Noblistka na Sycylii: Grupa Kosmos trzyma się razem
26.02.2010
, aktualizacja: 25.02.2010 17:49
Siedzę w domu w Warszawie, dzwoni telefon: "Dzień dobry, Kasiu, tu Wisława. Czy mogłabyś przysłać na jutro kamerę?". Myślałam wtedy, że spadnę z krzesła - opowiada Katarzyna Kolenda-Zaleska, autorka filmu "Chwilami życie bywa znośne"
Małgorzata I. Niemczyńska, Jerzy Armata: Gdzie się Pani uczyła czarnej magii?
Katarzyna Kolenda-Zaleska: Ja? Nigdzie się nie uczyłam.
Co Pani zatem zrobiła, aby tak bardzo się zbliżyć do Wisławy Szymborskiej?
- Nie wiem. To chyba rzeczywiście magia.
A jak się zaczęło?
- Początki były niewinne. Jestem z Krakowa, studiowałam na polonistyce, mieszkam na Krowodrzy, rzut beretem od pani Wisławy. Robiłyśmy nawet zakupy na tym samym placu przy ul. Lea. Bo w Krakowie mówi się: "na placu", prawda? Pracę magisterską pisałam u prof. Maciąga, który jest przyjacielem pani Wisławy. Ale mimo to wszystkiego nigdy nie spotkałam się z nią w Krakowie. Jakoś się nie złożyło. Aż któregoś dnia zadzwonił do mnie Jarek Mikołajewski, który jest dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Rzymie, i mówi: "Wisława Szymborska jedzie na Sycylię. Może byś pojechała?". To było dwa lata temu, sytuacja polityczna w Polsce nie wyglądała wówczas ciekawe, pomyślałam, że przyda mi się taka odskocznia. Bardzo się ucieszyłam, w pracy dostałam zielone światło. Ale spotkałam się z Michałem Rusinkiem, sekretarzem Wisławy Szymborskiej, i usłyszałam: "Nie licz na nic więcej niż dwa publiczne spotkania".
On tak wszystkim mówi!
- To prawda, taka już jego rola. Pierwsze kontakty to było żmudne poznawanie się. Aż pani Wisława powiedziała któregoś razu: "Proszę mi teraz opowiedzieć coś o sobie". Zestresowana stanęłam na to na baczność i opowiedziałam jej o tym placu, o Maciągu, o wszystkim. Okazało się, że nadajemy na tych samych falach. Także dzięki Witkowi Jabłonowskiemu, który był operatorem przy tym filmie, pani Wisława zaczęła się godzić na coraz więcej. Tu ją można było sfilmować, tam ją można było sfilmować, a w którymś momencie mówiła: "Stop". Musiałam być w nieustannym kontakcie z Michałem. Trochę się z niego śmiałam, że wyszedł ze swojej roli, bo jego zadaniem jest przecież odganianie dziennikarzy od pani Wisławy. W film został jednak wdrożony, wiele rzeczy wymyśliliśmy wspólnie.
Pomogli też inni znajomi?
- Bronisław Maj, Jerzy Illg, Ewa Lipska i wielu innych. Szczególnie Jarek Mikołajewski był cały czas dobrym duchem tego przedsięwzięcia. Na Sycylii, gdy już się zaprzyjaźnialiśmy, mieliśmy zresztą taką zabawną przygodę. Po trzech czy czterech oficjalnych spotkaniach, które pani Wisława bardzo przeżywała, zostaliśmy w piątkę: pani Wisława, Michał, Jarek, mój operator i ja. Zrobiła się w końcu wakacyjna, fajna atmosfera. W hotelu w Palermo schodzimy grupką na śniadanie. Tam wisi plakat, na nim gołe girlsy z piórami i podpis: "Grupa Kosmos". A pan, który wpuszcza na śniadanie, pyta nas: "Przepraszam państwa, czy państwo to grupa Kosmos?". Wyobraziliśmy sobie siebie w tych piórach i od tego czasu nazywaliśmy się "grupą Kosmos" i mówiliśmy, że grupa Kosmos musi się razem trzymać. To też pomogło rozładować atmosferę.
Kiedy przeszłyście Panie na "ty"?
- Już w Krakowie.
Papieroski też pomogły?
- Bardzo. Papieroski nas tak naprawdę połączyły. Pomogły nam przełamać lody na Sycylii, bo jeździliśmy tam dwoma samochodami i robiliśmy przerwy na palenie. Na warszawskiej premierze było trochę posłów. Miałam nadzieję, że po tym, co pani Wisława mówi w filmie na temat palenia papierosów
będzie złagodzona ustawa?
- Właśnie! Na szczęście ją odrzucili. Na razie.
Można powiedzieć, że zrobiła Pani interwencyjny film.
- To nie ja. To wszystko pani Wisława. Przez całe dwa lata realizacji śmialiśmy się, że sponsorem filmu powinien być jakiś koncern tytoniowy.
Zaczynając, miała Pani ten film wymyślony w głowie?
- Wcale, właściwie cały czas liczyłam na to, co się zdarzy. Najpierw zrobiłam na Sycylii 10 - czy 12-minutowy reportaż. Spodobał się w TVN i Edek Miszczak powiedział mi: "Spróbuj zrobić coś większego". Ale też nie miał specjalnej nadziei, że z panią Wisławą to się uda, a poza tym nie dowierzał, że da się zrobić film o poezji, który miałby ręce i nogi. Inaczej mówiąc, który byłby do oglądania. Nie chcieliśmy tylko klepania wierszy. Wtedy zaczęłam kombinować. Godzinami gadałam z Michałem w Krakowie i z Joasią Szczęsną w Warszawie. Pomysły miałyśmy szalone. Powiedziała mi na przykład, że pani Wisława bardzo lubi operę. Miałam się już zacząć starać, aby Placido Domingo dla niej zaśpiewał, ale na szczęście Michał mnie od tego odwiódł. Dlatego też Placido Domingo nie załapał się do filmu. Jest za to Woody Allen.
