Turystyki religijnej siedem grzechów głównych
2010-02-05
, aktualizacja: 04.02.2010 21:31
Pod względem atrakcyjności turystycznej Kraków jest może 20. czy 30. miastem w Europie, w turystyce kulturalnej ląduje gdzieś na 50. miejscu. Co innego turystyka religijna - w tej dziedzinie jesteśmy na trzecim, może piątym miejscu w Europie. W świecie może na siódmym.
ZOBACZ TAKŻE
- Pielgrzymkowy Kraków na targach w Rzymie (15-01-10, 21:11)
- Pierwsza podziemna trasa pielgrzymkowa (07-01-10, 11:00)
- Sylwester w klasztorze, czyli ucieczka od szampana (30-12-09, 09:00)
- Wioska masajska i wigwam przy ul. Tynieckiej (03-12-09, 08:00)
- Powstanie szlak do turystyki jeździeckiej (06-03-10, 13:48)
- Nowy krakowski święty już w tym roku. Jest to... (20-02-10, 06:00)
- Zaprojektuj Grób Pański, wyjedź do Grecji (11-02-10, 10:00)
- Kościół ostrzega przed pierścieniem Atlantów (08-02-10, 08:00)
- Luksusowym autobusem z Warszawy do Łagiewnik (17-11-09, 10:00)
- Jak przyciągnąć sacroturystów do Krakowa (14-11-09, 07:00)
- Możemy być miastem pielgrzymkowym (08-09-09, 23:00)
- Nowe muzeum w domu, w którym urodził się papież (16-02-10, 22:00)
- Religijny potencjał Krakowa (06-09-09, 21:19)
Taką tezę wygłosił w rozmowie z nami właściciel świetnie prosperującego biura turystycznego organizującego przyjazdy grup pielgrzymkowych z całego świata. Nie przesadza. W końcu gdzie ma pojechać dobrze sytuowany włoski czy hiszpański parafianin, który był już w Rzymie, Lourdes, Izraelu oraz w Turcji śladami św. Pawła? Do Krakowa. Wszyscy przecież kochali Jana Pawła II. Wielu zna św. Faustynę.
Tego potencjału Kraków jednak wydaje się nie wykorzystywać. Postanowiliśmy więc wypunktować najpoważniejsze grzechy miasta w tej dziedzinie. Może część z nich da się odpokutować poprzez poprawę w działaniu.
Grzech braku wiedzy
Boom na turystykę pielgrzymkową Kraków zaskoczył. Okazało się, że w kryzysie, gdy branża turystyczna narzeka na coraz mniejsze dochody, akurat pielgrzymowanie ma się całkiem nieźle. Trend ten widoczny jest szczególnie w Europie, np. Włosi i Hiszpanie z grupy wiekowej powyżej 50 lat przynajmniej raz w roku pielgrzymują do wybranego miejsca kultu religijnego. Specjaliści z branży turystycznej podkreślają, że to zjawisko będzie się utrzymywać między innymi ze względu na starzenie się Europejczyków. Ta grupa wiekowa ma czas i pieniądze, by raz w roku wyjechać z rodzinnego miasta, a miejsca kultu są naturalnym celem ich podróży.
Kraków jak na razie nie wykorzystuje tego trendu. Dlaczego? Bo dla naszych decydentów pielgrzym to wciąż człowiek z własną kanapką i termosem, który - jeśli już nocuje w Krakowie - wybiera najtańsze hotele. Tymczasem wystarczy wybrać się do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, by na własne oczy przekonać się, jaki jest i kim jest turysta pielgrzym. Do tego dochodzi przekonanie, że ktoś, kto wybiera się na taką pielgrzymkę, zwiedza miejsce kultu i wraca do domu. Nic bardziej mylnego. Turysta pielgrzym nie różni się niczym od zwykłego turysty, który przyjeżdża do Krakowa ściągnięty atmosferą i historią miasta. Jeśli już jakiś Włoch czy Hiszpan (według statystyk dwa najbardziej pielgrzymujące europejskie narody) decyduje się na podróż do Polski, zwiedzi nie tylko łagiewnickie sanktuarium, ale też wybierze się na Rynek Główny, będzie jadł obiad w którejś z krakowskich restauracji i spał w jeśli nie cztero-, to przynajmniej trzygwiazdkowym hotelu. Też kupi pamiątkę w Sukiennicach i zrobi sobie zdjęcie pod "Adasiem" (choć ostatnio bardziej popularna pod tym względem jest "głowa" Mitoraja).
Jeśli Kraków nie zrozumie szansy, jaką miasto dostało dzięki Sanktuarium Miłosierdzia Bożego i Janowi Pawłowi II, przegapimy najlepsze momenty na wykorzystanie europejskiego trendu. Samych pielgrzymów nie zniechęcimy, bo oni ze względów religijnych przyjeżdżać będą, ale nie tak licznie i nie tak chętnie, jak by to się mogło dziać, gdyby "krakowski produkt turystyczny" opakować tak, jak to robią inne miasta europejskie żyjące z turystyki pielgrzymkowej.
Grzech braku opakowania
Produkt jest, opakowanie nie takie - tak o krakowskim podejściu władz miasta do turystyki pielgrzymkowej mówią ci, którzy pielgrzymki organizują. W samym Krakowie jest co najmniej kilkanaście biur, które specjalizują się w sprowadzaniu do Polski pielgrzymów. One najlepiej wiedzą, że hasła "Jan Paweł", "św. Faustyna", "Miłosierdzie Boże" otwierają na świecie wiele drzwi. Gdy zacznie działać w Łagiewnikach Centrum Jana Pawła II "Nie lękajcie się!", powstanie kompleks z relikwiami św. Faustyny (stare sanktuarium) i - prawdopodobnie beatyfikowanego w październiku - Jana Pawła II (Centrum) oraz bazyliką z jednym z najbardziej nośnych i rozpoznawalnych kultów świata - kultem Miłosierdzia Bożego. Prof. Antoni Jackowski z Zakładu Geografii Religii UJ, który bada turystykę pielgrzymkową, obraz Jezusa Miłosiernego (Jezus z promieniami wychodzącymi z serca) spotykał w najbardziej egzotycznych miejscach świata. Nic więc dziwnego, że w Łagiewnikach nie budzą dziś zdziwienia grupy m.in. z Filipin.
Jak jednak "opakować" krakowskich świętych, by skorzystało na tym miasto? Trzeba by wreszcie pomyśleć o promocji Krakowa jako miejsca kultu religijnego. Ten wątek, jeśli już pojawiał się w promocyjnych pomysłach, to nigdy jako główny.
Plus dla miasta to opracowanie trasy "Ścieżkami Jana Pawła II" czy Krakowskiego Szlaku Świętych. Samo oznaczenie szlaków papieskich i miejsc, z którymi Jan Paweł II czy Faustyna byli związani, nie wystarczy, a ulotki, które miasto przygotowało, też pozostawiają wiele do życzenia. Przykład? Choćby ubiegłoroczny wrześniowy kongres "Ludzie i Religie", którego organizatorem była włoska wspólnota św. Idziego i kard. Dziwisz. Młodzi ludzie, którzy przyjechali do Krakowa, mieli kłopoty z odnalezieniem się w papieskim mieście. Skarżyli się nie tylko na brak informacji, ale też na kłopoty ze zlokalizowaniem papieskich miejsc. Nam się wydaje, że wszyscy powinni wiedzieć, gdzie jest Franciszkańska 3 i w którym kościele jest ławka Wojtyły. To jednak, co dla krakusa jest oczywiste, dla turysty z zagranicy tak oczywiste nie będzie.
Grzech braku koordynacji
O tym, że w krakowskim magistracie od lat nie wiadomo, kto tak naprawdę odpowiada za promocję miasta, mści się nie tylko w staraniach Krakowa o Euro 2012 czy biuro Parlamentu Europejskiego. Cierpi też turystyka, w tym ta religijna. Pomyślmy chwilę, do kogo ma się zwrócić przedsiębiorca, który ma kilka pomysłów, jak rozruszać biznes pielgrzymkowy w Krakowie? Niby powstał w urzędowych strukturach zespół ds. turystyki religijnej, ale to ciało bez żadnej decyzyjności, kompetencji, ma za zadanie głównie dyskutować, doradzać, sondować itp. Zanim przebije się ze swoimi analizami do decydentów, pomysł może już być nieaktualny. Najprężniej i najskuteczniej w dziedzinie promocji działa Krakowskie Biuro Festiwalowe (niektórzy spekulują nawet, że gdyby jego pracownicy wzięli się za reklamowanie Krakowa w Brukseli, przedstawicielstwo PE najprawdopodobniej nie trafiłoby do Wrocławia), ale czy to najbardziej oczywisty adres dla opiekuna pątników? Raczej nie. Mieliśmy przez lata w magistracie pełnomocnika ds. turystyki Grażynę Leję (złożyła właśnie rezygnację), szefa biura turystyki Katarzynę Gądek i jeszcze pełnomocnika ds. marki Monikę Piątkowską. Kompletny galimatias. Mamy też zamówione przez magistrat za 50 tys. zł badania, z których wynika, że Kraków jest atrakcyjniejszy niż Libertów czy Busko-Zdrój. Tyle że to ostatnie każdy organizator podróży wie, i to bez kosztownych analiz. Wciąż nie wie jednak, do kogo się zwrócić po pomoc np. o udostępnienie jednej z pustych urzędowych sal na spotkanie dla grupy księży, którzy przyjechali na koszt przedsiębiorcy, by zapoznać się z ofertą Krakowa. Rozwiązanie? Prostych oczywiście nie ma. Na pewno nie warto mnożyć kolejnych urzędowych bytów, zespołów i pełnomocników. Niech za turystykę religijną będzie odpowiedzialna jedna decyzyjna osoba i niech potrafi słuchać tych, którzy mają na ten temat wiedzę. Są w końcu Krakowie ludzie, którzy dla własnych firm zarabiają na pielgrzymach naprawdę spore pieniądze. Może warto spokojnie wysłuchać, co mają do powiedzenia. I nie obrażać się na zarzuty.
Grzech braku współpracy Kościoła
Dorzućmy jednak kamyk do ogródka kościelnego. Samo miasto nie udźwignie ciężaru rozwijania turystyki pielgrzymkowej. Bez współpracy z krakowską kurią i kościołami niewiele będzie można zrobić.
Na przykładzie wspominanego już kongresu "Ludzie i Religie" mieliśmy okazję zobaczyć, że ta współpraca przebiega, niestety, nie najlepiej. Miasto włączyło się w organizację wrześniowego spotkania za późno, a przez to straciło szansę promocyjnego wykorzystania międzynarodowego kongresu. Winą za taki stan rzeczy miasto obarczyło Kościół, a kuria z kolei zarzuciła magistratowi niedocenienie rangi wydarzenia.
Trudno też do sukcesów zaliczyć powołanie Instytutu Dialogu Międzykulturowego im. Jana Pawła II. Instytut miał być wizytówką współpracy Centrum Jana Pawła II, miasta i urzędu marszałkowskiego. Miał być, ale nie jest. W marcu minie rok od powołania, a wspólnych inicjatyw jak na lekarstwo.
Problemem jest też współpraca z proboszczami. Na to uskarżają się przede wszystkim krakowscy organizatorzy zagranicznych pielgrzymek. Wskazują tylko dwa kościoły, z którymi można bez problemów uzgodnić odprawianie mszy dla grup turystów: bazyliki Mariacką i Łagiewnicką. Reszta krakowskich świątyń tak otwarta nie jest, a prośby o zwiedzanie trzeba wysyłać pół roku wcześniej.
W Krakowie mówi się, że lewicowy prezydent i kardynał przyzwyczajony do watykańskich obyczajów to mieszanka wybuchowa. Pierwszy nie rozumie turystyki pielgrzymkowej i nie przywiązuje do niej wagi, drugiemu wydaje się, że to miasto powinno być na usługach Kościoła. Dopóki obie strony nie zrozumieją, że warto zaangażować się wspólnie w przyciągnięcie turysty pielgrzyma do Krakowa, dopóty nasza turystyka pielgrzymkowa będzie kuleć. Prosty pomysł na taką współpracę poddał nam jeden z tour operatorów: kardynał ma ogromny posłuch we Włoszech, gdyby udało się rozesłać do włoskich parafii list sygnowany przez kard. Dziwisza i włodarzy miasta, wszyscy by na tym skorzystali.
Grzech promowania na oślep
Wyekspediowanie ekipy krakowskich urzędników na targi turystyki religijnej w Rzymie to pewien postęp w myśleniu o pielgrzymach; zrozumienie, że ten kawałek turystycznego tortu jest dla miasta bardzo ważny. Połączenie sił magistratu z siłami Kościoła to też dowód na to, że współpraca obu sfer jest czasami możliwa. Sukcesy te są jednak skażone grzechem promowania na oślep. Jeden z organizatorów pielgrzymek pokazał nam zdjęcia z tych targów. Uderzała pustka między stoiskami. Niemal zero zwiedzających. Komu tu wręczać ulotki? Podobno tak było niemal przez cały czas.
Tego potencjału Kraków jednak wydaje się nie wykorzystywać. Postanowiliśmy więc wypunktować najpoważniejsze grzechy miasta w tej dziedzinie. Może część z nich da się odpokutować poprzez poprawę w działaniu.
Grzech braku wiedzy
Boom na turystykę pielgrzymkową Kraków zaskoczył. Okazało się, że w kryzysie, gdy branża turystyczna narzeka na coraz mniejsze dochody, akurat pielgrzymowanie ma się całkiem nieźle. Trend ten widoczny jest szczególnie w Europie, np. Włosi i Hiszpanie z grupy wiekowej powyżej 50 lat przynajmniej raz w roku pielgrzymują do wybranego miejsca kultu religijnego. Specjaliści z branży turystycznej podkreślają, że to zjawisko będzie się utrzymywać między innymi ze względu na starzenie się Europejczyków. Ta grupa wiekowa ma czas i pieniądze, by raz w roku wyjechać z rodzinnego miasta, a miejsca kultu są naturalnym celem ich podróży.
Kraków jak na razie nie wykorzystuje tego trendu. Dlaczego? Bo dla naszych decydentów pielgrzym to wciąż człowiek z własną kanapką i termosem, który - jeśli już nocuje w Krakowie - wybiera najtańsze hotele. Tymczasem wystarczy wybrać się do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, by na własne oczy przekonać się, jaki jest i kim jest turysta pielgrzym. Do tego dochodzi przekonanie, że ktoś, kto wybiera się na taką pielgrzymkę, zwiedza miejsce kultu i wraca do domu. Nic bardziej mylnego. Turysta pielgrzym nie różni się niczym od zwykłego turysty, który przyjeżdża do Krakowa ściągnięty atmosferą i historią miasta. Jeśli już jakiś Włoch czy Hiszpan (według statystyk dwa najbardziej pielgrzymujące europejskie narody) decyduje się na podróż do Polski, zwiedzi nie tylko łagiewnickie sanktuarium, ale też wybierze się na Rynek Główny, będzie jadł obiad w którejś z krakowskich restauracji i spał w jeśli nie cztero-, to przynajmniej trzygwiazdkowym hotelu. Też kupi pamiątkę w Sukiennicach i zrobi sobie zdjęcie pod "Adasiem" (choć ostatnio bardziej popularna pod tym względem jest "głowa" Mitoraja).
Jeśli Kraków nie zrozumie szansy, jaką miasto dostało dzięki Sanktuarium Miłosierdzia Bożego i Janowi Pawłowi II, przegapimy najlepsze momenty na wykorzystanie europejskiego trendu. Samych pielgrzymów nie zniechęcimy, bo oni ze względów religijnych przyjeżdżać będą, ale nie tak licznie i nie tak chętnie, jak by to się mogło dziać, gdyby "krakowski produkt turystyczny" opakować tak, jak to robią inne miasta europejskie żyjące z turystyki pielgrzymkowej.
Grzech braku opakowania
Produkt jest, opakowanie nie takie - tak o krakowskim podejściu władz miasta do turystyki pielgrzymkowej mówią ci, którzy pielgrzymki organizują. W samym Krakowie jest co najmniej kilkanaście biur, które specjalizują się w sprowadzaniu do Polski pielgrzymów. One najlepiej wiedzą, że hasła "Jan Paweł", "św. Faustyna", "Miłosierdzie Boże" otwierają na świecie wiele drzwi. Gdy zacznie działać w Łagiewnikach Centrum Jana Pawła II "Nie lękajcie się!", powstanie kompleks z relikwiami św. Faustyny (stare sanktuarium) i - prawdopodobnie beatyfikowanego w październiku - Jana Pawła II (Centrum) oraz bazyliką z jednym z najbardziej nośnych i rozpoznawalnych kultów świata - kultem Miłosierdzia Bożego. Prof. Antoni Jackowski z Zakładu Geografii Religii UJ, który bada turystykę pielgrzymkową, obraz Jezusa Miłosiernego (Jezus z promieniami wychodzącymi z serca) spotykał w najbardziej egzotycznych miejscach świata. Nic więc dziwnego, że w Łagiewnikach nie budzą dziś zdziwienia grupy m.in. z Filipin.
Jak jednak "opakować" krakowskich świętych, by skorzystało na tym miasto? Trzeba by wreszcie pomyśleć o promocji Krakowa jako miejsca kultu religijnego. Ten wątek, jeśli już pojawiał się w promocyjnych pomysłach, to nigdy jako główny.
Plus dla miasta to opracowanie trasy "Ścieżkami Jana Pawła II" czy Krakowskiego Szlaku Świętych. Samo oznaczenie szlaków papieskich i miejsc, z którymi Jan Paweł II czy Faustyna byli związani, nie wystarczy, a ulotki, które miasto przygotowało, też pozostawiają wiele do życzenia. Przykład? Choćby ubiegłoroczny wrześniowy kongres "Ludzie i Religie", którego organizatorem była włoska wspólnota św. Idziego i kard. Dziwisz. Młodzi ludzie, którzy przyjechali do Krakowa, mieli kłopoty z odnalezieniem się w papieskim mieście. Skarżyli się nie tylko na brak informacji, ale też na kłopoty ze zlokalizowaniem papieskich miejsc. Nam się wydaje, że wszyscy powinni wiedzieć, gdzie jest Franciszkańska 3 i w którym kościele jest ławka Wojtyły. To jednak, co dla krakusa jest oczywiste, dla turysty z zagranicy tak oczywiste nie będzie.
Grzech braku koordynacji
O tym, że w krakowskim magistracie od lat nie wiadomo, kto tak naprawdę odpowiada za promocję miasta, mści się nie tylko w staraniach Krakowa o Euro 2012 czy biuro Parlamentu Europejskiego. Cierpi też turystyka, w tym ta religijna. Pomyślmy chwilę, do kogo ma się zwrócić przedsiębiorca, który ma kilka pomysłów, jak rozruszać biznes pielgrzymkowy w Krakowie? Niby powstał w urzędowych strukturach zespół ds. turystyki religijnej, ale to ciało bez żadnej decyzyjności, kompetencji, ma za zadanie głównie dyskutować, doradzać, sondować itp. Zanim przebije się ze swoimi analizami do decydentów, pomysł może już być nieaktualny. Najprężniej i najskuteczniej w dziedzinie promocji działa Krakowskie Biuro Festiwalowe (niektórzy spekulują nawet, że gdyby jego pracownicy wzięli się za reklamowanie Krakowa w Brukseli, przedstawicielstwo PE najprawdopodobniej nie trafiłoby do Wrocławia), ale czy to najbardziej oczywisty adres dla opiekuna pątników? Raczej nie. Mieliśmy przez lata w magistracie pełnomocnika ds. turystyki Grażynę Leję (złożyła właśnie rezygnację), szefa biura turystyki Katarzynę Gądek i jeszcze pełnomocnika ds. marki Monikę Piątkowską. Kompletny galimatias. Mamy też zamówione przez magistrat za 50 tys. zł badania, z których wynika, że Kraków jest atrakcyjniejszy niż Libertów czy Busko-Zdrój. Tyle że to ostatnie każdy organizator podróży wie, i to bez kosztownych analiz. Wciąż nie wie jednak, do kogo się zwrócić po pomoc np. o udostępnienie jednej z pustych urzędowych sal na spotkanie dla grupy księży, którzy przyjechali na koszt przedsiębiorcy, by zapoznać się z ofertą Krakowa. Rozwiązanie? Prostych oczywiście nie ma. Na pewno nie warto mnożyć kolejnych urzędowych bytów, zespołów i pełnomocników. Niech za turystykę religijną będzie odpowiedzialna jedna decyzyjna osoba i niech potrafi słuchać tych, którzy mają na ten temat wiedzę. Są w końcu Krakowie ludzie, którzy dla własnych firm zarabiają na pielgrzymach naprawdę spore pieniądze. Może warto spokojnie wysłuchać, co mają do powiedzenia. I nie obrażać się na zarzuty.
Grzech braku współpracy Kościoła
Dorzućmy jednak kamyk do ogródka kościelnego. Samo miasto nie udźwignie ciężaru rozwijania turystyki pielgrzymkowej. Bez współpracy z krakowską kurią i kościołami niewiele będzie można zrobić.
Na przykładzie wspominanego już kongresu "Ludzie i Religie" mieliśmy okazję zobaczyć, że ta współpraca przebiega, niestety, nie najlepiej. Miasto włączyło się w organizację wrześniowego spotkania za późno, a przez to straciło szansę promocyjnego wykorzystania międzynarodowego kongresu. Winą za taki stan rzeczy miasto obarczyło Kościół, a kuria z kolei zarzuciła magistratowi niedocenienie rangi wydarzenia.
Trudno też do sukcesów zaliczyć powołanie Instytutu Dialogu Międzykulturowego im. Jana Pawła II. Instytut miał być wizytówką współpracy Centrum Jana Pawła II, miasta i urzędu marszałkowskiego. Miał być, ale nie jest. W marcu minie rok od powołania, a wspólnych inicjatyw jak na lekarstwo.
Problemem jest też współpraca z proboszczami. Na to uskarżają się przede wszystkim krakowscy organizatorzy zagranicznych pielgrzymek. Wskazują tylko dwa kościoły, z którymi można bez problemów uzgodnić odprawianie mszy dla grup turystów: bazyliki Mariacką i Łagiewnicką. Reszta krakowskich świątyń tak otwarta nie jest, a prośby o zwiedzanie trzeba wysyłać pół roku wcześniej.
W Krakowie mówi się, że lewicowy prezydent i kardynał przyzwyczajony do watykańskich obyczajów to mieszanka wybuchowa. Pierwszy nie rozumie turystyki pielgrzymkowej i nie przywiązuje do niej wagi, drugiemu wydaje się, że to miasto powinno być na usługach Kościoła. Dopóki obie strony nie zrozumieją, że warto zaangażować się wspólnie w przyciągnięcie turysty pielgrzyma do Krakowa, dopóty nasza turystyka pielgrzymkowa będzie kuleć. Prosty pomysł na taką współpracę poddał nam jeden z tour operatorów: kardynał ma ogromny posłuch we Włoszech, gdyby udało się rozesłać do włoskich parafii list sygnowany przez kard. Dziwisza i włodarzy miasta, wszyscy by na tym skorzystali.
Grzech promowania na oślep
Wyekspediowanie ekipy krakowskich urzędników na targi turystyki religijnej w Rzymie to pewien postęp w myśleniu o pielgrzymach; zrozumienie, że ten kawałek turystycznego tortu jest dla miasta bardzo ważny. Połączenie sił magistratu z siłami Kościoła to też dowód na to, że współpraca obu sfer jest czasami możliwa. Sukcesy te są jednak skażone grzechem promowania na oślep. Jeden z organizatorów pielgrzymek pokazał nam zdjęcia z tych targów. Uderzała pustka między stoiskami. Niemal zero zwiedzających. Komu tu wręczać ulotki? Podobno tak było niemal przez cały czas.
I jeszcze grzech dotyczący wszystkich targów: miasto wysyła na nie urzędników, którzy nie znają miejscowego języka. Owszem, angielski jest ważny w rozmowach z dużymi kontrahentami, ale ci z reguły mają już własne kontakty, nie muszą ich szukać na targach. Bardzo jednak prawdopodobne, że włoski proboszcz czy parafianin, który nie zna angielskiego, a zainteresuje się Krakowem byłby bardziej skłonny do przyjazdu na miejsce, gdyby mógł porozmawiać o tym w swoim języku.
Należałoby się też zastanowić, czy targi to dla miasta najlepsza forma promocji? Nie tylko te religijne. Tajemnicą poliszynela jest to, że udział w zagranicznych targach to dla urzędników pewna forma nagrody. Nie tylko darmowa wycieczka, ale też diety za zagraniczną delegację. Rotacja wyjeżdżających jest więc duża, na czym cierpi ich obeznanie z tematem. Nie mówiąc już o kosztach budżetu miasta.
Jeden z naszych rozmówców zrezygnował z wyjazdu na targi do Rzymu, bo uznał, że stosunek kosztów do korzyści jest nieopłacalny. W zamian zamówił pięć ogłoszeń reklamowych w jednym z włoskich pism diecezjalnych. Rozchodzi się w 15 tys. egzemplarzy. Przedsiębiorca liczy, że przeczytają je księża i parafianie i wezmą pod uwagę przy planowaniu kolejnych pielgrzymek. - Dałem za to ogłoszenie dwa tysiące euro. Jeśli przyjedzie choć jedna grupa, inwestycja zwróci mi się - mówi. I dodaje: - Miasto mogłoby takimi ogłoszeniami promować Kraków. To lepsze i tańsze niż zamawianie bzdurnych badań za 50 tys. zł. No ale wiadomo, urzędowe pieniądze wydaje się łatwiej niż własne.
Grzech zaniechania study tour
Nieco tańszym, a na pewno skuteczniejszym środkiem promocji jest organizowanie tzw. study tour. Kraków od lat zaprasza na własny koszt zagranicznych dziennikarzy i organizatorów podróży. Efekty widać. Wzmianki w mediach o Krakowie to najlepsza reklama dla miasta. Tak rodzi się moda na miasto. A przekonanie biur turystycznych, że mamy pod dostatkiem nie tylko zabytków, ale też dobrych hoteli i restauracji, skutkuje obecnością Krakowa w ofercie biur podróży i katalogach. Z pielgrzymami jest podobnie. Też chętniej pojadą np. do hiszpańskiego Santiago de Compostela, jeśli w swej gazecie przeczytają, że miasto słynie nie tylko z grobu św. Jakuba i pięknej katedry, ale też dziesiątek restauracji ze wspaniałymi ośmiornicami i mulami, które stają się obowiązkowym punktem w menu każdego pielgrzyma. Jeśli na dodatek do takiego miejsca wyjazd będzie organizować ich parafia, pojadą bez wahania.
Biuro Ernesta Mirosława zaprosiło w ubiegłym roku na własny koszt 13 księży z Włoch i Hiszpanii. Tylko dzięki tej podróży ma teraz potwierdzonych sześć grup pielgrzymkowych, każda po 50 osób. To w sumie 300 osób - licząc, że każda przeznacza na podróż średnio 900 euro, w Krakowie pozostawia ok. 50 proc. z tego. Czyli w mieście (nie w biurze) pozostanie ok. 135 tys. euro: to pieniądze dla właścicieli hoteli, przewodników, autobusów, restauracji, muzeów, a pośrednio przez podatki także dla budżetu miasta. To efekt goszczenia w Krakowie lewie 13 księży.
Wygląda na to, że miasto powinno więc również współfinansować takie przyjazdy. Może niekoniecznie własnymi siłami, bo brak pewności, że urzędnicy ściągną tu najwłaściwsze osoby. Niech rozpisze konkurs na organizatora takich wyjazdów, rozezna, kto odnosi sukcesy w tej dziedzinie.
Brak kreatywności
Prywatny przedsiębiorca dwa razy się zastanowi, zanim wyda pieniądze na promocję. A potem przelicza to na odniesione korzyści. Urzędnicy nie - bo wydają nie swoje pieniądze. Najłatwiej więc standardowo drukować foldery, kupować krówki (rozdzielono je wśród europosłów, którzy mieli wybierać siedzibę PE), wyjechać całą grupą na targi. W magistracie rzadko więc rodzą się kreatywne, nietuzinkowe pomysły. Ernest Mirosław zaproponował kiedyś urzędnikom, by utworzyć punkt promocyjny Krakowa w Lourdes czy San Giovanni Rotondo (miejsce życia i śmierci ojca Pio) lub choćby rozrzucić w już istniejących tam miejscach ulotki Krakowa. Urzędnicy wzruszali podobno ramionami. - Od lat nie udaje nam się zorganizować takiego punktu na dworcu kolejowym w Krakowie, a pan nam tu o Lourdes... - dziwili się. Może to rzeczywiście pomysł na wyrost, choć niekoniecznie droższy niż wyjazd na targi.
Co więc może robić miasto, by wykorzystać pielgrzymkowy trend? Organizować study tour czy wykupić ogłoszenia? A może wykorzystać przypadające rocznice czy wydarzenia religijne w całej Europie? Jedno z biur ma już teraz zamówione grupy z Meksyku, które do Europy przyjeżdżają na tegoroczny Dzień Młodzieży w Madrycie - swą pielgrzymkę do Hiszpanii rozpoczną w Krakowie, by poznać miejsca związane z Janem Pawłem II. Z Małopolski pojadą autobusową pielgrzymką do Madrytu. Możliwości ściągania pielgrzymów do Krakowa jest więc nieskończona ilość. W myśleniu o wszelkiej turystyce, w tym religijnej, najważniejsze jest jednak słuchanie praktyków. Oni wiedzą najlepiej, co się opłaca, co nie.
Należałoby się też zastanowić, czy targi to dla miasta najlepsza forma promocji? Nie tylko te religijne. Tajemnicą poliszynela jest to, że udział w zagranicznych targach to dla urzędników pewna forma nagrody. Nie tylko darmowa wycieczka, ale też diety za zagraniczną delegację. Rotacja wyjeżdżających jest więc duża, na czym cierpi ich obeznanie z tematem. Nie mówiąc już o kosztach budżetu miasta.
Jeden z naszych rozmówców zrezygnował z wyjazdu na targi do Rzymu, bo uznał, że stosunek kosztów do korzyści jest nieopłacalny. W zamian zamówił pięć ogłoszeń reklamowych w jednym z włoskich pism diecezjalnych. Rozchodzi się w 15 tys. egzemplarzy. Przedsiębiorca liczy, że przeczytają je księża i parafianie i wezmą pod uwagę przy planowaniu kolejnych pielgrzymek. - Dałem za to ogłoszenie dwa tysiące euro. Jeśli przyjedzie choć jedna grupa, inwestycja zwróci mi się - mówi. I dodaje: - Miasto mogłoby takimi ogłoszeniami promować Kraków. To lepsze i tańsze niż zamawianie bzdurnych badań za 50 tys. zł. No ale wiadomo, urzędowe pieniądze wydaje się łatwiej niż własne.
Grzech zaniechania study tour
Nieco tańszym, a na pewno skuteczniejszym środkiem promocji jest organizowanie tzw. study tour. Kraków od lat zaprasza na własny koszt zagranicznych dziennikarzy i organizatorów podróży. Efekty widać. Wzmianki w mediach o Krakowie to najlepsza reklama dla miasta. Tak rodzi się moda na miasto. A przekonanie biur turystycznych, że mamy pod dostatkiem nie tylko zabytków, ale też dobrych hoteli i restauracji, skutkuje obecnością Krakowa w ofercie biur podróży i katalogach. Z pielgrzymami jest podobnie. Też chętniej pojadą np. do hiszpańskiego Santiago de Compostela, jeśli w swej gazecie przeczytają, że miasto słynie nie tylko z grobu św. Jakuba i pięknej katedry, ale też dziesiątek restauracji ze wspaniałymi ośmiornicami i mulami, które stają się obowiązkowym punktem w menu każdego pielgrzyma. Jeśli na dodatek do takiego miejsca wyjazd będzie organizować ich parafia, pojadą bez wahania.
Biuro Ernesta Mirosława zaprosiło w ubiegłym roku na własny koszt 13 księży z Włoch i Hiszpanii. Tylko dzięki tej podróży ma teraz potwierdzonych sześć grup pielgrzymkowych, każda po 50 osób. To w sumie 300 osób - licząc, że każda przeznacza na podróż średnio 900 euro, w Krakowie pozostawia ok. 50 proc. z tego. Czyli w mieście (nie w biurze) pozostanie ok. 135 tys. euro: to pieniądze dla właścicieli hoteli, przewodników, autobusów, restauracji, muzeów, a pośrednio przez podatki także dla budżetu miasta. To efekt goszczenia w Krakowie lewie 13 księży.
Wygląda na to, że miasto powinno więc również współfinansować takie przyjazdy. Może niekoniecznie własnymi siłami, bo brak pewności, że urzędnicy ściągną tu najwłaściwsze osoby. Niech rozpisze konkurs na organizatora takich wyjazdów, rozezna, kto odnosi sukcesy w tej dziedzinie.
Brak kreatywności
Prywatny przedsiębiorca dwa razy się zastanowi, zanim wyda pieniądze na promocję. A potem przelicza to na odniesione korzyści. Urzędnicy nie - bo wydają nie swoje pieniądze. Najłatwiej więc standardowo drukować foldery, kupować krówki (rozdzielono je wśród europosłów, którzy mieli wybierać siedzibę PE), wyjechać całą grupą na targi. W magistracie rzadko więc rodzą się kreatywne, nietuzinkowe pomysły. Ernest Mirosław zaproponował kiedyś urzędnikom, by utworzyć punkt promocyjny Krakowa w Lourdes czy San Giovanni Rotondo (miejsce życia i śmierci ojca Pio) lub choćby rozrzucić w już istniejących tam miejscach ulotki Krakowa. Urzędnicy wzruszali podobno ramionami. - Od lat nie udaje nam się zorganizować takiego punktu na dworcu kolejowym w Krakowie, a pan nam tu o Lourdes... - dziwili się. Może to rzeczywiście pomysł na wyrost, choć niekoniecznie droższy niż wyjazd na targi.
Co więc może robić miasto, by wykorzystać pielgrzymkowy trend? Organizować study tour czy wykupić ogłoszenia? A może wykorzystać przypadające rocznice czy wydarzenia religijne w całej Europie? Jedno z biur ma już teraz zamówione grupy z Meksyku, które do Europy przyjeżdżają na tegoroczny Dzień Młodzieży w Madrycie - swą pielgrzymkę do Hiszpanii rozpoczną w Krakowie, by poznać miejsca związane z Janem Pawłem II. Z Małopolski pojadą autobusową pielgrzymką do Madrytu. Możliwości ściągania pielgrzymów do Krakowa jest więc nieskończona ilość. W myśleniu o wszelkiej turystyce, w tym religijnej, najważniejsze jest jednak słuchanie praktyków. Oni wiedzą najlepiej, co się opłaca, co nie.
- 12 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
19 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień






więcej zdjęć