże. Podejrzewali, że to on jednak siedział za kierownicą, ale nie mieli na to dowodu.
Billingi na pomoc
Sprawa utknęła w martwym punkcie. Prowadzący śledztwo szukali tajemniczego złodzieja, który miał potrącić kobietę, ale nigdzie nie było jego śladu. Wrócili więc do Marcina J. Zaczęli sprawdzać billingi rozmów z jego komórki oraz telefonu jego dziewczyny. - I to był ten trop! - podkreśla śledczy znający sprawę.
Okazało się, że oboje intensywnie do siebie dzwonili tuż po wypadku. Ale jeszcze ciekawsze informacje przyniosły wydruki logowań telefonów obojga do stacji sieci komórkowej. Dzwoniąc bowiem z komórki, aparat łączy się z nadajnikiem dającym zasięg na określony obszar, co też zostaje udokumentowane. A z wydruków wyszło, że Marcin J., dzwoniąc do swojej dziewczyny, łączył się ze stacją bazową z miejsca, gdzie potrącono kobietę. Co więcej, analiza logowań ich komórek wykazała, że oboje wrócili jeszcze na miejsce tragedii i spotkali się tam nieco później.
Marcin J., gdy zobaczył te dowody, "pękł". - Przyznał się, że to on siedział za kierownicą - mówi Bogusława Marcinkowska, rzeczniczka krakowskiej prokuratury. Na dodatek okazało się, że Marcin J. tłumaczył się, że gdy zbliżał się do skrzyżowania, było czerwone światło, ale nagle zmieniło się na zielone. - Dlatego przyspieszyłem, by przejechać przez skrzyżowanie - tłumaczył śledczym. Potem jednak światło miało zmienić się z powrotem na czerwone i nie zdążył wyhamować. Dlaczego uciekł z miejsca wypadku? - Byłem w szoku - przekonywał. Potem porzucił auto, skontaktował się z dziewczyną. Ustalił z nią, co mają powiedzieć.
Prokuratura oskarża go o umyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym i nieumyślne spowodowanie wypadku. Do osobnego postępowania wyłączono wątek zeznań dziewczyny Marcina J.
Masakra na pasach
21 listopada 2008 r., wieczór, centrum Krakowa. Na skrzyżowaniu stoi kobieta, chce przejść na drugą stronę ulicy. Gdy światło zmienia się na zielone, rusza. Z lewej strony widzi nadjeżdżający samochód, ale idzie pewnie, bo jest na pasach i ma zielone światło. Samochód jednak nie zatrzymuje się. Jak ustalili potem biegli zajmujący się rekonstrukcją wypadków, jechał z szybkością między 50 a 70 km/godz. Kobieta nie miała szans na ucieczkę. Zapamiętała tylko potężne uderzenie. W stanie ciężkim trafiła do szpitala. Lekarze stwierdzają poważne obrażenia czaszki i mózgu, liczne złamania kości krzyżowej, podudzia i piszczeli. Przez wiele godzin trwa walka o jej życie. Potrąconą czeka potem wiele miesięcy rehabilitacji.
Pirat uciekł z miejsca wypadku. W pościg za nim ruszył jednak inny kierowca, który akurat był świadkiem dramatycznego zdarzenia. Próbował dogonić sprawcę, ale ten zorientował się, że jest ścigany, i dodał gazu. Okazał się szybszy.
Fałszywy trop
Wydawało się jednak, że namierzenie pirata drogowego nie będzie trudne, skoro był świadek. Kierowca zapamiętał bowiem samochód sprawcy. Policjanci odnaleźli wkrótce auto. Było porzucone koło wiaduktu przy alei 29 Listopada. Miało charakterystyczne uszkodzenia, niepozostawiające wątpliwości. Następnego dnia policjanci zjawili się u 19-letniego Marcina J., do którego należał samochód. Ale tu czekała ich niespodzianka. Młody mężczyzna oświadczył bowiem, że, owszem, auto jest jego, ale wcześniej... ktoś mu je ukradł. I właśnie zawiadomił o tym policję. Śledczy sprawdzili: rzeczywiście było zgłoszenie o kradzieży. Marcin J. sugerował, że wypadek musiał spowodować w takim razie złodziej. Na dodatek alibi dała mu jego dziewczyna. Zeznania kierowcy, który ruszył w pościg za piratem, niewiele mogły pomóc, bo twarzy pirata nie widział. "Było ciemno, padał deszcz" - rozkładał ręce podczas przesłuchania. Śledczy nie dowierzali w wersję Marcina J. Młody mężczyzna był już wcześniej - jako nieletni - skazany za rozbój, udział w bójce i kradzieże. Podejrzewali, że to on jednak siedział za kierownicą, ale nie mieli na to dowodu.
Billingi na pomoc
Sprawa utknęła w martwym punkcie. Prowadzący śledztwo szukali tajemniczego złodzieja, który miał potrącić kobietę, ale nigdzie nie było jego śladu. Wrócili więc do Marcina J. Zaczęli sprawdzać billingi rozmów z jego komórki oraz telefonu jego dziewczyny. - I to był ten trop! - podkreśla śledczy znający sprawę.
Okazało się, że oboje intensywnie do siebie dzwonili tuż po wypadku. Ale jeszcze ciekawsze informacje przyniosły wydruki logowań telefonów obojga do stacji sieci komórkowej. Dzwoniąc bowiem z komórki, aparat łączy się z nadajnikiem dającym zasięg na określony obszar, co też zostaje udokumentowane. A z wydruków wyszło, że Marcin J., dzwoniąc do swojej dziewczyny, łączył się ze stacją bazową z miejsca, gdzie potrącono kobietę. Co więcej, analiza logowań ich komórek wykazała, że oboje wrócili jeszcze na miejsce tragedii i spotkali się tam nieco później.
Marcin J., gdy zobaczył te dowody, "pękł". - Przyznał się, że to on siedział za kierownicą - mówi Bogusława Marcinkowska, rzeczniczka krakowskiej prokuratury. Na dodatek okazało się, że Marcin J. tłumaczył się, że gdy zbliżał się do skrzyżowania, było czerwone światło, ale nagle zmieniło się na zielone. - Dlatego przyspieszyłem, by przejechać przez skrzyżowanie - tłumaczył śledczym. Potem jednak światło miało zmienić się z powrotem na czerwone i nie zdążył wyhamować. Dlaczego uciekł z miejsca wypadku? - Byłem w szoku - przekonywał. Potem porzucił auto, skontaktował się z dziewczyną. Ustalił z nią, co mają powiedzieć.
Prokuratura oskarża go o umyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym i nieumyślne spowodowanie wypadku. Do osobnego postępowania wyłączono wątek zeznań dziewczyny Marcina J.
- 18 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
19 głosów
-
Pirat drogowy ujęty. Wpadł przez sieć komórkową
dystansownik
28.11.09, 09:32
Fabuła na tyle dobra, że nadawałaby się na kolejny odcinek CSI, ale jednegonie rozumiem. Czemu oskarżono go o nieumyślne spowodowanie wypadku ?? Tylkodlatego, że mówi, że nie chciał go »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]