Katarzyna Kolenda-Zaleska: Ja? Nigdzie się nie uczyłam.
Co Pani zatem zrobiła, aby tak bardzo się zbliżyć do Wisławy Szymborskiej?
- Nie wiem. To chyba rzeczywiście magia.
A jak się zaczęło?
- Początki były niewinne. Jestem z Krakowa, studiowałam na polonistyce, mieszkam na Krowodrzy, rzut beretem od pani Wisławy. Robiłyśmy nawet zakupy na tym samym placu przy ul. Lea. Bo w Krakowie mówi się: "na placu", prawda? Pracę magisterską pisałam u prof. Maciąga, który jest przyjacielem pani Wisławy. Ale mimo to wszystkiego nigdy nie spotkałam się z nią w Krakowie. Jakoś się nie złożyło. Aż któregoś dnia zadzwonił do mnie Jarek Mikołajewski, który jest dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Rzymie, i mówi: "Wisława Szymborska jedzie na Sycylię. Może byś pojechała?". To było dwa lata temu, sytuacja polityczna w Polsce nie wyglądała wówczas ciekawe, pomyślałam, że przyda mi się taka odskocznia. Bardzo się ucieszyłam, w pracy dostałam zielone światło. Ale spotkałam się z Michałem Rusinkiem, sekretarzem Wisławy Szymborskiej, i usłyszałam: "Nie licz na nic więcej niż dwa publiczne spotkania".
On tak wszystkim mówi!
- To prawda, taka już jego rola. Pierwsze kontakty to było żmudne poznawanie się. Aż pani Wisława powiedziała któregoś razu: "Proszę mi teraz opowiedzieć coś o sobie". Zestresowana stanęłam na to na baczność i opowiedziałam jej o tym placu, o Maciągu, o wszystkim. Okazało się, że nadajemy na tych samych falach. Także dzięki Witkowi Jabłonowskiemu, który był operatorem przy tym filmie, pani Wisława zaczęła się godzić na coraz więcej. Tu ją można było sfilmować, tam ją można było sfilmować, a w którymś momencie mówiła: "Stop". Musiałam być w nieustannym kontakcie z Michałem. Trochę się z niego śmiałam, że wyszedł ze swojej roli, bo jego zadaniem jest przecież odganianie dziennikarzy od pani Wisławy. W film został jednak wdrożony, wiele rzeczy wymyśliliśmy wspólnie.
Pomogli też inni znajomi?
- Bronisław Maj, Jerzy Illg, Ewa Lipska i wielu innych. Szczególnie Jarek Mikołajewski był cały czas dobrym duchem tego przedsięwzięcia. Na Sycylii, gdy już się zaprzyjaźnialiśmy, mieliśmy zresztą taką zabawną przygodę. Po trzech czy czterech oficjalnych spotkaniach, które pani Wisława bardzo przeżywała, zostaliśmy w piątkę: pani Wisława, Michał, Jarek, mój operator i ja. Zrobiła się w końcu wakacyjna, fajna atmosfera. W hotelu w Palermo schodzimy grupką na śniadanie. Tam wisi plakat, na nim gołe girlsy z piórami i podpis: "Grupa Kosmos". A pan, który wpuszcza na śniadanie, pyta nas: "Przepraszam państwa, czy państwo to grupa Kosmos?". Wyobraziliśmy sobie siebie w tych piórach i od tego czasu nazywaliśmy się "grupą Kosmos" i mówiliśmy, że grupa Kosmos musi się razem trzymać. To też pomogło rozładować atmosferę.
Kiedy przeszłyście Panie na "ty"?
- Już w Krakowie.
Papieroski też pomogły?
- Bardzo. Papieroski nas tak naprawdę połączyły. Pomogły nam przełamać lody na Sycylii, bo jeździliśmy tam dwoma samochodami i robiliśmy przerwy na palenie. Na warszawskiej premierze było trochę posłów. Miałam nadzieję, że po tym, co pani Wisława mówi w filmie na temat palenia papierosów
będzie złagodzona ustawa?
- Właśnie! Na szczęście ją odrzucili. Na razie.
Można powiedzieć, że zrobiła Pani interwencyjny film.
- To nie ja. To wszystko pani Wisława. Przez całe dwa lata realizacji śmialiśmy się, że sponsorem filmu powinien być jakiś koncern tytoniowy.
Zaczynając, miała Pani ten film wymyślony w głowie?
- Wcale, właściwie cały czas liczyłam na to, co się zdarzy. Najpierw zrobiłam na Sycylii 10 - czy 12-minutowy reportaż. Spodobał się w TVN i Edek Miszczak powiedział mi: "Spróbuj zrobić coś większego". Ale też nie miał specjalnej nadziei, że z panią Wisławą to się uda, a poza tym nie dowierzał, że da się zrobić film o poezji, który miałby ręce i nogi. Inaczej mówiąc, który byłby do oglądania. Nie chcieliśmy tylko klepania wierszy. Wtedy zaczęłam kombinować. Godzinami gadałam z Michałem w Krakowie i z Joasią Szczęsną w Warszawie. Pomysły miałyśmy szalone. Powiedziała mi na przykład, że pani Wisława bardzo lubi operę. Miałam się już zacząć starać, aby Placido Domingo dla niej zaśpiewał, ale na szczęście Michał mnie od tego odwiódł. Dlatego też Placido Domingo nie załapał się do filmu. Jest za to Woody Allen.
1
2
następne »
- 12 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
15 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień









